2016-05-05

O zagubionych notatkach i nowych szansach

     Cały weekend majowy sprzątałam. Tak generalnych porządków nie miałam chyba jeszcze nigdy dotąd, m.in.
    postanowiłam wynieść do biblioteki trochę niepotrzebnych książek. Znalazłam w nich pocztówki, zakładki, a
     nawet różne notatki. Jedna kartka była sporym zaskoczeniem. Nie pamiętam zupełnie kiedy to napisałam ani
      po co. Nie kojarzę hostelu z takimi zdjęciami na ścianie... Może planowałam napisać opowiadanie? Nie wiem.

     "Pierwszy dzień w Lizbonie. Pamiętam ten poranek doskonale. Słońce nieśmiało wpadało do pokoju przez 
     niedokładnie zasunięte rolety. Mocne, jasne, letnie promienie z samego rana to coś, co z jednej strony cieszy,
     a z drugiej niewyobrażalnie irytuje, szczególnie o tak wczesnej porze. Przekręciłam się na drugi bok, mrucząc
     pod nosem "Jeszcze 5 minut...". Nie miałam jednak żadnych szans. W hostelach znajdujących się w starych
     budynkach trudno o odrobinę spokoju. Ściany są cienkie, a echo z podwórza pędzi po wszystkich piętrach,
    wpadając do pokoju przez nieszczelne szyby. Wesołe rozmowy, powitania, stukot krzeseł wystawianych przed
    restauracje, cichy trel ptaków. Ktoś kopnął szklaną butelkę, która stoczyła się w dół po stromych schodach, a 
     sąsiedzi już wstali i trzaskali drzwiami, jakby byli tutaj sami. Resztką sił otworzyłam oczy i usiadłam na łóżku. 
     Pokój był skromny, ale czysty i przyjemnie urządzony. Proste drewniane meble, narzuta w kwiaty, a na ścianach
     zdjecia, przedstawiające jakieś dzieci na różnych etapach ich życia. Maluchy w wózkach, kilkulatki bawiące się z
     pasem i uśmiechnięci uczniowe w szkolnych mundurkach, może w pierwszym dniu szkoły? Etapy życia... Moje myśli 
     zaczęły błądzić gdzieś daleko. Przestałam słyszeć wodę lecącą pod prysznicem we wspólnej łazience i kubki, które
     ktoś próbował ustawić w kuchennej szafce. Etapy życia... "Na jakim właściwie jestem teraz ja?" Spytałam na głos
      samą siebie, co wydało mi się zupełnie niedorzeczne. "Nie wiem"to chyba jedyna poprawna odpowiedź. Nie znam 
     najbliższej przyszłości, co jest w tym samym czasie fascynujące i trochę przerażające. A co, jeśli się nie uda...?
     Na zewnątrz ktoś głośno kichnął, co natychmiast wyrwało mnie z rozmyślań. Wysunęłam się spod prześcieradła.
     otworzyłam drzwi i wyszłam na balkon. Bairro Alto. Uliczka jakich wiele. Wąska, zacieniona. Małe kawiarnie już
     otwarte, wewnątrz ludzie piją szybką kawę przy szklanych ladach. Mężczyzna w granatowym garniturze szedł
     szybkim krokiem, jakby był spóźniony do pracy. Przymknęłam powieki i wzięłam głęboki oddech. Powietrze
      nigdzie nie pachnie tak, jak w Lizbonie. Tego ranka pachniało też wolnością i szansą na spełnienie marzeń. 
     Znowu jestem w mieście, na które czekałam, do którego tęskniłam i za którym płakałam. W portfelu jakieś
     nędzne grosze, ale przede mną kilka dni i głowa pełna pomysłów. Nic nie liczyło się w tej chwili bardziej."

     Musiało minąć kilka lat od kiedy napisałam tych kilka zdań, bo w Lizbonie nie byłam sama od dawna. Bawi
      mnie, że znalazłam je teraz... Czemu? Bo dziś jest mój pierwszy poranek na Malcie. Tak, znowu. Nie mam
       pojęcia, co przyniesie najbliższy miesiąc. Kupiłam bilety mając konkretny plan, który niestety nie wypalił.
    Do trzech razy sztuka. Przede mną 4 tygodnie nowych szans. Miałam jednak dużo czasu, aby zastanowić
      czy Malta jest właśnie tym, co mnie uszczęśliwi i powiem Wam tyle - let it be. Niech życie mnie zaskoczy.

2016-04-29

Czy warto pojechać na Lefkadę?

         Lefkada. Na samo wspomnienie wakacji na tej cudownej wyspie moje serce zaczyna bić szybciej. To była
       miłość od pierwszego wejrzenia - w czasie służbowej prezentacji oferty jednego z biur podróży zobaczyłam
       kilka zdjęć z tego dotąd mi nieznanego zakątka na Morzu Jońskim. Jeszcze tego samego dnia zarezerwowałam
         wyjazd. To był tydzień idealny. Każdy dzień to przygoda, na morzu lub na lądzie. Rejsy po okolicznych zatokach,
          wizyty na sąsiednich wyspach, zwiedzanie małych wiosek zagubionych w czasie, podziwianie przyrody z licznych
         punktów widokowych zawieszonych niemalże w chmurach. Zapach drzew piniowych i kwiatów, smak lokalnych
         potraw i niespotykana dotąd uprzejmość miejscowych. Każde wyjście na zakupy było przyjemnością, bo czułam,
         że czeka nas serdeczna rozmowa w sklepie lub piekarni. Lefkadę pokochałam za wszystko - górskie serpentyny,
       rodzinne restauracje, urokliwe miasteczka, nieśpieszny tryb życia, kolor wody i budynków, niezliczone wręcz
           możliwości aktywnego spędzania czasu (zwiedzanie, rejsy, ogromny wybór sportów wodnych i nie tylko). To był
            tylko tydzień, ale czas magicznie się zatrzymał. Rozkoszowałyśmy się każdą sekundą mając nadzieję, że koniec
             nie nadejdzie nigdy. Oczywiście nadszedł, a my płakałyśmy jak dzieci, żegnając się ze wszystkimi. Duże panny,
           a tak ciężko było wrócić do rzeczywistości. Jeśli myślicie o wyjeździe na Lefkadę, na moim blogu czeka na Was
            kompendium wiedzy o tej wyspie. Poniżej znajdziecie linki do wszystkich artykułów, ułożone są tematycznie.

1. Lefkada - tam, gdzie nie byli Twoi sąsiedzi
2.  Ceny jedzenia i wycieczek fakultatywnych na Lefkadzie
3.  Czy warto wybrać miejscowość Nidri na Lefkadzie?

4. Lefkada - co warto zobaczyć?
5. Co warto zwiedzić na Lefkadzie? Dookoła wybrzeża
6. Co warto zwiedzić na Lefkadzie? Środkowa część wyspy
7. Lefkada Town - peuna uroku stolica wyspy

8.  Deep Blue - rejs do najpiękniejszych plaż Lefkady
9. The M/S Christina, czyli błękitny rejs na Kastos i Kalamos
10. Porto Katsiki - podobno najpiękniejsza plaża Lefkady


     Zaprosiłam również do tego wpisu osoby, które były na Lefkadzie. Co o niej sądzą?


   Maja i Marcin z bloga Travelek24
    "Jest wiele powodów, dla których warto wybrać się na Lefkadę, postaramy się wymienić kilka z nich.
   Jedne z najpiękniejszych plaż w Europie możemy znaleźć właśnie na tej wyspie, a co za tym idzie
  osoby lubiące plażowanie i kąpiele w morzu z pewnością poczują się tutaj jak ryba w wodzie. Liczne
  bajeczne plaże, cudowne widoki, nieskalaną naturę i grecką gościnność doświadczy każdy, kto tutaj
przybędzie. Trudno wskazać drugie równie piękne miejsce w tej części Morza Śródziemnego. Nie
 stanowi żadnego problemu dostanie się na wyspę samochodem - jest ona połączona z lądem mostem.
Dla nas zdecydowanym atutem Lefkady jest słabo rozwinięta turystyka, a więc łatwiej spotkać jest
 tutaj gdakającą kurę lub pasące się kozy w charakterystycznych greckich wioskach niż znaleźć hotel
  5-gwiazdkowy. Wystarczy kilka chwil wśród mieszkańców, by zwolnić tempo i odpocząć od codzienności."


Inka z bloga Skrajem Dróg
"W maju 2015 roku miałam okazję przeżyć wspaniałą, żeglarską przygodę: rejs po Morzu Jońskim,
 podczas którego spędziłam kilka dni na Lefkadzie. Czym mnie urzekła ta wyspa? Bujną roślinnością
wschodniego wybrzeża. Białym kolorem skał. Zachodnim wybrzeżem, urwistym i skalnym, z cudnymi
zatokami, grotami z lazurową wodą i rozległymi plażami. Wysokimi górami górującymi nad środkiem
wyspy. Nadmorskimi nizinami, porosłymi strzelistymi cyprysami i gajami drzew oliwnych. Gościnnością
mieszkańców. Na Lefkadzie zwiedziłam spokojne rybacko-żeglarskie wioski Sivotę i Poros, tętniące życiem
Nidri, wietrzne Vassiliki, pastelową stolicę wyspy Lefkas, sielskie górskie wsie Vafkeri, Athani, Dragano,
malowniczą Karię w której czas płynie własnym, powolnym rytmem. Moje serce jednak zostało na zawsze
nad krystalicznie czystymi wodami jednych z piękniejszych plaż Morza Jońskiego: Egremni i Porto Katsiki."


Paulina Szulc z biura poróży TraveliGo.pl*
  "Lefkada to jedno z najpiękniejszych miejsc w Grecji - to idealna wyspa dla poszukiwaczy zakątków
nieskażonych masową turystką, gdzie wiele miasteczek zachowało swój autentyczny charakter, a życie
płynie wolno i leniwie. To również wymarzona wyspa dla wielbicieli prawdziwej, greckiej atmosfery,
zapierających dech w piersiach widoków, turkusowej wody, jak również greckiej kuchni. Na południu,
   w okolicach Vasiliki panują świetne warunki do uprawiania windsurfingu i kitesurfingu, a amatorzy
    snorkellingu znajdą w okolicach Porto Katsiki białe plaże z krystalicznie czystą wodą. Na tych, którzy
 chcą wypocząć, czeka wschodnie wybrzeże z małymi kurortami - Perigiali, Ligia, Nikiana oraz Nidri, z
której rozpościera się widok na wyspę Scorpios, niegdyś należącą do Aristotelesa Onassisa. Nie można
zapomnieć o stolicy wyspy - Lefkad Town, pełnej klimatycznych, wąskich uliczek, kolorowych arkad i
 tawern. Tutejsza marina to także ulubione miejsce żeglarzy przemierzających basen Morza Jońskiego."

-----

    *  Uprzedzając pytania - NIE jest to wpis sponsorowany. Kiedyś pracowałam dla Pauliny i do dziś jest
       moją dobrą znajomą a przede wszystkim człowiekiem, na którego można zawsze liczyć. Ponieważ
         była na Lefkadzie rok temu i była nią zachwycona tak jak ja, postanowiłam zaprosić ją do tego wpisu.

2016-04-25

W życiu piękne są tylko chwile

    
  Są takie spotkania, które zmieniają wszystko i zdarzenia, po których nic nie ma prawa być już takie,
  jakie było przedtem. Miałam w życiu kilka takich punktów zwrotnych, a największym z pewnością był
   wolontariat. Trafiłam w weekend na teczkę pełną wspomnień z tamtych czasów. Relacje, fotografie, 
    artykuły z gazet. Oglądałam i trzęsły mi się ręce. W tym roku mija 10 lat, ale emocje są ciągle żywe. 
 
     Nie pamiętam jak trafiłam na spotkanie fundacji zajmującej się spełnianiem marzeń chorych dzieci.
    Doskonale za to pamiętam pierwszą wizytę na oddziale onkologii Centrum Zdrowia Dziecka. Miałam 20
      lat. Wytrzymałam 45 minut i wybuchnęłam płaczem w łazience. "Nie dam rady" powiedziałam do siebie.
    Przetarłam oczy, wyszłam na korytarz. Podeszła do mnie matka jednej z dziewczynek i powiedziała, że
     mała od dawna nie była tak szczęśliwa jak dziś i że ma nadzieję, że wkrótce znowu uda nam się przyjść.
     Spojrzałam przez przeszklone drzwi na uśmiechniętą buźkę i odpowiedziałam "Oczywiście, będziemy jutro".

        Tak zaczęło się najważniejsze doświadczenie całego mojego życia. Nauka empatii, odpowiedzialności i odwagi. 
       Dorosłam w 24h. Mam świadomość, że straciłam przez to beztroskie lata studiów i zabawy, ale nie żałowałam
      nigdy tej decyzji. Ten czas uświadomił mi, co się naprawdę liczy i ma jakąś wartość - zdrowie, dostrzeganie
       drugiego człowieka i każda sekunda, która jest nam dana. Moi podopieczni mieli 16-18lat, prawie tyle, co ja.
      Mieli pasje, głowy pełne marzeń i planów na przyszłość, które diagnoza postawiła pod znakiem zapytania.
        Pamiętam każdego z nich i ich historie, ale trzech nastolatków było naprawdę wyjątkowych. Nie ma
        dnia, żebym nie myślała o nich chociaż przez chwilę. Są w moim sercu i będą w nim już na zawsze. 
        Cudowni i niezwykli, każdy w zupełnie inny sposób. P., który musiał zająć się rodzeństwem, gdy ich
        mama ciężko zachorowała. Był dla nich jak ojciec, dopóki nie trafił do szpitala. Miał w sobie spokój,
         pokorę i skromność. Zamiast mówić o sobie, chwalił braci i siostrę. Powtarzał "Chcę, by mieli dobre
        życie". Opiekował się maluchami, które na oddziale przebywały bez rodziców. Ocierał ich łzy, tulił
        do snu i opowiadał bajki. Mówił "Jestem zwyczajny". Nie był. Miał piękne, mądre oczy, w których
         czaił się smutek, pomimo uśmiechu, który nie schodził z jego ust. Gdy odszedł, świat się zawalił.

       M. urzekł mnie od pierwszego spotkania. Urokiem, poczuciem humoru i zawadiackim spojrzeniem.
      Tym, że miał sprecyzowane marzenia i był bardzo konsekwentny w swoich decyzjach. Poruszyłam
        niebo i ziemię, aby wyjazd na mecz do Mediolanu był dla niego niezapomnianym przeżyciem. Ten 
        czas, który spędziliśmy tam razem... nie ma słów, którymi bym mogła opisać to, co czułam widząc
        radość malującą się na jego twarzy. Z nim i jego mamą łączyło mnie coś niezwykłego. Rzucałam
        wszystko, gdy zjawiali się w szpitalu. Chodziliśmy na spacery, zakupy a nawet na stadion Legii. W
        dniu, w którym odszedł czułam, że tracę grunt pod nogami. Przestałam wierzyć w sprawiedliwość.

          Każde wspomnienie D. i jego rodziny sprawia, że wszystko staje się lepsze. Dni spędzone z nimi w
        Londynie to czas absolutnie wyjątkowy. Ten dzieciak był niesamowity i miał w sobie niespotykaną
         wręcz umiejętność cieszenia się z drobiazgów. Tak bardzo chory, a tak bardzo silny. Miał ogromny
         dystans do siebie oraz niekończące się pokłady uwagi i ciepła, którymi obdarowywał innych ludzi.
         Nauczył mnie, że ważne jest wyłącznie to, co tu i teraz. Cała reszta nie ma żadnego znaczenia.
          Gdy odszedł, zostawił po sobie straszną pustkę, ale też wiarę w to, że do końca warto być dobrym.

          Miewam gorsze dni, wściekam się na los, ale potem przypominam sobie te wszystkie miesiące,
         gdy prowadziliśmy nierówną walkę z czasem. Wszystkie rozmowy, uśmiechy, łzy, bezsilność. To
           mi zawsze przywraca odpowiednią perspektywę. Dopóki trwa życie, jest przecież nadzieja. Mam
          nadzieję, że rozliczając PIT pamiętaliście o wsparciu którejś z organizacji pozarządowych, bo 1% 
         to wbrew pozorom bardzo dużo. My nic nie tracimy, a czyjeś życie może stać się trochę lepsze.

2016-04-15

Wszystkie Smaki Podróży

  Leżałam ostatnio w łóżku i nie mogłam usnąć. Ponieważ czasy się zmieniły i nikt już nie liczy
    baranów, sięgnęłam po telefon i odpaliłam Instagram. Oglądałam zdjęcia Filipa z Głodny Świata,
     a potem zaczęłam myśleć o najlepszych smakach moich podróży i ... tak powstał pomysł na wpis.

    Zapraszam Was dziś w kulinarną podróż po różnych miejscach w Europie. Zaznaczam, że nie
     zawsze będą to "tradycyjne dania lokalne", czasem po prostu jedzenie o którym myślę do dziś.


BELGIA - BRUKSELA
    Burger rybny z kiełkami i kibbeling - smażone kawałki dorsza w panierce z sosem tararskim.
    W samym centrum miasta, w De Noordeze - Mer du Nord, tuż przy kościele Sainte Catherine.

BELGIA - BRUGIA 
     Gofry belgijskie to jedna z moich sennych fantazji. Serwowane na dziesiątki sposobów, dla mnie
      najlepsze jedynie z cukrem pudrem lub bez. Idealne z foodtrucka przy ratuszu Stadhuis w Bruggi.

PORTUGALIA - LIZBONA 
  Ryba z grilla, najchętniej peixe-espada, krojone pomidory z cebulą, świeży i pyszny lokalny chleb,
  do tego karafka chłodnego, białego wina stołowego. Nie jestem w stanie wskazać ulubionego miejsca.

GRECJA - KORFU 
Świeża i pachnąca sałatka grecka. Z oliwkami kalamata i twardym serem feta. Zawsze pyszna.

WŁOCHY - RZYM 
    Super cienka pizza marinara (bez sera) lub margherita z dodatkiem rukuli i sałatka caprese. Raj!

WĘGRY - BUDAPESZT 
    Przepyszne lody w najbardziej wyszukanych smakach świata w malutkiej lodziarni Lavendula.

WIELKA BRYTANIA - LONDYN 
     Na jednym ze stoisk z jedzeniem w Camden Town jadłam najlepszy w życiu libański falafel. Było
      w nim wszystko, w idealnych proporcjach... Warszawski Falafel Bejrut bardzo mi go przypomina.

MALTA - SLIEMA
 Grillowana lampuka z miksem grillowanych owoców morza w mojej ulubionej restauracji L'Aroma

GOZO - VICTORIA
     Niezapomniane, jedyne w swoim rodzaju, wyjątkowe ravioli z serem z Gozo, sosem pomidorowym
   oraz parmezanem. Łzy w oczach.. Restauracja Ta'Ricardu w historycznej cześci miasta Victoria.

MALTA - SLIEMA 
     Jeden z moich ulubionych smaków wyspy - Ftira. Maltańskie, grillowane pieczywo z tuńczykiem,
      majonezem, oliwkami, kaparami i warzywami. Bomba kaloryczna, ale warta każdej jednej kalorii.

HISZPANIA - SEWILLA 
   Blanszowana marchewka z ziołami i oliwą. Zjedzona w wyjątkowym Corral del Conde.

IRLANDIA - DOOLIN 
       W maleńkim miasteczku na zachodzie Irlandii jest maleńki sklepik z ręcznie robioną czekoladą

FRANCJA - PARYŻ
  W tym mieście najbardziej smakuje mi to, co kupię na lokalnym targu i zjem nad brzegiem Sekwany

GRECJA - LEFKADA 
     Lokalna specjalność - soczewica z warzywami na zimno. Poezja smaku. W boskiej restauracji T'Aloni

GRECJA-LEFKADA-NIDRI 
      Gyros z kurczaka jadłam wiele razy, ale takiego jak serwowany w Obelix Grill House nie ma nigdzie

POLSKA -TORUŃ 
       Nie ma wizyty w Toruniu bez lodów, szarlotki lub innego ciasta u Lenkiewicza. Zawsze pyszne.

MAROKO - AGADIR
        Warzywny tagine z kaszą kuskus jest cudowny, ale lepiej nie jeść codziennie, bo może się znudzić :)

POLSKA - LUBLIN 
     Jednym z moich ulubionych polskich smaków są bezdyskusyjnie racuchy z jabłkami z kwaśną śmietaną.

ESTONIA - KASMU
      Młode ziemniaki z masłem i koperkiem, wędzony na ciepło łosoś bałtycki i pachnący sos tatarski.
     Jedno z najlepszych dań w moim życiu, zaserwowane w obłędnym Maritime Museum w Kasmu.

LITWA - WILNO 
     Uwielbiam kuchnię witariańską (surową), chociaż często bywa nudna. Jest jedno miejsce, w 
      którym karmią surowo, ale oryginalnie i przepysznie. Wszystko w RawRaw smakuje genialnie! 

HISZPANIA - MAJORKA
     Pieczone ziemniaki patatas bravas z sosem czosnkowym aioli jadłam wiele razy, ale takich jak
      w małym, rodzinnym barze La Rioja w miejscowości El Arenal nie trafiłam już nigdy więcej...

POLSKA - KROŚCIENKO NAD DUNAJCEM 
     Danie pyszne i proste! Świeżo złowiony pstrąg z warzywną surówką w Karczmie u Walusia. 

IRLANDIA - GALWAY 
      Sycący, pożywny, kremowy... Rybny chowder podany z irlandzkim chlebem na sodzie i masłem

LITWA - KOWNO
      Wspomnienie piekarni Motiejaus Kepyklėlė i ich bułek z cynamonem/serem ogrzewa moje serce!
  A co Wam smakowało najbardziej? Jedliście coś pysznego, co często wspominacie?

2016-04-11

Ogród Japoński, Zoo, Hala Stulecia czyli weekend we Wrocławiu

      Znalazłam te zdjęcia zupełnym przypadkiem, szukając czegoś innego na komputerze.
       Uznałam, że to wdzięczny materiał na wiosenny wpis. Za oknami coraz ładniej, zaczyna
        być zielono. Nieśmiało rozkwitają pierwsze kwiatki i pączki na drzewach, robi się ciepło.
        Wczorajsza niedziela była chłodna, szara i smutna, ale kolory Wrocławia poprawiły mi humor.
  Nie pamiętam ile lat mają te fotografie, chyba dwa albo trzy. Z bratem i siostrą wybraliśmy
 się w odwiedziny do taty. Akurat w prowadzonej przez niego hodowli wyżłów weimarskich
    były maluchy i jeden z nich pojechał z nami pod Halę Stulecia, gdzie odbywał się jakiś festyn.
    Bardzo lubię Halę Stulecia i bliskie okolice. Poza ciekawą architekturą i fontannami, jest
     tu mnóstwo zieleni i miejsc, w których można odpocząć z całą rodziną od zgiełku miasta. 
 Zaraz po sąsiedzku położony jest Ogród Japoński, który widzicie na zdjęciach. Nie jest on duży,
  ale naprawdę ładny. W czasie ciepłych, zielonych miesięcy, to fajne miejsca na niedzielny spacer.
      Bilet jednorazowy kosztuje 4zł (ulogowy 2zł), ale można wykupić roczny karnet za 20zł :)
 Po drugiej stronie Hali Stulecia, nad brzegiem Odry, znajduje się miejsce, którego nie trzeba
    chyba nikomu przedstawiać - słynne wrocławskie ZOO z otwartym półtora roku temu Afrykarium.
    Nie jestem fanką ogrodów zoologicznych, wybrałam się tam ze względu na 8-letniego brata.
     Muszę przyznać, że zwierzęta w niewoli wzbudzają we mnie bardzo mieszane uczucia i emocje.
  Nie czułam się tam dobrze, ale Janek był zachwycony. Niektóre dzieci zachowywały się strasznie,
   byłam zdumiona, że rodzice nie reagują na krzyki, straszenie zwierząt czy świecenie im po oczach...
     Afrykarium nawet mi się podobało, jest na naprawdę wysokim poziomie, chociaż bardziej
     lubię Oceanarium w Lizbonie. Jan uwielbia foki, więc spędziliśmy z nimi mnóstwo czasu.
      ZOO jest kosztowną przyjemnością, z mapą, lodami i bez pamiątek wydałam ponad 100zł.
    W okolicy ogrodu zoologicznego znajduje się również Park Miniatur, w którym nigdy nie 
  byłam a także Park Szczytnicki. Z Przystani przy ZOO, w sezonie letnim, można popłynąć
     w przyjemny rejs Odrą (o tych stateczkach pisałam też kiedyś we wpisie Wspomnienie Lata).
   Pod Halą Stulecia co roku odbywają się Targi Organizacji Pozarządowych. Byłam na nich
   dwa razy, uważam, że to bardzo kształcące wydarzenie dla dzieci. Janek uczył się pierwszej
    pomocy, alfabetu Braille'a i miał okazję przekonać się, jak trudno poruszać się po mieście nic
    nie widząc. Lista wydarzeń odbywających się tutaj jest długa, każdy znajdzie coś dla siebie.

2016-04-03

"You only live once", czyli moje 2 miesiące na Malcie

 Dokładnie dwa miesiące temu byłam najszczęśliwym człowiekiem na świecie. Siedziałam przy
 stole w moim apartamencie w Saint Julian's pisząc posta "Marzenia nie spełniają się same (...)".
 Czułam, że mogę przenosić góry i że mam przed sobą najlepszy czas w swoim życiu. Podjęłam
 ryzyko zmian, bojąc się, ale wierząc, że wszystko się uda. W czasie kilku tygodni kursu języka
 angielskiego planowałam szukać pracy i docelowo przeprowadzić się na Maltę jak najszybciej.
Jestem w Polsce, od prawie dwóch tygodni. Niektórzy pytają "Było warto?" Odpowiem Wam.

 MALTA & GOZO

     Pierwszy raz byłam na Malcie w 2012 roku. Podobało mi się, ale nie byłam zachwycona. Tak, to
     była miłość od drugiego wejrzenia. Poleciałam tam w grudniu, w momencie, gdy dużo myślałam
     o tym, jak chcę, aby wyglądała moja przyszłość i przepadłam. Wróciłam znowu w styczniu, żeby
     się upewnić. To było to miejsce, w którym poczułam, że mogłabym zamieszkać. Sprzedałam co
      mogłam, aby spełnić marzenie - Zima na Malcie. Cały luty. Wyleciałam 28.01, a wróciłam 19.03.
     Cóż mam Wam powiedzieć. Uwielbiam Maltę. Daleko jej do ideału, ma wady i zalety, jak każde
     miejsce. Dla mnie, to jedno z tych, w których zostawia się fragment duszy. Malta zmienia ludzi,
    mam na to wiele dowodów i historii. Szarga nerwy, burzy spokój, porywa niczym silna fala i nie
    daje o sobie zapomnieć. Z drugiej strony uspokaja. Inaczej się tam żyje, wolniej i cierpliwiej, bo
    tyle rzeczy człowieka wkurza, że w pewnej chwili postanawia let it go. Kocham kolory Malty, jej
     detale, łódki kołyszące się na wodzie. Mogłam wpatrywać się w nie godzinami. Uwielbiam ludzi,
    których serdeczność nieustannie mnie zaskakiwała. Małe sklepy z warzywami, w których jest się
    witanym jak dobry znajomy. Słońce zmieniające się w porywisty wiatr w zaledwie kilka sekund.
     Długie spacery i pikniki z widokiem na morze. Leniwe koty domagające się jedzenia i ten zapach
     cygara wydostający się zza drzwi garażu koło mojego mieszkania. Sąsiada pozdrawiającego mnie 
      co rano i smak uzależniającej pasty z fasoli. Wieczorne wyjścia i fakt, że można iść, a nie jechać.
 

CODZIENNOŚĆ

  Była niby łatwa, ale nie do końca. Pobudka, śniadanie, szkoła, nauka, zabawa i czas spędzany ze
  znajomymi. Brzmi fajnie, ale bywało różnie. Bałam się panicznie mieszkania z obcymi ludźmi, w
   kilka osób. Może wyda się to Wam dziwne, ale dla mnie to nowość. Nie mieszkałam w akademiku,
  zresztą od bardzo dawna żyję sobie we własnym towarzystwie. Okazało się jednak, że nie dość, że
   potrafię, to może być nawet przyjemnie. Oczywiście, taka sytuacja zawsze powoduje pewne spięcia,
  były momenty, gdy miałam ochotę niektórych udusić, a oni zamknąć mnie na balkonie (żartuję), ale
 starałam się głęboko oddychać i myśleć o czymś innym. Złe emocje opadały, a czarne oczy, na które
  się wkurzałam, znów patrzyły na mnie z pozytywną iskrą. Jo., znacznie ode mnie młodszy, mieszkał
  ze mną najdłużej. Chwilami doprowadzał mnie do szału, ale to kochany, ambitny chłopak, z którego
 jestem dumna jak starsza siostra. Codzienność to spacery, które planowałam uskuteczniać co rano,
  ale po tygodniu się zorientowałam, że jest to nierealne. W połączeniu z kolejnym elementem życia
  na Malcie, czyli proszonymi kolacyjkami u Włochów i Francuzów po 21, szlag trafił moją dietę i moje
 piękne schudnięcie 13kg jesienią. 7kg wróciło błyskawicznie. Jestem zła, ale z drugiej strony chyba
  bym nie oddała za nic tych wspólnie spędzonych wieczorów i wszystkich smaków świata. Naprawi się.

JĘZYK ANGIELSKI I SZUKANIE PRACY 

 Nie da się ukryć, że nauka języka angielskiego była moim głównym celem. Przez ostatnie lata dużo
 zapomniałam, miałam ogromne problemy z komunikacją. Pewnie nie uwierzycie, ale nawet w NYC
  miałam blokadę, aby rozmawiać z kimkolwiek. Uciekały mi słowa, plątał mi się język, więc lecąc na
   kurs w zeszłym roku byłam pewna, że trafię do grupy intermediate. Po teście zostałam umieszczona 
  w advanced. Jestem za to bardzo wdzięczna. To nie był mój poziom, ale musiałam zrobić wszystko,
  aby nadrobić braki i było to dla mnie wyzwanie, które zaowocowało. Z osoby, która bała się spytać 
 o coś w sklepie, w kilka tygodni zmieniłam się w osobę, która zaczęła wysyłać CV do maltańckich
   firm i chodzić na rozmowy kwalfikacyjne prowadzone po angielsku, czasami przez Brytyjczyków.
  Praca. Źle się do jej szukania przygotowałam. Nie miałam lokalnego numeru, drugiego telefonu, 
życiorys zaczęłam pisać dopiero na miejscu. Nie miałam ze sobą listy portali, które powinnam
 czytać, nie miałam ze sobą dokumentów potrzebnych, by skorzystać z pomocy urzędu pracy, a
  przede wszystkim, zaczęłam jej szukać trochę za późno, bo najpierw chciałam chwilę odpocząć.
     Prawda jest też taka, że na początku nie wiedziałam, jakiej pracy chcę szukać. Jakoś w połowie
    pobytu zrozumiałam, o czym marzę i robiłam co mogę w tym kierunku. Nie udało się, bo na takie
    stanowisko lub podobne nie było zapotrzebowania na tę chwilę. Rozmowy, które miałam, dobrze
     wspominam. Były zupełnie inne niż w Polsce, dużo luźniejsze i skupiające się na innych rzeczach:
      nie rozmawialiśmy o zakresie obowiązków w ex-firmach, a np. o mojej pracy z chorymi dzieciakami.
     Nawiązałam kilka kontaktów, może coś kiedyś z tego będzie, może nie. Nie odczuwam porażki. Nie
     chciałam szukać jakiejkolwiek pracy "na przeczekanie" co spotkało się ze zdziwieniem wielu osób.
      Działam świadomie. Nie chcę desperacko wyjechać czy uciec z Polski. Miałam konkretne marzenie.
    Nie wyszło, ja nie mam już 20 lat, decyzje muszą być sensowne. Ważne, że mam po tym wyjeździe
    jakąś wizję siebie i wiem, w jakim kierunku zmierzam. Mogę zostać w Polsce, skoro tak było pisane.

LUDZIE 

      Ludzie. Temat rzeka. Ważne spotkania i te zupełnie nieistotne. Bardzo skrajne emocje, od wielkiej
   radości po wielki smutek. Jedno jest pewne - wszyscy razem i każdy z osobna to najlepsze, co mnie
     mogło spotkać. Szkoła życia, przyśpieszona, bo wiadomo, że 'pamiętniki z wakacji' ;) rządzą się innymi
      prawami. Ten punkt jest dla mnie bardzo trudny, nie wiem jak go ugryźć, a bardzo bym chciała. Tak,
      niektórzy ludzie byli istotniejsi niż pozostali. Był też ktoś, o kim myślałam, że to początek przyjaźni na
      długie lata. Pomyliłam się i wpłynęło to później na wiele innych rzeczy. Ale to już bez znaczenia. Chcę
     pamiętać to, co dobre, a było tego tak wiele! Poznałam niesamowite osoby, w bardzo różnym wieku, z
       różną przeszłością. Ogromnie mnie ten czas otworzył na ludzi, a w odpowiedzi otrzymałam tak wiele
     pozytywnej energii, że wzrusza mnie nawet myślenie o tym. "Nigdy nie mów nigdy i nigdy nie mów
      na zawsze". To chyba będzie moje motto po powrocie. Tyle zaskoczeń, w zupełnie niespodziewanych
      sytuacjach. Osoby przecenione i te niedocenione. Śmiech i łzy. Chwile ulotne, które już na zawsze
         zostaną gdzieś we mnie. Jedni zniknęli, zostawiając pustkę, a z innymi milczymy, ale pamiętamy.
         Kilka pożegnań przeżyłam mocno, ale już wiem, że życie to tylko momenty, kalejdoskop barw w
         naszej pamięci. Większość ludzi przychodzi i odchodzi, trzeba ten czas wykorzystać jak najlepiej.

CZY BYŁO WARTO?

     Czy było warto? Oczywiście. Życie to nie tylko flow, które nas niesie. To czasem też bolesne
      upadki i podnoszenie się z kolan. Chwile, gdy rozczarowania sprawiają fizyczny ból, ale też gdy
      sukcesy dodają nam skrzydeł. Co przeżyłam, to moje. Znalazłam odwagę, aby zostawić za sobą 
      to, co nie sprawiało mi już przyjemności i poszukać nowego. Nie znalazłam pracy, ale wygrałam
       ze strachem. Pół roku temu nie wysłałabym CV w obcym kraju, w obcym języku, do obcej branży.
       Nie podjęłabym ryzyka mieszkania z obcymi ludźmi, wyjechania gdzieś na dłużej niż 2 tygodnie.
         Nie miałabym cienia nadziei, że to może się udać i zrezygnowałabym jeszcze przed startem. Nie
     było doskonale, czasami bolało, ale jestem dziś silniejsza niż kiedykolwiek przedtem i mam w
     sercu wspomnienia, których nikt mi nie odbierze. Zdjęcia z tego wpisu nie są przypadkowe. Dla
       mnie to wulkan uczuć, pulsujący gdzieś pod skórą. Konkretne dni, gdy świat się kończył zamiast
        zaczynać i te, gdy kręciło mi się w głowie ze szczęścia. Każdy kadr coś znaczy, jak nigdy dotąd.

      Żyjemy tylko raz, bez pewności, jak długo. Czas przecieka nam przez palce. Nie chcę stać w
       miejscu, narzekać i nie zmieniać nic. Trzeba walczyć do końca, pomimo wielu słabszych dni.
       Malta zmienia wszystko. Może nie u wszystkich, ale gdy już wybierze ofiarę to nie ma litości.
     Znam historie, naprawdę. Fascynujące. Z happy endem albo bez. Dużo ciężkich walk. Każdy
       jednak podkreśla, że było warto, bo dziś jest tym, kim jest. Ja też to czuję. Wiem, że się ułoży.

     Ps. Ze styczniowej wyprzedaży domu zostało jeszcze kilka przewodników - może ktoś szuka?