2014-11-27

Cudowny Królewski Ogród Botaniczny w Edynburgu

        Piękny był to dzień. Kolejny z serii "to zbyt słoneczne, by mogło być prawdziwe w Szkocji jesienią".
      A jednak było! Prawie październik a ja bez kurtki, w balerinach jem ciasto marchewkowe na ławce
        w parku Inverleith, obserwując wesołe dzieciaki grające w piłkę i młodych ludzi spacerujących z psami.
    Uciekłyśmy z Royal Mile, najbardziej zatłoczonej w sobotę ulicy Edynburga najpierw na West End,
    potem do Dean Village a ostatnim punktem popołudnia był Royal Botanic Garden Edinburgh. Tego
    dnia dziękowałam sobie w myślach za to, że zdecydowałam się wrócić do Szkocji na dłużej niż rok
    temu, chociaż wiele osób pytało "po cooo?". Edynburg jest tak fantastycznym miastem z mnóstwem
       twarzy i niespodzianek, że nie sposób rozkoszować się nim w biegu. Tak łatwo wtedy coś pominąć...
    Ogród botaniczny położony jest w północnej części miasta, niby niedaleko od centrum, a jednak po
   drodze trochę się pogubiłam. W tej lokalizacji znajduje się od lat 80-tych, wcześniej działał blisko
    pałacu Hollyrood. Jest ogromny (26ha) i przy miłej pogodzie można w nim spędzić nawet pół dnia.
  Warto dodać, że jego oddziały znajdują się w Dawyck, Benmore i Logan a każdy jest wyjątkowy!
 Na starcie zdziwiło mnie jak wiele osób kłębi się przed wejściem, bo myślałam, że będziemy same :)
  Wstęp jest bezpłatny, dodatkowo płatne są wejścia do szklarni (odpuściłyśmy z braku czasu) i mapa,
   którą można za pół funta kupić w punkcie informacyjnym. Polecam, bo jest ładne wydana i praktyczna.
 Na terenie ogrodu jest tak dużo zakątków, alejek, tajemnych przejść, że bez mapy można poczuć się 
  jak w labiryncie i stracić orientację. Jest ogród skalny, wielkie rododendrony, ogródek rodem z działki
    z kapustą oraz pomidorkami, mnóstwo kwiatów (w czasie naszej wizyty widziałyśmy m.in. krokusy i wrzosy).
    Jest chińska część z małym pawilonem, ogródek poświęcony Królowej Matce, alpinarium z górskimi
     roślinami, palmiarnia (płatna), ogromne trawniki, na których można siedzieć, rozmawiać i piknikować.
   W czasie naszego spaceru spotkałyśmy rekordową ilość rodzin z Polski, miałam wrażenie, że co 
   druga grupka mówi w naszym języku. Panowie ze zdjęcia fotografowali Panie idące przed nimi :)
 Gdy weszłam do domku wyłożonego szczelnie muszelkami w Queen Mother Memorial Garden
byłam tak zachwycona, że aż zapomniałam przeczytać co on właściwie oznacza. Czy ktoś wie?
 Droga prowadząca do palmiarni. Przez okna wszystko co jest w środku wyglądało wręcz
 zjawiskowo, więc od razu pożałowałam, że nie mogłyśmy wejść do środka. Planowałyśmy
  spędzić w ogrodzie godzinę, ale okazał się tak duży, że spędziłyśmy dwie i mam nieodparte
  wrażenie, że zobaczyłyśmy co najwyżej połowę jego atrakcji, o ile nie mniej. Zaskakujące?
 W parku, podobnie jak w całym Edynburgu nie brakuje drewnianych ławek z dedykacjami.
   Mam do nich wielką słabość. W dużym, anonimowym mieście, gdzie każdy się śpieszy, są one
   taką małą szansą na zatrzymanie się na chwilę, zastanowienie. Nadają miastu ludzkiego oblicza.
Wiem, że na zdjęciach raczej tego nie widać, ale tego dnia ogród był pełen ludzi. 
 Randki, spacerki, mamy pchające wózki, dzieci oglądające z uwagą kwiatki, starsze małżeństwa.
 Tak miło przyjść do parku i po prostu poczytać książkę. Latem często mi się to zdarza w naszym
  warszawskim Ogrodzie Saskim, położonym w samym centrum stolicy, bardzo blisko mojej pracy.
  Proste radości. Uwielbiam. Nigdy nie uważam tego za stratę czasu. Czysty relaks i dotlenienie :)
  Powiem Wam w sekrecie, że Królewski Ogród Botaniczny mnie zaskoczył bardzo pozytywnie. Idąc
   tam nie czytałam o nim dużo, wiec nie wiedziałam czy jest duży, ładny i w ogóle interesujący. 
    Dla mnie był przepiękną oazą ciszy i spokoju, cieszącą wszystkie zmysły. Gdybym miała więcej czasu,
   bez wyrzutów sumienia spędziłabym tam cały dzień. Nie jest to raczej atrakcja na dwudniowy pobyt
   w Edynburgu, ale jeśli będziecie dłużej to warto się wybrać. Zachwycić, wyciszyć.. Mocno polecam!

2014-11-21

Lecco - tam, gdzie góry wchodzą do jeziora a kolory cieszą oczy

  Lecąc do Bergamo, długo zastanawiałyśmy się, czy zobaczyć coś w okolicy czy jednak nie.
   Dużo osób mówiło, że lepiej się skupić na samym Bergamo, ale chyba odczuwałabym niedosyt.
  Pogoda była zjawiskowa, jak późnym latem a nie późną jesienią, więc mogłyśmy zwiedzać dość
 intensywnie i wieczorem miałyśmy poczucie, że kolejny dzień tylko w Bergamo będzie bez sensu.
Zapadła szybka decyzja - w sobotę z samego rana jedziemy do miejscowości Lecco. To był
  strzał w dziesiątkę! Wstałyśmy o świcie, podreptałyśmy spacerem na dworzec kolejowy (przy
    okazji zwiedziłyśmy trochę nowej części miasta i obserwowałyśmy budzące się ze snu miasto), 
    łamaną "włoszczyzną" kupiłyśmy u miłego pana bilety w dwie strony za 7EUR/1os. I ruszyłyśmy.
Pociągi odjeżdżają co godzinę i jadą do celu niecałą godzinę. Widoki za oknem w czasie podróży
 zachwycające - góry, małe miasteczka na ich zboczach, kościółki, zieleń, jeziora. Super przyjemnie.
   Co ciekawe, w jedną stronę jechałyśmy sypiącym się, starym, pomazanym wagonem a w drugą
 już bardzo komfortowym i nowoczesnym, z lux toaletą i klimatyzacją. I to za tę samą cenę :)
 Lecco to spore, ale na swój sposób kameralne miasteczko w południowo-wschodniej części
  jeziora Como (nazywa się ona Lago di Lecco) a krajobraz uzupełniają Alpy Bergamskie. Po raz
    kolejny pogoda nas rozpieściła, kolorowe liście leciały z drzew, promienie słońca przyjemnie grzały.
Z dworca nad jezioro idzie się kilka minut, przechodząc przez samo centrum. Ponieważ był
  to weekend, sporo osób już spacerowało, konsumowało lody lub piło kawę w kawiarniach.
Pierwszy zachwyt - powietrze! Czyste, lekko wilgotne, ale pachnące lasem i świeżością.
Zdecydowałyśmy się przejść na drugą stronę jeziora, żeby zobaczyć Lecco z innej perspektywy.
Im dalej od centrum i głównych uliczek, tym mniej ludzi dookoła. Ktoś sobie biegał, ktoś szedł z
 psem, ktoś spacerował z dzieckiem, na jeziorze kajaki. Sielsko i leniwie, jak na sobotę przystało.
Wspaniałe, wyraziste kolory łódek, zieleń drzew, turkus wody... jak dobrze nacieszyć oczy!
Miałam świadomość, że to ostatnie chwile ciepła, optymistycznych barw, bo za chwilę wrócę do
Polski, zapanuje szarość i ciemność. Usiadłyśmy na ławce i gapiłyśmy się bez końca, by zapisać
ten widok w pamięci, żeby móc go później przywołać w te pochmurne, ponure, zimowe dni....
     W poszukiwaniu toalety trafiłyśmy do Urzędu Stanu Cywilnego i przypadkiem wbiłyśmy się na ślub ;)
   Państwo młodzi z radością przyjmowali kwiaty i życzenia, były brawa i salwy śmiechu.
Udali się później z fotografem nad jezioro. Musiała to być fantastyczna sesja, w takim miejscu!
  Wracając do centrum Lecco zobaczyłyśmy panów z wielkimi wędkami, łowiących ryby.
  Pozytywnie zaskoczyły nas ceny, Lecco okazało się tańsze od Bergamo. Jadłyśmy pyszną pizzę z 
  widokiem na jezioro (nauczyłyśmy się przy okazji, że anchois, nie zawsze nazywa się anchois) za
   naprawdę niewielkie pieniądze a ceny w barach, piekarniach i cukierniach też były trochę niższe. 
     W Lecco spędziłyśmy kilka godzin, w sam raz na dłuższy spacer w pięknych okolicznościach
    przyrody, obiad i relaksującą obserwację łódek. Ok. 15 wróciłyśmy do Bergamo, więc zostało
   jeszcze trochę czasu na zwiedzanie, lody na patyku i mocne espresso. Ale o tym innym razem!

2014-11-17

Co z tym blogiem?


  Miałam zrobić sobie weekend bez komputera, ale nie wyszło. W sobotę wieczorem wróciłam do
   domu i stwierdziłam: muszę coś w końcu napisać. Bo nie napisałam nic na blogu od ponad 3 tygodni,
    publikowałam przygotowane już wcześniej wpisy. Powód? Spadek motywacji o 300% spowodowany
    różnymi wydarzeniami. W weekend na Torwarze odbywały się targi turystyczne, na których udało mi się
    wysłuchać rozmowy z Anitą Demianowicz i Bartkiem Szaro na temat "Jak (nie)prowadzić bloga". Chętnie
     poznałam ich zdanie, przy okazji sama zaczęłam sobie zadawać różne pytania. Moja strona istnieje blisko
      pięć lat, to dobry moment na chwilę zastanowienia się - po co mi to było? Co blog mi dał, co daje teraz,
     a co może dać w przyszłości? Czy pisanie go sprawia mi jeszcze przyjemność, czy jest już rutyną? Co
    zmieniło we mnie i w moich wyjazdach? Kiedy zaczynałam pisać, blogów podróżniczych było niewiele,
    dziś jest ich tak dużo, że przyznaję - zaczynam się gubić. Mam te ulubione, czytane od daaaawna, a co
     jakiś czas znajduję coś nowego, co mnie urzeknie i zainteresuje. Niektóre niestety przestałam czytać.
    Chciałabym dziś zebrać różne moje przemyślenia, bazując na wielu rozmowach z blogerami, mailach
     od Czytelników, dyskusjach na forach i w kuluarach różnych spotkań o tematyce podróżniczej. Będę
      pisała głównie o sobie, nie o innych. Ostatnio podnieciłam się stanowczo za mocno pewnymi akcjami,
     przeżywałam to i psułam sobie nerwy. Po drodze kilka osób przestało mnie lubić :) Muszę z tym żyć.
   Tak mam, że jak lew bronię nie tyle swojego zdania, co moich wartości i nie umiem odpuścić. Dziś
   już machnęłam na wszystko ręką, chociaż jeszcze niedawno byłam zdecydowana zamknąć bloga.
   Po raz pierwszy od kiedy go prowadzę, czułam, że dłużej już nie chcę, bo zrobiło się dookoła
  zbyt hałaśliwie i jakoś sztucznie. Podzieliłam się moją decyzją z kilkoma osobami, które niezbyt
 chciały słuchać co mówię ;) Kolega puknął się w czoło mówiąc "Zwariowałaś! Rób swoje, bo ja
      bardzo lubię to czytać, a Ty bardzo chcesz pisać, bo to lubisz!". Zatem pytanie - co z tym blogiem?

Kiedy powstał mój blog i dlaczego go założyłam? 

Blog powstał dla mnie, w przypływie nagłego impulsu, ponurą zimą 2010 roku. Wróciłam wówczas
ze wspaniałego, kolejnego już pobytu w Portugalii i poczułam, że chciałabym zachować w pamięci
wspomnienia, które rozmyłyby się zbyt szybko a przy okazji dzielić je z ludźmi, którzy towarzyszyli
mi w czasie wyjazdów. Na początku czytała go tylko moja Mama i kilkoro znajomych, którym w
sekrecie o blogu powiedziałam (pisałam anonimowo). Nie pamiętam już nawet kiedy zaczęły się 
pojawiać osoby z "zewnątrz", ale było dla mnie dużym zaskoczeniem, że ktoś poświęca swój czas,
by zapoznać się z nowym postem, wyrazić opinię, skomentować, wysłać do mnie wiadomość. To,
co miało być zabawą okazało się dość poważną sprawą, gdy dostałam e-maila od samotnej matki,
która podzieliła się ze mną historią swojego życia, ogromnym smutkiem, poczuciem bezsensu a na 
końcu napisała "dzięki pani, mogę raz na jakiś czas uciec ze świata w którym żyję, w zupełnie inny,
pełen kolorów i radości. Jest pani tak autentyczna, że czuję, jakbym była kilka kroków za panią".
To był pierwszy raz, gdy łzy ciekły mi ciurkiem po policzkach. Napisała to, nie wiedząc o mnie nic.
Wtedy zrozumiałam to, co na spotkaniu powiedziała też Anita: ludzie na blogach nie szukają tylko
treści, ale szukają też drugiego, prawdziwego człowieka. Wtedy się ujawniłam. Wrzuciłam jakieś
zdjęcie, podpisałam się imieniem i nazwiskiem a nie samym "Ajka". Z perspektywy czasu myślę też,
że trochę podświadomie założyłam bloga zamiast pisać do szuflady dlatego, że w moim środowisku
brakowało osób dzielących moją miłość do podróży i odczuwałam związaną z tym pustkę. Pracuję
w branży turystycznej, mogłoby się wydawać, że otaczają mnie sami pasjonaci, ale tak nie jest. Dla
większości moich współpracowników (było ich naprawdę sporo) wystarczające były dwa wyjazdy
 w roku na All Inclusive z jedną wycieczką fakultatywną, skupione na drinku z palemką i basenie. Nie
  neguję takiej formy spędzania wolnego czasu, ale faktem jest, że nie miałam o czym z nimi rozmawiać
   w temacie wyjazdów. Blog stał się więc takim pomostem pomiędzy mną a ludźmi, którzy myślą podobnie.

Ludzie 

Tak, dzięki blogowi poznałam fantastycznych ludzi - zarówno osoby prowadzące własne strony, jak też
Czytelników, którzy pisali do mnie, żeby podziękować za inspirację, poprosić o radę, wygadać się albo
podzielić się czymś radosnym lub smutnym, jakbym była kimś godnym zaufania. Zrozumiałam wtedy, że
po prostu muszę być sobą w tym co robię, być w porządku wobec czytających, nie wciskać  kitu, nie
oszukiwać. Chcę być wiarygodna, bo twarz naprawdę łatwo stracić. Niektóre osoby znam wyłącznie w
świecie wirtualnym, ale z wieloma miałam okazję spotkać się na żywo. Ta interakcja jest dla mnie czymś
bezcennym. Z częścią osób utrzymuję stały kontakt, spotykamy się na pikniki przy fontannie, testowanie
nowych smaków i lokali, rozmowy o codzienności i podróżach. Łączą nas zainteresowania, otwartość na
 świat, podobne spojrzenie na życie. Wspieramy się, nie brakuje nam tematów do rozmów. To cudowne!

O czym pisałam kiedyś a o czym dziś? Co się zmieniło?

Od samego początku pisałam szczerze, tak prosto z serca.. O podróżach, które są moją miłością, o
 miejscach, które mnie zachwyciły, ale też o tym, co mnie ucieszyło lub zaintrygowało. Dorastałam z
blogiem, zmieniałam się. Przeżył kilka zmian mojej pracy i bezrobocie ;) Pewnego dnia poczułam, że
życie przelatuje mi między palcami, w pośpiechu i braku skupienia. Zaczęłam chodzić na warsztaty z
zarządzania sobą w stresie i czasie, z szukania motywacji, rozwijania kreatywności. Potem sięgnęłam po
książki - o uważności w życiu, o metodach małych kroków, o nawykach, które zmieniają nas w bardziej
świadomych użytkowników ziemskiej przestrzeni. To wszystko w znaczący sposób wpłynęło także na
moje wyjazdy. Dziś bardziej skupiam się na szczegółach, nie biegnę bez wytchnienia. Nie ograniczam się
do przewodników, polegam też na własnej intuicji. Lubię iść przed siebie, gubić się, trafiać w miejsca,
o których nie napisali w kolorowej publikacji. Często świadomie odpuszczam główne atrakcje miasta,
idę tam, gdzie mnie stopy poniosą. Patrzę pod nogi, rozglądam się na boki i wysoko zadzieram głowę
starając się dostrzec to, co tak wielu pomija. Wyłapuję detale, układam w głowie mapę odwiedzonych
zakątków. Nie szkoda mi czasu na siedzenie na schodach tylko po to, aby wysłuchać ulicznego grajka,
nie mam wówczas poczucia, że coś tracę. Zamykam oczy i jestem - tu i teraz, nic więcej się nie liczy. 
Czasami idę do parku, obserwuję dorosłych i dzieci ganiające gołębie. Zwykłe scenki z codzienności.
Zabytki stoją w tym samym miejscu od setek lat, a życie ulicy pulsuje w taki, a nie inny sposób tylko raz,
ten moment nie powtórzy się nigdy więcej. Każde miasto ma swój specyficzny klimat, warto szukać tych
charakterystycznych cech, które odróżniają je od innych. "Moje miejsca" nie zlewają się w pamięci w
jedną całość, gdyż w każdym z nich udało mi się odnaleźć coś zupełnie wyjątkowego. Dziś ktoś spytał
Anitę i Bartka, o czym to pisać, jak się człowiek znajdzie pośrodku niczego, nic się nie dzieje itd? Ja 
myślę, że nawet po środku niczego może być fantastycznie, bo brak bodźców z zewnątrz pozwala się
wyciszyć, zajrzeć w głąb siebie, przemyśleć pewne kwestie. Marek Kamiński z wędrówek po bardzo 
   mroźnych, jednolitych krainach potrafi napisać fantastyczne książki o tym, co wtedy myślał i przeżywał.

Blisko czy daleko? Z walizką czy plecakiem? 

 Mam zdrowe podejście do bloga. Wiem, ze w podobny sposób podróżują też miliony innych 
ludzi, niejednokrotnie taniej /dokładniej /częściej /bardziej ekstremalnie. Po prostu robię to, co 
sprawia mi przyjemność. Nie uważam się za lepszą od kogokolwiek ani też za gorszą, tylko dlatego, że
 zwiedzam Europę z walizką zamiast odległych państw z plecakiem. Nigdy nie godziłam się na podział na 
„prawdziwych” podróżników i turystów. Dzielę ludzi na tych, którzy chcą coś w życiu przeżyć i tych, którzy
z wyrazem obojętności na twarzy chcą przetrwać kolejny dzień i iść spać. Na tych, którzy idą swoją drogą,
spełniają marzenia oraz tych, którzy boją się wyrwać z zaklętego kręgu nakazów, zakazów i społecznych 
norm. Szanuję każdego, kto się spełnia, niezależnie od tego czy sprzedaje mikrofalówkę i samochód, żeby
wyjechać w kilkuletnią podróż dookoła świata czy odkłada kieszonkowe, aby pojechać na tydzień np. na
drugi koniec Polski. Ostatnio przeczytałam, że większość blogów jest płytka, że lepiej poświęcić czas na
ambitne reportaże, poruszające historie. Serio? Ja uważam, że w życiu na wszystko jest miejsce. To, że
lubię ambitne, niszowe kino nie zmienia faktu, że lubię też obejrzeć prostą, zabawną komedię o niczym.
Wiele razy czułam, że ktoś subtelnie daje mi do zrozumienia, że mam niewiele do powiedzenia, bo nie
 byłam na końcu świata. Nie byłam i nieprędko będę, chociażby dlatego, że nie chcę oszczędzać cały
rok, by wyjechać tylko raz, na dwa tygodnie (więcej wolnego nie dostanę). Mam się czuć z tym źle?

5 lat bez przerwy? Czy były chwile zwątpienia? 

  Niewiele. Uwielbiam pisać, sprawia mi to wielką frajdę. Po tylu latach lubię też wracać już do starych
  wpisów, wspominać różne miejsca, spotkanych ludzi. Fajnie mieć to wszystko uporządkowane, nie
  musieć przeszukiwać niezliczonych folderów na dysku. To taka piękna pamiątka! Poświęciłam wiele
  godzin, dni, tygodni na przygotowanie 450 postów, ale nie żałuję. Cieszę dziś nimi serce i oczy, są one
  w końcu częścią mojej historii. Miałam taki moment w życiu, chyba ze 3 lata temu, gdy nie miałam siły,
   by normalnie funkcjonować. Życie dało mi w kość, czułam się samotna, płakałam za biurkiem w pracy,
  wracałam do domu i leżałam na kanapie rycząc. Nie jadłam, nie chciało mi się nawet mówić. Jedynym,
 do czego byłam w stanie się zmobilizować było pisanie postów na blog, bo wiązało się to z ucieczką w
   świat wspomnień, obrazów, a po drugiej stronie zawsze był ktoś, kto nie zadawał pytań, nie drążył tego,
    z czym było mi ciężko. Mój blog terapeuta :) Pierwsze chwile zwątpienia miałam ostatnio, ale mi przeszło.

Statystyki, lajki i zasięgi 

    Uhuhuhu. Temat gorący jak blacha z ciasteczkami z piekarnika wyjęta. Uwielbiam, jak ktoś mi mówi,
    że skoro nie piszę na kartce i nie wkładam jej później do szuflady zamkniętej na kłódkę, to statystyki 
   muszą mieć dla mnie znaczenie. Mając 200 lajków na Facebooku mówiłam "wow, dużo". Mając ich 500
   myślałam "wow, jak dużo". Mając ich 2200 mówię... "wow, dużo". Bo dla mnie to jest dużo. Nie mam
  ambicji bicia rekordów polubień, nie potrzebuję prosić, żeby ktoś mnie udostępniał, reklamował. Jeżeli
    komuś moje zdjęcia czy tekst się spodobają i puszczą to dalej lub dadzą mi znak "o,fajne!" to super. Jeśli
    nie, to też ok. Czytam czasami, że te lajki i statystyki to też po to, by połechtać nasze ego, żebyśmy się
     czuli doceniani. Trochę życia za mną i nauczyłam się, że czerpanie siły z zewnątrz jest złudne i potrafi 
   bardzo mocno rozczarować. Poza tym, bądźmy ze sobą szczerzy - blogów jest mnóstwo. Jest ich tak
   dużo, że niektóre trudno od siebie odróżnić. To, że lubię sobie pisać nie znaczy, że jestem skazana na
 sukces i wszystko mi się należy. Pamiętam, jak kupowałam rybę u słynnego Pana Sandacza, a jakaś
 pani w kolejce powiedziała, że chce rabat, bo prowadzi bloga. Jego mina była bezcenna. Moja też.
 Te lajki, statystyki, zasięgi... na pewno są ważne, jeśli ktoś chce na blogu zarabiać i ma pomysł jak
   to zrobić. Są strony, które pomimo, że trochę już komercyjne, to jednak zachowały autentyczność a 
    ich autorzy są dobrzy w swoim fachu, dobrze się przy tym bawią i to przychodzi naturalnie. Bartek z
     Paragonu z Podróży powiedział, że w sumie nie wie jak to się stało, że oni robią swoje a reszta się po 
   prostu dzieje. A ja może naiwnie, ale mu wierzę, bo czytam ich od dawna. W każdym razie, nie każdy
  blog odniesie komercyjny sukces, nawet jeśli autor wykona potrójne salto. Zupełnie bez złośliwości,
fakty są takie - nie każdy blog jest oryginalny, wnoszący coś zaskakującego, niestandardowego. Co
  nie znaczy oczywiście, że nie ma sensu ich prowadzić! Ja też nie jestem unikalna, mega kreatywna, więc
 patrzę na te lajki ze spokojem. Robię to, co mnie cieszy, w sposób, jaki odpowiada właśnie mi. Wiem,
 że wiele osób ma podobne podejście. Jeśli komuś pasuje estetyka "Całego Życia w Podróży", to, jak
    patrzę na świat, jak opisuję odwiedzane miejsca i mi "towarzyszy" - bardzo miło! Jeśli nie - jest ok, bo
   w sieci każdy znajdzie coś dla siebie! O komentarze (a raczej ich brak) martwię się wyłącznie wtedy,
 gdy robię z kimś wywiad i jestem przerażona, że mój rozmówca mógłby pomyśleć, że ludziom się on
nie spodobał i będzie mu przykro. Zasięgi bardziej mnie bawią niż martwią, bo wierzę, że ktoś, kogo
 blog interesuje zajrzy tutaj i tak raz na jakiś czas, więc Facebook nie rządzi moim samopoczuciem.
Mam o wiele mniej polubień niż mnóstwo znacznie młodszych blogów, ale jakie to ma znaczenie?


Zarabianie pieniędzy na blogu i współpraca 

    Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie znajoma z informacją, że rzuciła pracę i ma pomysł na życie - bloga.
   Ma tylko pytanie co zrobić, by móc się z niego utrzymać. W sumie takie pytania słyszę często, czasem
    też dostaję maile w tej sprawie. Odpowiedź brzmi - nie wiem, mam w tym niewielkie doświadczenie. 
  Wiadomo, że ideałem jest zarabiać na tym, co sprawia nam przyjemność i gratuluję każdemu, kto tak
    rozbujał bloga, że ma z tego pieniądze, satysfakcję i jeszcze grono zadowolonych Czytelników. Widzę,
   że niektórzy podejmują fajne, rozwojowe współprace dając przy tym coś swoim fanom. Wg mnie jest
   to godne uznania. Nie jest za to niczego godne wciskanie ludziom każdego syfu za kilka stów, które 
  można zarobić. Kiedyś jeden z blogerów napisał do mnie z propozycją, która mnie trochę ścięła z 
    nóg - reklama, którą bym miała zamieścić była niedorzeczna i w mojej opinii obrażająca inteligencję
    ludzi, z którymi na moim blogu obcuję. Spytałam, czy mówi serio i ma zamiar to opublikować, a jego 
  odpowiedź "w sumie nawet nie doczytałem treści, bo mam to zasadniczo w nosie, póki płacą" po raz
  kolejny ścięła mnie z nóg. Przez minione lata odrzuciłam mnóstwo propozycji współpracy, które by 
   mi dały szybkie pieniądze, ale kłóciłyby się z poglądami czy rzutowały na moją wiarygodność. Dość
   długo analizowałam każdą z ofert, którym powiedziałam "tak". Często były to wymiany barterowe, a
 nie zarobek. Zgodziłam się pojechać do hotelu i napisać o nim obiektywną opinię, ale nie zgodziłam
się na publikację artykułu o dworku, którego nie widziałam a właściciel wolał  zapłacić (wcale nie
mało) niż mnie tam za darmo zaprosić - to trochę podejrzane, nie uważacie? Mogłam mieć na blogu
reklamy kredytów, polis ubezpieczeniowych, leku na biegunkę, a nawet festiwalu jedzenia bananów
 przez małpy na Borneo, ale nie miałam. Miałam za to miłą współpracę z linią Ecolines i kilkoma wg 
mnie godnymi polecenia firmami, które coś chciały zaoferować także Czytelnikom (bon wakacyjny,
etniczną biżuterię i kosmetyki z różnych zakątków świata, paczkę pysznych produktów z Portugalii
  czy książkę). Nie było tego dużo, ale tematycznie pasowało do bloga. Tak było i tak będzie zawsze.
   Wszelkie korzyści płynące z bloga nie są złe, tak długo jak okazujemy szacunek sobie i Czytelnikom.

Dlaczego "Całe życie w podróży?"

 No właśnie, skąd ten tytuł? Nie myślałam nad nim długo, był naturalną konsekwencją tego, co myślę.
Uważam, że nasze życie jest podróżą, którą odbywamy każdego dnia, nawet nie ruszając się z domu.
Mamy duży wpływ na to, kim jesteśmy dziś i kim możemy zostać w przyszłości. Mamy przywilej życia
w kraju, który chociaż nieidealny, pozwala nam uczyć się i rozwijać. Sama droga jest dla mnie zawsze
ważniejsza od celu, o czym pisałam już wielokrotnie. Nie mam na tę chwilę potrzeby rzucenia pracy,
spakowania najpotrzebniejszych rzeczy i wyruszenia w kilkumiesięczną tułaczkę po świecie, bo lubię
moje życie a wyjazdy, zazwyczaj niezbyt długie są jego ważnym elementem, a nie przerywnikiem czy
ucieczką. Jestem daleka od dorabiania ideologii, że krótko to bez sensu, bo niczego nie można się w
ten sposób nauczyć. Ok, być może nie pozna się wszystkich tajemnic i prawdziwego oblicza miejsc,
ale jeśli ktos chce, to wyniesie coś nowego nawet z kilkugodzinnego wypadu za miasto. Zobaczy np.
interesującą roślinę, zwiedzi jakieś muzeum, porozmawia z ciekawym człowiekiem, spróbuje nieznanej
mu dotąd potrawy, wysłucha historii, która pozwoli mu spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy.
Można przejść przez życie zamykając się na nowe, można miesiącami krążyć po jakiś kraju ledwo się
ocierając o schematy, ale można czerpać dużą naukę z uważności, z umiejętności chłonięcia chwili
wszystkim zmysłami. Staram się tak robić, co dostrzegła Anna Węgrzyn, redaktor naczelna portalu
Zmiany w Życiu i zaprosiła mnie do wspólnej pracy nad "naprawianiem świata". To dla mnie o wiele
większe wyróżnienie niż dziesiątki banerów, które mogłam przez te lata zamieścić na blogu tylko ze
względu na niezłe statystyki. Świadomość, że ktoś czyta z uwagą moje wpisy, uważa je za ciekawe,
wartościowe i inspirujące dodaje skrzydeł i motywuje do dalszej pracy. To mój ogromny sukces.

I co dalej? 

 Póki co nie będę bloga zawieszać, tylko robić swoje, nie rozglądając się na boki. Zastanawiałam się,
 jak mogę uczcić 5-lecie, miałam nawet kilka pomysłów, ale nie wypalą one z braku czasu. Coś pewnie
 w międzyczasie wymyślę. Postanowiłam w tym roku zrezygnować z podsumowania wyjazdów, jak też
nie planuję żadnych na przyszły rok. Zobaczymy co życie przyniesie, otwieram się na niespodzianki :)))

2014-11-11

Edynburg. Na zachód od West End, czyli malownicze obrzeża miasta

    Pamiętam, jak rok temu po raz pierwszy jechałam z Glasgow autobusem do Edynburga.
     Część drogi przespałam, ale obudziłam się jakieś 20 minut przed końcem przejażdżki i to,
         co zobaczyłam za oknem naprawdę mnie zachwyciło. Moje klimaty. Kameralnie i przepięknie.
  Eleganckie, zadbane domy z dopieszczonymi ogródkami. Wspaniała architektura, duże
      okna, równo przystrzyżone trawniki. Metalowe stoliki i krzesła, ozdobne, kolorowe donice.
   W tym roku postanowiłyśmy się wybrać w tamte okolice w jakieś wolne przedpołudnie.
    Corstorphine była kiedyś osobną wioską, dziś jest przedmieściem Edynburga. Znajduje się
     na zachodnim brzegu miasta, jeszcze kawałek za West End i Edinburgh ZOO. Dojechałyśmy
      autobusem 31 do końca ulicy St. John's Road i tam rozpoczęłyśmy spacer w kierunku miasta.
      Niska zabudowa, ładne kościoły, malutkie kawiarnie (czasem na 2 stoliki), puby, małe sklepy z
       uroczymi witrynami to główny "krajobraz". Ma się wrażenie, że to wciąż jakieś małe miasteczko.
      Atmosfera jest fantastyczna - spokojnie, malowniczo, przyjaźnie. Ludzie uśmiechają się, witają.
    Główna ulica wydaje się nie mieć końca i po jakimś czasie przechodzi w Corstorphine Road. 
Corstorphine Hill jest jednym z siedmiu wzgórz na których zbudowany jest współczesny
  Edynburg. Przypuszczam, że można z niego zobaczyć miasto z zupełnie innej perspektywy,
 ale niestety nie miałam okazji. Jak zwykle za mało czasu, by przejść się bocznymi uliczkami,
 trochę pogubić, pochodzić bez celu. Chętni mogą też wybrać się do ogrodu zoologicznego.
      Pogoda była cudna, liście tworzyły żółty dywan, wiatr lekko wiał, niewielu ludzi dookoła.
    Mogłyśmy  w spokoju podziwiać zabudowania i piękne podwórka. Wiele z wiktoriańskich 
       domów zmieniono na nastrojowe, butikowe hotele (zwykle 3*). Osobiście uwielbiam taki styl.
 Spodziewałam się wysokich cen, ale pozytywnie się zaskoczyłam. Noclegi w Edynburgu 
tanie nie są, a po powrocie sprawdziłam na marzec obiekt, który bardzo mi się podobał 
(już zdecydowanie bliżej West Endu, ale nadal w cudownej okolicy, blisko pól golfowych)
 Na marzec kosztuje 1800zł za pokój 2-osobowy / 6 nocy. My płaciłyśmy 1600zł za pokój
 wynajmowany od kogoś, więc różnica jest małą. Zobaczcie sami The Murrayfield Hotel! Na
   pewno cena zależy od terminu i oferty (ta jest bezzwrotna), ale i tak jest taniej niż sądziłam.
  Z tego miejsca jest też bardzo blisko (kilkaset metrów) do jednego z wejść na szlak 
 Water of Leith, którym w zaledwie 30 minut można dojść do Dean Village, po drodze
odwiedzając jeszcze Scottish National Gallery of Modern Art. Wspaniałe widoki plus
niezwykle rześkie powietrze i mnóstwo zieleni, szumiąca rzeka... prawie jak na wsi! :)
  Jeśli miałabym kiedyś mieć własny dom, to mógłby wyglądać jak jeden z tych :) Dla mnie ideał.
   Wspominałam już, że pogodę jesienią miałyśmy jak latem, kwitło dużo kwiatów.
 Bliżej West Endu wchodzimy już w dzielnicę Murrayfield, o wiele bardziej miejską i już 
  przypominającą stylem zabudowania centrum Edynburga. Sklepy i kawiarnie są większe,
 ale jest też dużo spokojnych osiedli, główny stadion rugby i lodowisko do gry w hokeja.
   Dochodząc już do dworca Hyamarket i West End, po lewej stronie stoi dumnie imponujący
   budynek Donaldson's School, który już Wam pokazywałam we wpisie Edynburg praktycznie.
   Teren jest wielki i już od dawna wystawiony na sprzedaż. Bardzo, ale to bardzo bym chciała
   wejść do środka, zobaczyć jak wyglądają pomieszczenia, dziedziniec itd. Takie miejsca, może
   ze względu na miłość do książek o Harrym Potterze bardzo działają na moją wyobraźnię. Rok
  temu mieszkałam właśnie w dzielnicy West End, dokładnie na Palmerston Place i pomimo, że
     jest to kawałek od centrum (do Royal Mile ok. 25-30 minut spaceru), to byłam zadowolona.  
    Dla mnie to mało turystyczna, a warta odkrycia okolica. Nieprzewodnikowa, a zaskakująca.