Najnowsze wpisy

21.2.17

7 urodziny bloga - jak on właściwie powstał?

Do Porto poleciałam po raz pierwszy w lutym 2010 roku jako uczestnik ekumenicznego spotkania. Gdy opuszczałam Polskę, zaczynała się właśnie burza śnieżna, na przesiadkowym lotnisku w Paryżu panował przenikliwy chłód, a północ Portugalii przywitała mnie mgłą i ponurą szarością poranka. Z dużym plecakiem i przyczepionym do niego śpiworem dotarłam metrem do miejsca, w którym po rejestracji otrzymałam odręcznie narysowaną mapkę z adresem rodziny, która miała mnie gościć. W spokojnej dzielnicy Porto czekali na mnie Ricardo, jego mama, tata i kilkuletnia siostra. Niewielkie mieszkanie, a w nim mój własny kąt i czarny kot z białym ogonkiem obserwujący mnie nieufnie z oparcia kanapy. Usiadłam tylko na chwilę. Byłam jednak zmęczona po całonocnej podróży i od razu zasnęłam na miękkiej poduszce. Obudził mnie zapach smażonych placków, śmiech i dźwięk mojego imienia (Aneeeska!!!) dochodzący z kuchni. Poczułam, że będzie wspaniale. Nie myliłam się. To był piękny czas. Chwile skupienia i zadumy przeplatane radosnym śpiewem i tańcem na środku ulicy. Poważne rozmowy o sensie życia i popołudniowe żarty przy stole uginającym się od portugalskich przysmaków.
Jednego wieczoru siedziałam na schodach stacji metra obserwując współtowarzyszy. Myślami wróciłam na ulice miasta, które przemierzaliśmy w ciągu dnia. Kolorowe, pełne małych księżniczek, piratów, misiów i tygrysków. Miejscowi hucznie świętują Karnawał, a swoje przebrania przygotowują przez wiele tygodni. Lubię, gdy ludzie z luzem podchodzą do zabawy, barwnych fiest i ulicznych festiwali, umieją czerpać z tego radość, nie wstydzą się, nie uważają tego za dziecinne i bezsensowne. Z zamyślenia wyrwał mnie kolega, wciągając do środka tańczącego kółka. Wagoniki metra przyjeżdżały i odjeżdżały, a my nie ruszaliśmy się z miejsca. Ktoś grał na gitarze, ktoś inny na bębnach. Wszyscy śpiewali. Robiliśmy dużo hałasu, ale chyba pozytywnego, bo ludzie zatrzymywali się, bili brawo, robili zdjęcia albo po prostu się przyłączali. Tego wieczoru położyłam się do łóżka, zanurzyłam w lnianej pościeli i pomyślałam, że nie chcę tego stracić. Nie chcę, aby kadry w pamięci zbladły zbyt szybko. Chcę pamiętać: wydarzenia, imiona, teksty piosenek, nazwy potraw i zabytków. Za dużo mi ucieka! Wyjęłam długopis, zeszyt i zaczęłam notować. Fakty, przemyślenia, wszystkie istotne szczegóły. Usnęłam spokojna, planując założenie bloga zaraz po powrocie. Mam słomiany zapał. Pisanie do szuflady skończyłoby się po kilku tygodniach. Potrzebowałam silniejszej motywacji - wiedziałam, że gdy zacznę działać publicznie, to się szybko nie wycofam.
Kolejny dzień przyniósł zmianę pogody. Zima na północy Portugalii jest kapryśna - czasem słońce, czasem deszcz, w ciągu dnia jest ciepło, a wieczorem temperatura gwałtownie spada. Uzbrojona w parasolkę włóczyłam się po mieście w każdej wolnej chwili jaką udało się znaleźć w napiętym planie dnia. Porto jest inne niż Lizbona, ale też piękne. Położone nad malowniczą rzeką Douro, jest trochę zaniedbane, a jednak intrygujące i przyciągające jak magnes. W oknach suszy się pranie, a w wąskich uliczkach toczy się zwykłe życie - dzieci kopią piłki, kobiety dyskutują z przejęciem na małych balkonach, mężczyźni grają w karty na zielonych skwerkach. Kilka przecznic dalej młodzi ludzie wychodzą z dobrej restauracji śmiejąc się głośno i trzymając za ręce. Porto ma wiele twarzy, i warto poznać  je wszystkie. Jednego popołudnia dotarłam w miejsce, gdzie czas praktycznie się zatrzymał. Kolorowe łódki, głośne mewy grzebiące zachłannie w koszach, stare samochody, aromat kawy i grillowanej ryby dobiegający ze skromnie wyglądającej knajpki. Miejsce piękne i spokojne, oddalone od zgiełku centrum. To były krótkie chwile samotności, bo dużo czasu spędzałam z innymi uczestnikami spotkania. Każda kolejna godzina utwierdzała mnie w tym, że chcę pisać. Ale też w tym, że chcę podróżować uważniej, bez pośpiechu. Chłonąć chwilę, dobrą energię miejsc i ludzi. Tak powstał ten blog, blisko 7 lat temu. Kawał mojego życia i jedna z najlepszych decyzji jakie kiedykolwiek podjęłam. W tym roku świętuję kolejne jego urodziny tymi właśnie słowami. Bez podsumowań, planów i założeń, ale życząc sobie jeszcze odrobiny weny i chęci, aby to kontynuować. Chociażby dla siebie, bo lubię do wielu opublikowanych wspomnień wracać.

14.2.17

"Jak dogonić szczęście"?

Obejrzałam ten film przez przypadek i poczułam, że wiele mnie łączy z głównym bohaterem. Ponad rok temu byłam w tym samym punkcie życia, w którym jest on w początkowych scenach - gdy wypalenie zawodowe, irytacja, znużenie i złość stają się codziennością, a człowiek musi coś zmienić. Teraz, natychmiast, nie bacząc na innych. W końcu musi postawić siebie na pierwszym miejscu i odnaleźć odpowiedzi na pytania, które nie dają mu spokoju.

Hector prowadzi spokojne i bardzo ułożone życie - jest lubianym i skutecznym psychiatrą, mieszka w ładnej części Londynu, żyje na przyzwoitym poziomie i to w udanym związku z fajną kobietą. Życie jego toczy się według ustalonego schematu i pozornie nie można się do niczego przyczepić. Człowiek to jednak dziwna istota - niby wszystko ma, a jednak czuje, że czegoś mu brakuje. Pewnego dnia pojawia się potrzeba zmian, nowych bodźców i szukania mniej oczywistych dróg. U mnie była tak silna, że wiedziałam, iż jeśli się jej nie poddam, to oszaleję. Z dnia na dzień pożegnałam się z pracą i rodziną, spakowałam walizkę i poleciałam na Maltę. Szukać swojego "Ja" w odmętach lęków, niepowodzeń i wątpliwości. Hector zawiesił praktykę lekarską, spakował plecak, ucałował swoją dziewczynę i ruszył w podróż, która miała dać mu jasną odpowiedź na pytanie "Czym jest szczęście?". 

Film trwa blisko dwie godziny i jest (przynajmniej dla mnie) naprawdę zabawny. Lubię ten typ humoru, chwilami absurdalny, a momentami nieco przerysowany. Nie jest doskonały - bywa zbyt dramatyczny i naciągany, zwyczajnie przesadzony. Całość jest mimo wszystko dość lekka, chociaż pozostawia z chwilą refleksji. 

Pokazane w nim rozterki dotyczą wielu z nas. Często żyjemy zawieszeni między przeszłością a przyszłością, zupełnie ignorując teraźniejszość. Dużo w nas żalu za minione wydarzenia, a niedomknięte sprawy wiszą nad głowami jak złowroga ciemność. Wpadamy w rutynę, zapominamy o celebrowaniu małych przyjemności i cieszeniu się z drobiazgów. "Im bardziej skupiamy się na własnym szczęściu, tym bardziej nam się ono wymyka". 

Podoba mi się sposób, w jaki Hector szuka źródeł szczęścia - rozmawia z ludźmi, wchodzi w różne relacje, które są czasem dla niego zaskakujące i stale uczą go czegoś nowego. Robi notatki, pilnie wypisuje cytaty i okrasza je pełnymi uroku rysunkami. Odwiedza Azję, Afrykę i na końcu Kalifornię, aby raz na zawsze rozprawić się z przeszłością i bezsensownymi pytaniami typu "co by było gdyby...?". 

Jego wnioski są w zasadzie proste. Szczęście chowa się przecież w małych rzeczach, takich jak wiatr, bliscy ludzie, wartościowa rozmowa, bezinteresowna gościnność, zdrowie czy potrawka ze słodkich ziemniaków. Cytaty też nie są specjalnie odkrywcze, chociaż są bardzo trafne. Do moich ulubionych należą "Robienie porównań niszczy szczęście" oraz "Unikanie nieszczęścia nie prowadzi do szczęścia". Co zrobi z tą wiedzą, jak ją wykorzysta i w jakim kierunku pójdzie - dowiecie się z filmu. Wiem, że nie każdemu przypadnie on do gustu, bo jest nieco naiwny i infantylny, ale warto dać mu szansę. Jeśli nie widzieliście - polecam. Jeśli widzieliście - jak Wam się podobał?

6.2.17

Zima na Malcie czy wiosna w Polsce?

Jeśli o czymś w życiu marzę, to o posiadaniu pracy, która pozwoliłaby mi mieszkać w Polsce od maja do października, a na południu Europy od listopada do kwietnia. Zeszłoroczną zimę spędziłam na Malcie, ale mógłby to być każdy inny kraj, w którym temperatura jest dodatnia, a na drzewach widać kwiatki i zielone listki.
Nie lubię zimy i to się chyba nigdy nie zmieni. Staram się co prawda szukać jej dobrych stron (takich jak miękki pled, film oglądany na kanapie, herbata z miodem i imbirem czy przyjemny dotyk pluszowych skarpetek), ale to takie oklejanie plastrami ran. Zimą tracę energię, motywację do działania i przede wszystkim wenę. Włączam tryb autopilota - wstać, zrobić co trzeba i zaszyć się znów pod kołdrą. Najgorzej jest w lutym i marcu, gdy zdawać by się mogło, że ciemno i zimno jest już od zawsze, a jasnego światełka w tym ponurym tunelu ciągle nie widać.
Ostatnio myślę często o Malcie. Wspomnienia wracają nagle, zupełnie bez zapowiedzi - czasem usłyszę jakąś piosenkę, innym razem wpadnie mi w ręce jedno ze starych zdjęć albo życie ześle mi namacalny dowód na to, że ten czas nie był tylko snem. W połowie stycznia na przykład, szłam bocznym korytarzem warszawskiego centrum handlowego. Kierowałam się w kierunku wyjścia, gdy nagle usłyszałam gdzieś z tyłu donośne HELLO! HELLO! Zignorowałam ten dźwięk, bo przecież nie mógł być skierowany do mnie. Weszłam na ruchome schody, zaczęłam zjeżdżać w dół, ale naprawdę głośne HELLOOO! niosło się za mną niezmiennie. Kiedy poczułam czyjąś rękę na ramieniu, nie miałam już wątpliwości, że jednak obiektem nawoływań byłam ja. Odwróciłam się w napięciu i zobaczyłam uśmiechniętą twarz, która wyryła się w mojej pamięci bardzo mocno. Stał przede mną, jak gdyby nigdy nic, FACET PO PRZEJŚCIACH z jakże lubianego przez Was wpisu Wszystkie twarze Malty. To było tak nierzeczywiste i abstrakcyjne, że w tym samym czasie zaczęłam się śmiać i łza zakręciła mi się w oku. Zjedliśmy kolację, rozmawiając o spędzonych razem tygodniach i wszystkim, co było później. Wróciłam do domu, odpaliłam Internet i wpisałam szybko tytuł piosenki, która zawsze już będzie dla mnie symbolem tamtych miesięcy.
Już pierwsze jej sekundy magicznie teleportowały mnie na środek promenady w Sliemie. Spojrzałam na wzburzone morze i pomyślałam, że idzie sztorm. Bo sztorm zimą na Malcie to żadna niespodzianka, a bywa naprawdę silny. Morze wylewa się na chodniki, wyrywa ławki i niszczy przystanki. Bywały takie noce, gdy leżałam w łóżku i nie mogłam spać. Wiatr miotał bez trudu potężnym drzewem stojącym koło budynku, a ono miarowo uderzało w szybę zlokalizowaną tuż nad moją głową. Z oddali niosło się echo białych fal, rozbijających się z impetem o brzeg. Myli się ten, kto sądzi, że lecąc zimą na tę wyspę, na pewno wygrzeje kości. Pogoda jest wówczas zmienna i kapryśna. Rano jest chłodno, w dzień zwykle ciepło, a wieczorem znów zimno. Jasne chmurki spokojnie płyną po niebie, a za chwilę robi się szaro i spada deszcz. Taki, że człowiek jest mokry po same majtki i trzęsie się z zimna. Warto też pamiętać, że wiele mieszkań oraz hoteli na wyspie nie ma ogrzewania, więc nocami jest dość zimno, a przy tym wilgotno.
Ale co tam! Zima na Malcie ma o wiele więcej zalet niż wad. Dni nie są może bardzo długie, ale i tak dłuższe niż u nas. Chłodne poranki przechodzą płynnie w ciepłe, rozświetlone słońcem popołudnia. Wystarczą jeansy, trampki i bluza, aby poczuć się komfortowo. Długie spacery po przebudzeniu, wiatr we włosach, zapach morza, koty wyciągające się na ławkach i aromat świeżo parzonej kawy - zimowe dni rozpoczynały się zawsze podobnie. Lekcje pod gołym niebem - na tarasie baru z obłędnym widokiem na zatokę Balluta albo na dachu szkoły. Ceniłam dni, w które udawało mi się zaszyć z książką w porcie. Siedziałam w balerinach na schodku przy samym brzegu i patrzyłam, jak światło odbija się w tafli wody i oświetla kolorowe łódki. Cieszyłam oczy młodymi listkami na drzewach oraz krzakami obsypanymi drobnymi kwiatkami. Doceniałam możliwość zjedzenia posiłku w restauracyjnym ogródku albo na plaży. Zapomniałam o istnieniu ciężkich, ocieplanych butów i puchowych kurtek, chociaż czasem zdarzało mi się założyć cienką czapkę i owinąć szczelnie szalikiem. Wszędzie mogłam dojść na piechotę i nie musiałam czekać na ogrzewany tramwaj z nadzieją, że się taki trafi i na chwile złagodzi cierpienie.
Zima na Malcie była fajna. Jadłam pyszne lody, piłam zimne piwo i spalałam kalorie w czasie długich spacerów. Włóczyłam się z ludźmi do później nocy, tańczyłam w cienkiej sukience i bez końca gapiłam się w morze. Uwielbiałam nasz widok z okna i słońce wpadające do salonu przez szpary w ciężkich zasłonach. Czasem pisałam coś na bloga, siedząc z kieliszkiem wina na balkonie. I wtedy przyszła wiosna, a wraz z nią ogromna tęsknota.
Za czym? Za domem. "To był maj, pachniała Saska Kępa szalonym, zielonym bzem...". Maj w Polsce jest wyjątkowy. Sposób, w jaki przyroda budzi się do życia po zimowym uśpieniu, zdumiewa mnie nieustannie. Każdego roku obiecuję sobie, że będę bacznie obserwowała ten proces, a ona po prostu wybucha jednego dnia i przewraca życie do góry nogami. Zaczęłam tęsknić za warszawskimi parkami, za tulipanami we wszystkich kolorach tęczy, za zakupami pod Halą Mirowską. Jadłam co prawda maltańskie truskawki z targu w Marsaxlokk, ale były zupełnie inne niż te nasze. Ze wstydem fantazjowałam o młodej kiszonej kapuście, kromce razowego chleba z serem białym, rzodkiewką i szczypiorkiem, porcją sernika polaną zmiksowanymi owocami. Za ulicami pustymi o świcie i za tęczą po wiosennym, drobnym deszczu. Za rodziną i znajomymi, którzy zbiorowo w maju obchodzą kolejne urodziny. Na Malcie już zaczynało się robić upalnie i tłoczno. Turystów coraz więcej, przestrzeni coraz mniej. Gorące powietrze przesycone zapachem spalin i wystawionych na ulicę śmieci robiło się męczące.
Nie ma miejsc idealnych. Każde ma swoje wady i zalety, mocne i słabe strony. To oczywiste, że ciężko o zaspokojenie wszystkich potrzeb w jednym miejscu i czasie. Myślę sobie jednak, że połączenie letnich miesięcy w Polsce, z zimową ucieczką gdzieś na południe, dałoby efekt blisko doskonałości. Tylko jak to właściwie zrobić?

30.1.17

Wiosenne oblicze Amsterdamu

Szczęśliwie styczeń dobiega końca, więc do wiosny już coraz bliżej. Za oknami bywa jasno i słonecznie, dni są wyraźnie dłuższe i chęć do życia magicznie wraca. Stale i niezmiennie brakuje mi jednak kolorów, więc zachłannie chwytam się wspomnień.
Tulipany w Amsterdamie
Dziś padło na Amsterdam w wiosennej, niezwykle barwnej odsłonie. Odwiedziłam to miasto w maju 2015 roku, przy okazji wizyty w bajecznym ogrodzie Keukenhof. Jeśli nie czytaliście jeszcze relacji z tego miejsca, koniecznie musicie to nadrobić. Nie o czytanie zresztą chodzi, a o podziwianie tej powodzi kwiatów, która przyprawiła mnie o silny zawrót głowy.  
Ogród Keukenhof otworzy swoje bramy przed zwiedzającymi już za dwa miesiące. Jak co roku, wśród kwiecistych rabatek i dywanów pojawi się motyw przewodni - tym razem będzie to Holenderski Design. 
Ulice Amsterdamu
Wracając jednak do samego Amsterdamu - to miasto ma moc! Pierwsze wrażenie zrobiło na mnie ogromne i cały czas marzę, żeby wrócić tam na dłużej. Bije od niego pozytywna energia - także ludzi, którzy w nim mieszkają. Dawno nie spotkałam się z tak wielką kumulacją uprzejmości i uśmiechów w ciągu jednego dnia (chociaż z tego co pamiętam, podobne odczucia miałam kilka lat wcześniej w Rotterdamie). 
Pogoda trafiła nam się doskonała - było niezwykle słonecznie, niebo idealnie błękitne z delikatnymi obłokami poprawiało nastrój, a lekko rześkie powietrze pachniało rozkwitającą wiosną i odurzającym aromatem tulipanów. To moje ukochane kwiaty (zaraz obok słoneczników), na głowę biją róże i wszystkie inne uznawane za bardziej eleganckie i dostojne. Tulipany są proste, zachwycające wręcz swoją prostotą oraz niezliczoną ilością odmian. 
Różowe tulipany w Holandii
W Amsterdamie urzekło mnie to, że miasto poprzecinane jest tak ogromną liczbą kanałów i zarzuconych nad nimi mostów. Fantastycznie było patrzeć na ludzi siedzących przy ich brzegu, jedzących kanapki i śmiejących się głośno. Połączenie wody i miasta jest tym, co zawsze skrada moje serce. Od kiedy Wisła w Warszawie otworzyła się bardziej na mieszkańców, polubiłam stolicę mocniej niż dotychczas. 
W Amsterdamie podobała mi się architektura budynków, ukryte podwórka, brukowane uliczki i różne malownicze zakątki. Zaskoczyło mnie pozytywnie, jak wiele osób spędza czas na dworze - na ławkach, placach, w parkach czy po prostu jadąc przed siebie na rowerze. 
Ulice Amsterdamu
O rowerach w Amsterdamie już pisałam i sama bardzo często do tego wpisu wracam, żeby nacieszyć oczy i powspominać. Po mieście włóczyłam się raczej bez celu, bo na konkretne zwiedzanie miałam za mało czasu. Chciałabym odwiedzić muzea i bardziej świadomie zgłębić jego wszystkie tajemnice. 
Jeden dzień w Amsterdamie to jedynie szansa, żeby zakosztować klimatu i nabrać ochoty na więcej. Pospacerować, popatrzeć na świetnie ubranych ludzi i na ich kolorowe rowery, zjeść holenderskie wafle z przeraźliwie słodkim nadzieniem, kanapkę ze śledziem. I zapragnąć więcej. 
Mieszkańcy Amsterdamu

24.1.17

Brooklyn z widokiem na Manhattan

Wizyta w Nowym Jorku wydaje mi się tak odległa, jakby minęło już z 10 lat. Pewnie dlatego, że tak wiele się przez ten czas wydarzyło. Żyję dziś zupełnie innym życiem niż wówczas, a czas leci jak oszalały i wcale nie ma ochoty się zatrzymać. Warto jednak czasem się zatrzymać i wrócić w przeszłość myślami.
Tego wpisu w ogóle nie planowałam. Jak Wam powiem, dlaczego powstał, to pewnie padniecie ze śmiechu. Kilka dni temu wzięłam się za kolejne porządki, tym razem padło na szafę. Część ciuchów i dodatków została nominowana do opuszczenia mieszkania. Powiedziałam mamie, że chcę wyrzucić w końcu spraną już, poszarpaną, kobaltową chustkę, którą obydwie bardzo lubiłyśmy. W odpowiedzi usłyszałam zdanie, którego się nie spodziewałam.
"Miałaś ją w Nowym Jorku, więc nie możesz jej wyrzucić!". Zaśmiałam się w głos, bo faktycznie mi towarzyszyła (zresztą była ze mną niemalże wszędzie w ciągu ostatnich 5 lat) i od razu pojawiło mi się w głowie to zdjęcie, które widzicie poniżej. 
Jak bumerang wróciły wspomnienia i ten właśnie dzień, jeden z dwóch moich ulubionych w czasie krótkiego urlopu w NYC (drugim był ten, w którym odkryłyśmy Pasticcerie Rocco). Od zawsze marzyłam, żeby zobaczyć Manhattan od strony Brooklynu, a rzeczywistość okazała się lepsza niż marzenia. 
Sam Brooklyn skradł moje serce od pierwszej minuty. Zaczęłyśmy zwiedzanie od pełnego kontrastów Williamsburga, przez Clinton Hill, Downtown Brooklyn, Dumbo, aż po Brooklyn Heights z zachwycającą promenadą z widokiem na rzekę i niebieskie wieżowce. 
Serce biło mi szybciej, gdy odkrywałam zakamarki pełne murali, podziwiałam zjawiskową architekturę budynków, wtapiałam się w kulturową różnorodność i zaglądałam do małych knajpek i kawiarni na gorące bajgle ze śmietankowym serkiem i wędzonym łososiem czy zimną lemoniadę. 
Okolice Mostu Brooklińskiego wpędziły mnie w stan niekończącej się, trudnej do opanowania euforii. Tak wiele razy widziałam wcześniej tę panoramę! Na zdjęciach, w książkach i albumach, gazetach, na pocztówkach, w Internecie, w filmach i teledyskach. 
Jeśli mogę mówić o spełnionych marzeniach w kontekście Nowego Jorku, to na pewno było nim właśnie to miejsce. Pełne miejscowych i rozgorączkowanych turystów, będące w tym samym czasie plenerem sesji zdjęciowych - ślubnych i modowych, wybiegiem dla psów, placem zabaw dla dzieci, miejscem spotkań przy drewnianym stoliku i przyniesionym z domu jedzeniu. Absolutnie jedyne w swoim rodzaju.
Dzień był piękny, pogoda idealna do spacerów albo leniwego siedzenia na ławce i gapienia się przed siebie. Obserwowałam ludzi uważnie i widziałam ten błysk w ich oczach. Bo to jedno z tych miejsc, wobec których nie można przejść obojętnie. Komercyjne co prawda, ale jednak zjawiskowe. 
Wszystkie elementy otoczenia doskonale się ze sobą komponują - zabudowania Brooklynu, dwa majestatyczne mosty zawieszone nad rzeką, zieleń i tereny rekreacyjne, okoliczna gastronomia i ten wyjątkowy widok na miasto, które nigdy nie zasypia. Cieszę się, że miałam okazję zobaczyć je na własne oczy, a ten obrazek zostanie w mojej pamięci już na zawsze. 

8.1.17

"Końca świata nie było" książka Anity Demianowicz

Lubię czytać książki podróżnicze. Ostatnio co prawda trochę mniej (może dlatego, że pojawia się ich na rynku zbyt dużo), ale lubię. Najwięcej przyjemności sprawiają mi te, które nie są suchą relacją, a pełną emocji opowieścią. Ucieszyłam się więc z możliwości przeczytania wspomnień Anity Demianowicz z podróży po Ameryce Środkowej. Mam wyrobione zdanie na temat autorki i byłam ciekawa czy książka je potwierdzi.

„Końca świata nie było” to literacki debiut Anity (wyd. Bezdroża). Jej blog istnieje od dawna (ja go czytam od ponad 2 lat) i muszę przyznać, że przyjemnością jest obserwować, jak bardzo się on zmienia. Sposób pisania, jakość zdjęć, pomysł na treść. Przy okazji zmienia się i dojrzewa sama Anita - to widać bardzo wyraźnie w jej ostatnich publikacjach. Wpisy z rowerowej podróży po Polsce były dla mnie wielką niespodzianką i czasem do nich wracam.

Kiedy poznałam Anitę osobiście, od razu poczułam, że jest taka, jak jej teksty - szczera, skromna i bardzo konkretna. Jej książka jest osobista i mocmo "pamiętnikowa". Jeśli ktoś szuka dokładnych  i wyczerpujących informacji przewodnikowych - nie znajdzie ich za wiele. Jeśli ktoś jednak szuka opowieści o blaskach i cieniach samotnej podróży - będzie zadowolony. To książka o potrzebie odkrywania świata i siebie samej, ale też o tęsknocie za mężem i bliskimi, o chwilach zwątpienia. Nie ocieka lukrem, mówi również o strachu i o podejmowaniu odpowiedzialnych decyzji (np. czy wybrać się w miejsce uznawane za równie piękne, co niebezpieczne czy zostać w hostelu). O odwiedzonych przez Anitę krajach (Gwatemala, Honduras, Salwador) nie wiedziałam zbyt wiele. Z książki wyniosłam pewien rys kulturowy, czyli to, co interesuje mnie bardziej niż zabytkowe kościoły czy muzea. Dostałam odpowiedź na pytanie czy samotna, biała kobieta może czuć się pewnie i swobodnie w tych regionach świata i na co powinna uważać. Książka Anity jest pochwałą wolnego i uważnego podróżowania. Autorka robiła sobie przerwy na naukę języka hiszpańskiego, mieszkanie u lokalnych rodzin i obserwowanie ich codziennego życia. Wróciła silniejsza, stęskniona i ... spragniona kolejnej podróży.

Książka jest wydana tak, jak lubię – wygodny format, miękka okładka, dobrej jakości papier i mnóstwo pięknych zdjęć. Czyta się miło, lekko i przyjemnie. Na końcu znajduje się krótki, praktyczny poradnik dla wszystkich, którzy chcieliby ruszyć w taką podróż, ale się boją. Czytaliście? 

28.12.16

TOP 5 roku 2016

To był najlepszy rok w moim dotychczasowym życiu. Tym, którzy obiecywali, że po 30-tych urodzinach będzie najfajniej, muszę przyznać rację. Już w chwilę po zdmuchnięciu świeczek czułam, że idzie nowe. W styczniu tego roku byłam już tego pewna. To nie był rok samych sukcesów. To był rok walki ze sobą, wychodzenia ze strefy komfortu, wzlotów i upadków, wielu wylanych łez i pięknych niespodzianek na ich otarcie. Ten rok na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Dawno nie robiłam podsumowań, ale dziś chcę, aby móc do niego kiedyś wrócić.

NAJLEPSZE W 2016 

ODWAGA żeby ruszyć za głosem serca. Od zawsze miałam marzenia, które spychałam gdzieś głęboko i próbowałam je uciszyć, nie pozwolić im dojść do głosu. Bo nie powinnam, bo mam inne zobowiązania, bo co powiedzą bliscy. Siedziałam więc wepchnięta w niewygodne ramy cudzych oczekiwań, fantazjując o innym i jak mi się wydawało - lepszym życiu. Nadszedł jednak dzień, w którym powiedziałam "Dość! Mam prawo żyć po swojemu, błądzić i próbować". Od decyzji do czynu droga jest krótka, a wiatr w żagle wpada tak szybko, że człowiek gotowy za burtę wypaść z wrażenia... Wyprzedałam pół mieszkania, spakowałam 1 dużą walizkę, pożegnałam się z dotychczasową pracą, kupiłam bilet w 1 stronę na Maltę i poleciałam.

MALTA była czasem niezwykłym. Szkoła życia, jakiej nie dała mi żadna szkoła ;) Lekcja samodzielności, radzenia sobie ze strachem, odnajdywania się w niekomfortowych warunkach codziennego obcowania ze skrajnie różnymi ludźmi z różnych krańców świata. Malta jest wyjątkowa i już zawsze będę ją kochać. Poza niespełnionymi pragnieniami zamieszkania tam i znalezienia pracy, rozbitą umywalką i ogromem rozczarowań różnego typu, ta mała wyspa na Morzu Śródziemnym dała mi kilkanaście ważnych spotkań oraz mnóstwo istotnych wniosków na temat tego jak chcę, a jak nie chcę żyć i w jakie relacje warto się zaangażować, a w jakie nie. 

SPÓJNOŚĆ była moim problemem. A raczej jej brak. Zazdrościłam ludziom, u których wszystko było spójne - to, co mówią, robią, jak wyglądają i jak żyją. Przez wiele lat godziłam się na rozwiązania, które mi nie pasowały, wykonywałam pracę, która kłóciła się z moimi poglądami, spędzałam czas z ludźmi, z którymi w sumie nie miałam ochoty (z przyzwyczajenia lub bo wypadało). Goniłam za czymś, nie wiedząc za bardzo za czym i nie mogłam znaleźć spokoju i satysfakcji. Ten rok pomógł mi wyznaczyć priorytety, ścieżki i wizję przyszłości.

MIŁOŚĆ przyszła nieoczekiwanie. Przez kilka lat się mijaliśmy, żeby w końcu na siebie trafić w najbardziej niepozornych okolicznościach, jakie można sobie wymyślić. Bywałam na wsi u koleżanki raz do roku. To jedyny dzień, w którym nie chciało mi się umalować ani uczesać, siedziałam na tarasie z filiżanką kawy, wtedy na rowerze podjechał on i po 7h już widzieliśmy. Niedługo minie 6 miesięcy. Nie wiem czy w nadchodzącym roku uda nam się razem gdzieś wyjechać, ale dzięki niemu już wiem, że DOM to mieszkanie, w którym ktoś czeka.

PRACA po wielu latach w końcu zmieniona! Cóż mogę dodać. Kto mnie zna, wie doskonale, jak bardzo nie chciałam sprzedawać wakacji All Inclusive, jak bardzo mnie to nudziło, męczyło i irytowało, jak nie mogłam się pogodzić z tym, że moją pasję do poznawania świata zabijają codzienne rozmowy o wielkości basenów, ilości posiłków i odległości hotelu od morza. Moja praca wciąż ma związek ze zwiedzaniem, ale przy tym też z edukacją i moim ukochanym Londynem. Codziennie uczę się czegoś nowego. W końcu.

A CO WAŻNEGO SPOTKAŁO W TYM ROKU WAS?

19.12.16

O której jeść kolację, czyli o urokach wieczornych posiłków

To nie będzie wpis o dietach. Wręcz przeciwnie. Oczywiście wiem, że po 20 nie powinno się jeść ciężkich posiłków i w Polsce staram się tego trzymać. Na południu Europy jest jednak inaczej. Wyjeżdżam do Hiszpanii, Portugalii czy Włoch i automatycznie zmieniam tryb życia - lekkie śniadanie, szybki lunch i solidna kolacja, często trwająca godzinę lub znacznie dłużej. Jeśli do tego odbywa się w miłym towarzystwie, to naprawdę mogłaby nie mieć końca.

11.12.16

Jak wygląda tydzień kursu językowego na Malcie?

Minął ponad rok od kiedy wróciłam z kursu językowego na Malcie (relację opublikowałam tutaj). Jak większość z Was wie, spodobało mi się na tyle, że wróciłam w styczniu na kilka miesięcy. Często piszecie do mnie z pytaniami praktycznymi - jak wygląda sama nauka i lekcje, program tygodniowy, ile jest czasu wolnego itd. Ostatnio odpisywałam Annie i pomyślałam, że warto zrobić osobny wpis na ten temat. Jeśli chcecie lecieć na Maltę, żeby się uczyć* - przeczytajcie koniecznie!

4.12.16

"Nocny pociąg do Lizbony" - książka na zimę

Ciemne, zimowe wieczory nie są takie złe. Można usiąść na kanapie, obłożyć się miękkimi poduszkami i owinąć ciepłym kocem. Na stoliku postawić wielki kubek herbaty z cytryną i mały talerzyk z domowym piernikiem. Zapalić lampkę i poczuć pod palcami szeleszczące kartki ciekawej książki. Czytaliście "Nocny pociąg do Lizbony" Pascala Merciera? Jeśli nie, to warto to nadrobić jeszcze w tym roku!
TOP