2015-01-26

One day I'll fly away

     Dopadła mnie. Paskudna, szara, zimowa, pozbawiająca chęci do wstawania z łóżka zjawa. Bleah!
   Dusi mnie w nocy poduszką, szepcze do ucha dołujące teksty. Znęca się nade mną, po prostu.
      Moje ciało krzyczy "słońca! światła! kolorów!" i mocno się buntuje. Głowa zbyt ciężka, tak bardzo
       nieodporna na dziwne rzeczy dziejące się dookoła. Może to styczniowe przesilenie, może nie? A co,
       jeśli to znowu szczwany wiatr północny nie daje za wygraną i opowiada mi o miejscach, do których
       trzeba się udać, przyjaciołach, których trzeba odnaleźć, bitwach, które trzeba stoczyć*... Nie wiem.
         Potrzebuję się wzmocnić, pozytywnie nastroić, dodać sobie otuchy, gdy jest mi zwyczajnie źle.
       Wiem, wiem - powinnam się skupić na tym, co jest teraz, a nie wracać myślami do przeszłości.
       Są jednak takie momenty, gdy muszę zamknąć oczy, wyciszyć emocje i myślami uciec gdzieś daleko.
      Za dużo szumu, za dużo złych słów, za dużo pretensji. Wywołuje to we mnie złość, z którą ostatnio
      nie radzę sobie za dobrze. Potrzebuję resetu i ucieczki. Ciałem nie mogę, no to duchem próbuję...
  Co może uspokoić lepiej niż wspomnienie magicznego popołudnia na cudownej plaży? To tylko
 wizualizacje, ale czuję fakturę piasku pod stopami, słyszę dźwięk fal rozbijających się o skały.
Dobiega mnie śmiech ludzi siedzących pod jednym z wielu kolorowych domków i intensywny
 zapach grillowanej przez nich ryby. Powietrze jest czyste i świeże. Mężczyźni w różnym wieku
stoją przy łodzi, segregując poranny połów i rozplątując wielobarwne sieci. Nad nami chmury
przemieszczające się nieśpiesznie po niebie i mewy podrywające się do lotu. Znajduję wielką
   muszlę a potem kilka następnych. Z oddali obserwuję surferów. Zazdroszczę im tej wolności.  
   Przez chwilę zapominam gdzie jestem, co się dzieje i i tym, dlaczego tak bardzo nie chcę tu być.
  Projekcja "filmu" z Costa da Caparica odtwarzanego w głowie przynosi wyciszenie, spokój. Nie
    chcę otwierać oczu, nie chcę wracać do tego tu i teraz. Rzeczywistość przygniata coraz mocniej. 
     Mówię sobie, że "one day I'll fly away", ale ciągle coś mnie zatrzymuje, ciągle brakuje mi odwagi...
* Bo "Czekoladę" przecież znacie i wiecie o co chodzi, prawda??? 

2015-01-23

Teoria 6 przyjaciół i podróż dookoła świata z marką Mercure

    
    Pewnie słyszeliście kiedyś o teorii sześciu stopni oddalenia lub inaczej teorii sześciu przyjaciół.
   Jeśli jednak nie spotkaliście się z tym określeniem, to wytłumaczę to jednym zdaniem - mówi się,
     że dwie dowolne osoby na świecie, dzieli najwyżej pięć osób z ich sieci kontaktów. Prowadzono
    różne eksperymenty, ale ile w tym prawdy a ile miejskiej legendy, nie wie chyba nikt. Sieć hoteli
   Mercure postanowiła sprawdzić to raz jeszcze, realizując projekt "The Six Friends Theory". Ten
     pomysł spodobał mi się od razu, dlatego postanowiłam podjąć się współpracy z marką Mercure,
    opowiedzieć Wam więcej o projekcie i zachęcić do wzięcia w nim udziału, bo myślę, że warto!

          I etap konkursu - przyjmowanie zgłoszeń od zainteresowanych osób rozpoczął się 20 stycznia,
        a potrwa aż do 10 lutego. Kto może się zgłosić? Każdy! Co kandydat powinien zrobić? Nagrać
      krótki, 1-minutowy film, w którym opowie o sobie, swoich pasjach i uzasadni, dlaczego właśnie
     on powinien wygrać i wyruszyć w 30-dniową podróż dookoła świata. W czasie tej fascynującej
      wyprawy, zwycięzca odwiedzi 6 krajów, przenocuje w 6 hotelach Mercure i pozna 6 osób... Te
     spotkania to szansa na przybliżenie kultury i historii danego miejsca. Z każdym z nich bohater
        projektu będzie bliżej realizacji celu - spotkania z Aborygenem z plemienia Bundjalung w Australii.

 Więc informacji oraz formularz zgłoszenia znajdziecie na  profilu Mercure Polska




 Dlaczego zdecydowałam się na promowanie akcji i współpracę z marką Mercure?

  Po pierwsze i najważniejsze - podoba mi się pomysł. W końcu coś fajnego i niestandardowego.
 Po drugie - wierzę w teorię 6 stopni oddalenia! Miałam okazję przekonać się o tym na własnej
   skórze w lutym ubiegłego roku. Wyobraźcie sobie, że jesteście w obcym mieście, które zresztą nie
  bardzo Was zachwyciło. Cieszycie się na powrót do domu, jest niedzielny wieczór, za 4h odlatuje
  Wasz samolot... Nagle przez chwilę nieuwagi tracicie dokumenty i już wiecie, że musicie tu zostać.

  Mnie właśnie to spotkało. Stałam przerażona na dworcu głównym w dużej, europejskiej stolicy, ze
    świadomością, że w poniedziałek konsulat jest nieczynny i nie mam nawet szansy się tam dodzwonić.

   I wtedy stał się cud! Zadzwoniłam do Taty, on zadzwonił do swojego przyjaciela, ten zadzwonił
  do swojego kolegi na stałe mieszkającego w feralnym mieście. Nie było go w domu, ale podał
  nam namiar na swoją znajomą, która zgodziła się nas przenocować. Przy stole zaczęłam na głos
 zastanawiać się co mamy zrobić, skoro nie mamy kontaktu z konsulem przez kolejnych 36h, na
   co nasza Dobrodziejka wyjęła komórkę i wykręciła Jego numer. Prywatny, bo znają się od lat.
    W poniedziałek wieczorem byłyśmy już w domu. Do dziś aż trudno mi w to wszystko uwierzyć! 

 Jestem ciekawa, kto wygra konkurs (może ktoś z Polski?!) i jak będą wyglądały poszczególne
przystanki w drodze do Australii. Na pewno będzie to niezwykła przygoda. Spróbujecie sił? :)

  Macie jakieś ciekawe doświadczenia z teorią 6 przyjaciół ze swojego życia lub podróży? 

2015-01-18

Marrakesz. Plac Dżemaa el-Fna na chwilę przed zmierzchem

Kilka dni po moim powrocie z Maroka spotkałam koleżankę. Kiedy usłyszała, gdzie byłam od razu
 ze współczuciem pokiwała głową mówiąc "pewnie zabrali was na ten główny plac  Marrakeszu?".
  "Oczywiście!!!" - odpowiedziałam pełna entuzjazmu. "Rozczarowujące i paskudne miejsce, co?"
- padło z Jej ust a mi odebrało mowę. Słucham? Jakie? Paskudne?  Byłyśmy na tym samym placu?
Ja wiem, że każdy z nas ma inny gust, każdemu podoba się coś innego, ale są takie chwile, gdy 
moja głowa nie jest w stanie na szybko tego przeanalizować, zatwierdzić i kontynuować dialogu.
   Plac Dżemaa el-Fna to ogromny plac położony w centralnej części miasta. Tu bije jego serce, tu można
   poczuć jego rytm. Nie jest czysty, sterylny i europejski. Mam świadomość, że nie każdy jest miłośnikiem
    takich klimatów. Tłoczno, bardzo głośno i chwilami irytująco, gdy co sekundę jest się zaczepianym albo 
   niezbyt subtelnie zachęcanym do zrobienia sobie zdjęcia z małpką na sznurku (oczywiście turyści z tego
   typu "atrakcji" chętnie korzystają, widziałam kilka osób szczerzących zęby do obiektywu ze smutnym
     biedactwem u boku lub na ramieniu i nie popieram tego oraz nie rozumiem związanej z tym znieczulicy).
Miałam dość duży problem z robieniem zdjęć. Zaraz po wylądowaniu zostaliśmy poinformowani, że w
Maroku zdecydowanie nie należy robić zdjęć kobietom. Poważnie traktuję tego typu sugestie, ale też
  nie popadam w histerię i robię zdjęcie, jeśli gdzieś w kadrze, w odległości 150 m ode mnie stoi jakaś pani
  (a oprócz niej 150 turystów i 75 miejscowych mężczyzn). Panie były jednak innego zdania. Zawsze mój 
  obiektyw widziały, zasłaniały twarz wszystkim, co miały pod ręką (raz nawet składanym krzesełkiem) a mi
 momentalnie było głupio. Przecież to nie je chciałam sfotografować, ale ciężko jest ominąć każdego, tym
   bardziej na placu na którym są tysiące osób. Mam mniej zdjęć niż bym chciała, ale trochę udało się zrobić.
W ciągu dnia to po prostu duży plac na którym można kupić śmiesznie tani (ok. 0,5EUR) sok ze świeżo
wyciskanych pomarańczy (obłędny!) i suszone owoce. Trafi na niego większość osób spacerująca lub
robiąca zakupy na popularnym souku. Sporo tu artystów jak też osób chcących zarobić na turystach.
Poza wspomnianymi wcześniej panami z małpkami, są też zaklinacze węży (ogromnych, brrr!), panie 
sprzedające różne bibeloty i prezentujące katalogi ze wzorami "tatuaży" z henny i inni. Dzieje się dużo.
Im bliżej zmierzchu, tym robi się bardziej fascynująco. Turyści przestają stanowić większość, z każdą
minutą pojawia się coraz więcej miejscowych. Szybko i zwinnie stawiają odkryte namioty, które po 
   jakimś czasie zmieniają się w malutkie knajpki serwujące baranie głowy, owoce morza a także ślimaki. 
Zainteresowanie jest naprawdę duże. Skusiliśmy się na tłuste i pyszne panierowane kalmary oraz
grillowanego bakłażana serwowanego z chlebem i genialnym pomidorowym sosem. Zalaliśmy to
   świeżym sokiem z pomarańczy spodziewając się tragedii, ale nasze żołądki zniosły to bardzo dzielnie.
Przyznam się Wam - serce biło mi jak oszalałe. Czułam się tak, jakbym znalazła się na planie 
jakiegoś filmu albo w zupełnie innym świecie. Obcym, nieznanym, ale jakże zachwycającym i
pociągającym. Nie da się ukryć, jest to pewna "egzotyka" i to dość bliska, na  każdą kieszeń.
Widok i atmosfera - niesamowite. Biegałam po placu z bardzo głupią miną i chyba otwartą z 
wrażenia buzią. Przecierałam oczy ze zdumienia patrząc na mężczyzn grających w zupełnie mi
     nieznane gry, na opowiadacza historii otoczonego grupką lokalnych słuchaczy, na licznych muzyków.
    Tak jak pisałam w poprzednim wpisie - to miasto bardzo trudno jest opisać. Trzeba je poczuć każdym
    ze zmysłów. Otaczają nas obłoki dymu wydobywające się z garkuchni, zapach przypraw i potraw, od 
    różnorodności dźwięków może zakręcić się w głowie. Ilość bodźców dookoła jest aż niewiarygodna.
Zimno mi było. Zmarznięta, przemoczona, w wilgotnym ubraniu nie czułam się do końca 
komfortowo a jednak trudno mi było po prostu wejść do jakiejś knajpy, usiąść, napić się.
 Bałam się, że coś mi umknie, że coś stracę, że ta szansa może się już nigdy więcej nie powtórzyć.
Chodziłam to tu, to tam ciesząc oczy. Czułam się bezpiecznie, chociaż większość znajomych nie
podzielała mojego zdania. Obawiałabym się jedynie kieszonkowców, a ci są przecież wszędzie.
  Plac Dżemaa el-Fna jest miejscem magicznym. Można się nim zachwycać lub uważać, że jest 
  okropny, ale nie wierzę, że można przejść wobec niego obojętnie. Mieliście okazję już tam być?

2015-01-15

W stronę Marrakeszu

     Film "Hideous Kinky" (w Polsce znany jako "W stronę Marrakeszu") obejrzałam będąc nastolatką.
     Sama historia nie poruszyła mnie jednak tak bardzo jak przecudowne zdjęcia miasta i krajobrazów.
     To, co zobaczyłam, wydało mi się magiczne. Jak z innej bajki. Od kolorów zakręciło się w głowie...
   Postanowiłam wtedy, że kiedyś odwiedzę Marrakesz. Do Maroka nie miałam jednak szczęścia:
     dwukrotnie wykupiony w biurze wyjazd nie doszedł do skutku (dlatego o tym, że lecę w grudniu
      poinformowałam Was w niemalże ostatniej chwili). Ponieważ był to wyjazd służbowy, nie mogłam
       robić wszystkiego, na co miałam ochotę,ale starałam się dostrzec i poczuć możliwie jak najwięcej.
  Starałam się nie traktować poważnie prognozy pogody sugerującej, że przez cały dzień będzie lało.
   Niestety, sprawdziła się... Słońce pojawiło się łącznie na godzinę i to w sporych odstępach czasu. Ja
     byłam przygotowana, miałam odpowiednie sportowe buty i parasolkę, ale większość niestety zmokła.
   Na pewno miało to wpływ na ogólne złe nastroje. Ciężko cieszyć się wizytą na gigantycznym bazarze,
  gdy pod nogami płynie rzeka a na głowę spadają gigantyczne krople lodowatej wody... Starałam się 
     jednak nie tracić dobrego humoru i cieszyć się z wizyty w tym wyśnionym mieście, robić jakieś zdjęcia.
    Nie mam ich dużo, bo bałam się o aparat. O wiele więcej obrazów mam wciąż przed oczami.
     Marrakesz jest dla mnie jednym z tych miejsc, o których nie da się tak po prostu opowiedzieć,
      gdyż odkrywa się je i chłonie wszystkimi zmysłami. Głośne rozmowy, zapach skórzanych toreb,
     widok wielkiej głowy barana na środku stołu, smak przypraw i soku z pomarańczy, miękkość 
     szala zgrabnie udającego kaszmir. Koty przemykające gdzieś z boku, piękne produkty, które 
     bym chętnie przywiozła do kraju. Chciałabym opowiedzieć Wam o Marrakeszu, ale muszę to
     wyznać - nie wiem o nim NIC. Jeden dzień to trochę jak mrugnięcie powieką. Ulotna chwila.
    Trochę widziałam, ale nie udało mi się poczuć częścią tego miasta. Nie miałam szansy wtopić
    się w barwny tłum, wsłuchać się w jego codzienny rytm. Żałuję bardzo, bo zachwycało mnie
    wiele na każdym kroku. Było jak w marzeniach z dawnych lat. Jestem pewna, że kiedyś uda
     mi się odwiedzić Maroko po raz kolejny. I wtedy na pewno ruszę w stronę Marrakeszu...

2015-01-08

O tęsknocie za Ogrodami

   Znalazłam na dysku kilka dość starych zdjęć, które obudziły we mnie dużo wspomnień. Ze smutkiem
    muszę zauważyć, że nie ma już na mapie Warszawy większości lokali gastronomicznych, które lubiłam.
   Należała do nich kawiarnia Ogrody na moim kochanym Mariensztacie. Blisko Starówki, ale spokojniej.
   Był w moim życiu taki moment, że pracowałam na Powiślu. To był dobry czas, który doceniłam
     dość późno. Wspaniała lokalizacja, fajni ludzie, luźna atmosfera, przyjemna praca, dużo śmiechu. 
  Mogłam do Ogrodów chodzić przed pracą, po pracy lub w trakcie przysługującej mi godzinnej 
 przerwy (gdy miałam ze sobą rower). Najchętniej bywałam tam jednak rano, gdy nie było wielu
  klientów. Zamawiałam kawę, ciepłego rogalika z migdałami i szłam do sali z widokiem na drzewa.
     O tej porze światło wpadało do pomieszczenia i było naprawdę pięknie. Stał tam duży regał z książkami,
     wśród nich było dużo przewodników, z których przygotowywałam się do różnych wyjazdów. Zdjęcia te 
      zrobiłam na cztery miesiące przez lotem na Majorkę, gdzie miałam odwiedzić Ewę. Czytałam, notowałam.
   Lubię od czasu do czasu pójść sama do knajpy albo do kawiarni. Zamówić coś smacznego, 
   posiedzieć, pomyśleć. Zarzucić sobie małą analizę SWOT ;) , zebrać myśli do jednego worka.
    To oczyszczające a zarazem kreatywne, bo mam w końcu chwilę, by zanotować różne pomysły.
   W Ogrodach umawiałam się też na spotkania. Zdjęcia z dołu i z góry zrobiła mi właśnie tam Yba.
  Lubię je bardzo, chociaż zupełnie siebie nie poznaję bez grzywki i w starych, jasnych okularach.
    Trochę mi się sentymentalnie zrobiło, gdy wróciłam myślami do tamtych czasów. Często jest tak,
    że pewne zdarzenia, miejsca, ludzi doceniamy dużo później niż powinniśmy. Gdy coś stracimy lub
     gdy mamy porównanie z czymś nowym. Tęsknię do Ogrodów i trochę też do tamtych miesięcy...

2015-01-03

Koniec i początek roku w Pradze

    Po kilku latach przerwy znów udało mi się wyjechać na Europejskie Spotkanie Młodych. W sierpniu
     pisałam na blogu o tym, czym są dla mnie te spotkania i jaki miały wpływ na moje życie (Pielgrzymka
      Zaufania przez Ziemię). Nie sądziłam wówczas, że ostatnie dni 2014 roku spędzę w Pradze i będę się 
        cieszyć tym spotkaniem jak dziecko. Potrzebowałam tego wyjazdu, nie sądziłam nawet, że tak bardzo.
       Wyciszony telefon, całkowity brak Internetu. Oderwanie się od wszystkiego, co mnie martwiło.
       Nie zabrałam ukochanego aparatu, czasami bez presji coś sfotografowałam starym kieszonkowym.
       Mieszkaliśmy w osiem osób u kochanej rodziny w domku na wzgórzu, w niewielkiej miejscowości,
      20 minut pociągiem od centrum Pragi. Osiem różnych osób. Lubię, gdy każdy wnosi do grupy coś
       innego, różną energię. Było pozytywnie, radośnie i dla mnie bardzo inspirująco, bo miałam okazję 
        przebywać z inteligentnymi ludźmi, mającymi ciekawe zainteresowania i pasje, którzy nie boją się 
       realizować swoich marzeń i być sobą. Lubię przebywać z osobami, które poszukują swojej drogi, 
      chcą nią iść, nie godzą się na bylejakość, której dużo dookoła. Miałam tam czas, by posłuchać, by
       pomyśleć. Wiele z tego, co mnie trapiło, wydało mi się bez sensu, bo zrozumiałam, że mam wybór.
  Braliśmy udział w spotkaniach w goszczących nas parafiach, w wieczornych modlitwach na halach
  EXPO, w popołudniowych w praskich kościołach, ale też mieliśmy chwilę na pospacerowanie po
    mieście, wejście do irlandzkiego pubu i do czeskiego baru mlecznego, na śpiew i chwilę zadumy.
  Tęskniłam za tłokiem i muzyką w metrze, za kolejką do jedzenia w puszce i za betonową podłogą 
  na której siedziałam kilka razy dziennie. Nie mam telewizora bo nie chcę nigdy uwierzyć w to, co
     próbują nam wmówić - że świat jest wyłącznie zły. Takie spotkania niezmiennie dają nadzieję, że to,
 co dobre, w końcu zwycięży i że dużo zależy od nas samych. Tak, to MY możemy zmieniać świat.
         Mamy wpływ na swoje życie, ale też na życie tych, którzy są blisko. Dużo postanowiłam w czasie
        tych pięciu dni. Większość zaczęłam realizować już dziś. Po słabszym roku mam przeczucie, że 
        ten będzie lepszy. Dla mnie w jakiś sposób "przełomowy", bo 30-te urodziny już we wrześniu. Jak
        mam być szczera, nie przeraża mnie ten mijający czas. Mam poczucie, że z wiekiem mamy lepiej w
        głowach poukładane, mniej się miotamy i możemy być bardziej sobą. I tego nam życzę w tym 2015!