2014-10-20

Miasto na weekend - włoskie Bergamo

        W ten weekend udało mi się zrealizować kolejne marzenie z Listy Marzeń - wizyta w Bergamo.
        To włoskie miasteczko "prześladowało" mnie od dawna, a droga do niego była długa i wyboista.
         Warto było czekać, bo okazało się wspanialsze niż sądziłam. Magiczne, kolorowe i pełne słońca. 

   Jaki był ten krótki wyjazd? W wielkim skrócie minął nam na ..... 
 ... jedzeniu włoskich lodów i spacerowaniu wąskimi uliczkami Città Alta (często!)
... nielicznych wędrówkach nowszą, dolną częścią Città Bassa
... podziwianiu donic, kwiatów, rabatek - kwitnących jakby było lato 
... wchodzeniu pod stromą górę w palącym słońcu i schodzeniu w dół w rześkim chłodzie
       ... wypatrywaniu owoców na drzewach (widziałyśmy m.in. cytryny, kaki, kiwi, granaty i inne) 
...  zastanawianiu się, co to właściwie za roślina / krzak / drzewo - dużo nowości! Kto wie co to?!
 ... cieszeniu oczu barwami jesieni i ostatnimi w tym roku promieniami światła i ciepła 
... rozpaczliwym szukaniu cienia, gdy robiło się naprawdę gorąco 
... pochłanianiu ogromnych ilości kalorii (głównie z węglowodanów) i popijaniu ich winem
      ... próbowaniu słodyczy - polenta e osei jest ble, za to ciambelle alle mandorle było pycha!
... uciekaniu z Città Alta w miejsca zupełnie pozbawione turystów (bardzo często!!!)
... jeżdżeniu w górę i w dół stromymi kolejkami funicolare, skoro już "zapłacone jest" ;) 
... zachwycaniu się wszechobecnymi pastelami i spokojnym życiem 
... liczeniu skuterów, zaparkowanych dosłownie wszędzie 
... nadużywaniu zwrotów "jak tu pięknie", "jakie to piękne" i ich pochodnych 
.... błądzeniu po miejscowości Lecco i wdychaniu świeżego zapachu jeziora Como 
... piciu kawy - mocnej i aromatycznej, bo dobra kawa nigdy nie jest zła!

  Było cudownie - nie za długo, nie za krótko, jak w sam raz. Idealny city-break dla każdego!

2014-10-16

Wspomnienie lata - upalne popołudnie we Wrocławiu

   Jesień się skrada, po cichu, na palcach, jakby niezauważona. Wciąż ciepłe dni, ciągle słońce świeci,
   chociaż wcześnie zapadająca ciemność sugeruje, że coś się zmienia. Cieszę się tym, co za oknem, bo
     wiem, że to ostatnie chwile kolorów i pozytywnej, radosnej aury. Wkrótce nastanie epoka szarości...
     Gdy będzie już zimno, ponuro i źle, wejdę pod koc, odpalę laptopa i zajrzę na swojego bloga :)
      Przeniosę się myślami i wspomnieniami do dni upalnych, rozkosznych i leniwych, do drżącego od
       gorąca i pyłu miejskiego powietrza, do umęczonych niekończącymi się spacerami stóp, do letniej
        sukienki klejącej się do pleców. Zatęsknię za wakacjami i za pewnym sierpniowym weekendem.
 To był bardzo intensywny wypad do Wrocławia. Udało mi się nawet na szybko spotkać z Emilią, 
tancerką flamenco, bohaterką mojego ostatniego wywiadu. Kawa i francuskie śniadanie, świeże
  croissanty, słodka konfitura i zapach jajecznicy ze stolika obok. Poważne rozmowy o przyszłości,
     zupełnie niepoważne o etapie życia, na którym teraz jesteśmy. Westchniecie nad tym, co już za nami.
Na wyjeździe byłam z osobą, dla której to była pierwsza wizyta we Wrocławiu, więc chciałam
pokazać możliwie jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, bo miałyśmy tylko jeden dzień, nim 
wieczorem uciekniemy do mojego Taty na wieś, zaszyjemy się na tarasie, rozpalimy grilla i nic 
  nie będziemy musiały. Plany miałam ambitne, listę miejsc do zobaczenia, ale spłonęły one szybko.
   Dosłownie płonęły, żywym ogniem, w 30*C. Hot town, summer in the city, po raz kolejny.
  Już w czasie śniadania zaczęłam się topić razem z masłem rozsmarowanym na rogaliku. Ufff. A
  miało być tylko gorzej ;) Nie narzekałyśmy, ale sił chwilami brakowało, by iść dalej w palącym
słońcu. W czasie wizyty na Ostrowie Tumskim uznałyśmy, że dobrym pomysłem będzie rejs.
 W sezonie jest ich kilka, do wyboru do koloru. My zdecydowałyśmy się na taki trwający około 
godziny, na niewielkim stateczku z zakrytym dachem (niektóre były odkryte - nie próbuję sobie
nawet wyobrażać jakby to się skończyło w taką pogodę). Było bardzo przyjemnie i .. sennie. 
Cień, bujanie, dużo zieleni dookoła wystarczyło, żebyśmy zeszły z pokładu na miękkich 
nogach, marząc o kanapie pod wielkim drzewem, pełnej miękkich, kolorowych poduszek. 
Do pionu postawiła nas puszka zimnego picia i kolejny punkt wycieczki : Hala Targowa na ulicy
   Piaskowej 17. La Boqueria to nie jest, bardziej przypomina Wielką Halę Targową w Budapeszcie,
    chociaż ja jestem daleka od porównań. Hala Wrocławska jest Wrocławska i tyle. Fajna po swojemu.
Nie jest duża, ale smaczna i owszem. Jest nabiał, są wędliny, zioła, przyprawy, herbaty, ciastka.
A przede wszystkim owoce i warzywa, naprawdę wspaniałej jakości i w nie najgorszych cenach.
 Trafiłyśmy akurat na początek II sezonu truskawek - tych wczesnojesiennych, mniejszych, nieco
 poziomkowych w smaku. Bardziej bladych, ale obłędnych w smaku. Do tego borówki-giganty.
Są też kwiaty świeże i sztuczne, artykuły gospodarstwa domowego, różne drobiazgi. Wszystko.
Kupiłyśmy całą siatę słodkich owoców, siedziałyśmy na ławce, płukałyśmy wodą z butelki i tak
 wcinałyśmy, że aż się nam uszy trzęsły. Kartka z planem zwiedzania gdzieś się zapodziała, ale to 
 już nie miało większego znaczenia. Lenistwo doskonałe, chwila idealna. Kocham takie momenty.
    Po dłuższym odpoczynku ruszyłyśmy spacerem w kierunku Szewskiej, gdzie planowałyśmy obiad...

c.d.n.

2014-10-13

"Dziś mogę robić rzeczy, o jakich trzy lata temu nie marzyłam"

      Emilię poznałam w czasie wiosennego pobytu w Sewilli, na obiedzie w Corral del Conde.
          Zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie - ciepłej i sympatycznej dziewczyny, która wie, czego
          chce od życia i umie o to walczyć. Prawie pół życia tańczy flamenco i większość decyzji, jakie
         podejmowała przez ostatnie lata, ma bezpośredni związek z tą pasją. Przygotowania do tej
         rozmowy zaczęły już w lipcu, a w trakcie jej powstawania zrozumiałam, że niewiele dotąd o
         bohaterce wiedziałam. Jej droga nie była łatwa, sukcesy przeplatały się z porażkami, ale Ona
           wychodziła z tego silniejsza. Podziwiam siłę, z jaką realizuje marzenia i fakt, że wszystko, co
          osiągnęła, zawdzięcza sobie. Zapraszam na spotkanie z Emilią Dowgiało, tancerką flamenco.

Kiedy zainteresowałaś się tańcem? Czy od początku było to flamenco? 

      Tańczę od kiedy pamiętam. Od zawsze było dla mnie naturalne, że po szkole szłam "na tańce".
      Zaczęłam od baletu u Ewy Miedzińskiej. Pierwszą lekcję przepłakałam, bo bałam się zostać sama,
      ale czterolatce można to wybaczyć :) Spodobało mi się jednak i tańczę do dziś. Zadebiutowałam
     w zerówce w roli motylka na deskach Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Po sześciu latach
     baletu przyszedł czas na siedem lat tańca nowoczesnego pod okiem Jacka Gębury, dzięki czemu
   mogłam wystąpić na różnych scenach i spróbować sił w wielu rodzajach tańca, od Krakowiaka
po break dance. W końcu udało mi się znaleźć to, w czym czuję się najlepiej, czyli flamenco.

Co takiego ma w sobie flamenco, że po tylu latach poczułaś nagle, że "to jest to"?

      No właśnie! Wciąż się zastanawiam. Czasami pytam sama siebie "Dlaczego akurat to? Czy nie
    było lepiej pracować na uczelni we Wrocławiu?". Zaczęło się bardzo niewinnie - będąc dzieckiem
       obejrzałam spektakl tańca irlandzkiego Riverdance, który ciocia przywiozła mi ze Szkocji na kasecie
      video. Pod koniec był występ flamenco z Maríą Pagés. Pomyślałam, że to piękne, choć trudne... po
    czym odpaliłam "Gumisie" i zapomniałam o sprawie. Po raz kolejny flamenco pojawiło się w moim
     życiu pod postacią przystojnego nauczyciela z Hiszpanii podczas Biennale Tańca Współczesnego w
     Poznaniu. Miałam wówczas okazję obejrzeć po raz pierwszy lekcję tego tańca. Kilka tygodni później
    koleżanka spytała nagle, czy mam ochotę iść z nią na zajęcia... Pewnie zmotywowało mnie głównie
    wspomnienie o urodzie Hiszpana (śmiech!). Poszłam z ciekawości. I tak zaczęła się moja historia.

Zaczęłaś od nauki flamenco w Polsce.

      Uczyłam się najpierw u Grażyny Adamczyk-Lidtke, która wpoiła mi miłość do flamenco i jego ojczyzny.
    Później zachwyciłam się pięknym ruchem Justyny Jarek i w klasie maturalnej byłam jednocześnie w aż
       trzech zespołach tanecznych - dwóch flamenco i tańca nowoczesnego, brałam udział w wielu pokazach.

    Kiedy poczułaś, że to więcej niż hobby i że chcesz się zająć tańcem flamenco na poważnie? 

   Bardzo szybko. Już po roku nauki wiedziałam, że w przyszłości chcę uczyć się w Hiszpanii, ale od
     marzeń do ich realizacji jest daleka droga! Koleżanka przetłumaczyła mi na hiszpański list, który 
    wysłałam pocztą do kilkudziesięciu szkół tańca znalezionych w Internecie. Dostałam odpowiedzi od
kilku z nich, ale ceny przekraczały moje możliwości. Zaczęłam więc studia na filologii hiszpańskiej,
 ale wciąż uczyłam się tańca i występowałam m.in. w Domu Kultury czy na festynach osiedlowych.
Po roku pojechałam autostopem do Sewilli, kupić pierwsze porządne buty. W okolicach Walencji
   skradziono mi torebkę z pieniędzmi i dokumentami, ale nie zniechęciłam się i dotarłam na południe.
    Skąd ja znam takie przygody... Podziwiam jednak wytrwałość w dążeniu do celu!

   Heh, wtedy nie przeszkadzały mi nawet spacery w czterdziestostopniowym upale, ani spanie w
  namiocie, który szybko zmieniał się w saunę. Zobaczyłam w końcu wyśnioną Andaluzję, miałam
   wymarzone buty oraz kilka chust dla zespołu w Domu Kultury. Byłam tylko mocno zaskoczona,
    że Hiszpanie nie tańczyli na ulicach i na patiach, a flamenco prawie wcale nie widziałam (śmiech).
   Po drugim roku studiów znów uderzyłam za Pireneje, droga była jednak kręta i prowadziła przez
  zmywanie stolików w Edynburgu, ale tym razem było mnie już stać na kilka koncertów i większe
  zakupy. Po trzecim roku znowu Hiszpania - Szlak Don Kichota oraz Droga Świętego Jakuba.

A kiedy udało Ci się w końcu zacząć uczyć flamenco w Hiszpanii?

   Na czwartym roku studiów wyjechałam na Erasmusa do Granady i zostałam tam dwa lata. Na
    pierwszej lekcji tańca w jaskini na Sacromonte usłyszałam "Fajnie się ruszasz, masz koordynację,
 ale jakoś dziwnie tańczysz" i... zostałam wysłana do grupy początkującej! Było to zaskoczenie i
   niezła hańba dla wrocławskiej tancerki z grupy zaawansowanej, występującej już tu i ówdzie :)
    Dumę schowałam jednak do kieszeni i ponad miesiąc odtańcowywałam swoją pokutę. Potem to
     już sama przyjemność, nie mniejsza niż widok na Alhambrę po wyjściu z zajęć, czyli "amerykańska
    kariera" i awans do grupy zaawansowanej. Miałam też zajęcia z wiedzy o flamenco na uczelni, co
   zaowocowało wyborem problematyki mojej pracy magisterskiej Tematyka tekstów bulerías
     (jest to jeden z gatunków flamenco), a potem na cztery lata wróciłam do rodzinnego Wrocławia.
Wykładałaś w Wyższej Szkole Filologicznej, założyłaś swój zespół taneczny i... 

   ... pewnej deszczowej, smutnej soboty, wiosną 2011 roku, stojąc w korku w drodze na zajęcia ze
     studentami postanowiłam - jadę na rok tańczyć do Sewilli! Od razu powiadomiłam wszystkich o
     swojej decyzji. Otworzyłam przewód doktorski, sprecyzowałam swoje plany i jak postanowiłam,
      tak zrobiłam. Pewna siebie stawiłam się na pierwszej lekcji w Fundación de Arte Flamenco 
     Cristina Heeren w Sewilli, nie spodziewając się nawet, że czeka mnie kolejna lekcja pokory: 
      mogę wprawdzie zostać w grupie zaawansowanej, ale obstawiając tyły, nadrabiając braki i ciężko
      pracując, to może kiedyś coś ze mnie będzie. Ćwiczyłam jak szalona, jeździłam na rowerze po 20
     kilometrów dziennie, tańczyłam sześć godzin i dwie kolejne w domu. Wytrzymałam w mieszkaniu
      zmienną temperaturę (15*C zimą, 35*C latem), pracując nad doktoratem, ucząc się. Przez prawie
      dwa miesiące tańczyłam w miejscowym barze flamenco i zdobyłam stypendium na kolejny rok!

  Czyli jak mawia mój dziadek "bez pracy nie ma kołaczy" :) Nic samo nie przychodzi.

        Było ciężko. Pojechałam latem do domu, ważąc tylko 49 kg i czując się jak samochód po tuningu
      (śmiech). Wiedziałam, że było warto, bo dużo się nauczyłam. Byłam z siebie szalenie zadowolona,
        więc zdziwiłam się, gdy jesienią w Sewilli usłyszałam, że "nie jest źle, ale wiele jeszcze Ci brakuje".
     Wszystko od nowa. Mój dzień wyglądał tak: pobudka, rower, szkoła, dom, kolacja, doktorat,
          sen, pobudka, rower, szkoła... Zajęcia od 9 do 19.30. Zrozumiałam, że czeka mnie dużo nauki.
        Ale mimo wszystko byłaś zdumiona, słysząc na trzecim roku, że wciąż niewiele umiesz?

             No właśnie! Doszły nam też nowe zajęcia - kastaniety i śpiew. Nie wiem jakim cudem udało mi się
           dokończyć i obronić doktorat. Działo się dużo, miałam okazję wystąpić w kilku fajnych miejscach.

O czym pisałaś pracę doktorską? 

            Wybrałam sobie nowatorski temat, zupełnie nieprzebadany w Polsce i tylko trochę ruszony w
             Hiszpanii - O flamenco polskim piórem... Kulturowe realia i słowne bariery. Innymi słowy,
             jest to obraz flamenco u Polskich podróżników, którzy odwiedzili Andaluzję przed 1936 rokiem,
             skontrastowany z rzeczywistym stanem rzeczy. Lektura tekstów źródłowych była długa, żmudna i
              czasochłonna. Gdy zaczęłam badać genezę i historię flamenco, zaczęły się schody... ale wytrwałam!

Dużo wyrzeczeń kosztowało Cię spełnianie własnych marzeń? 

          Tak, dosłownie i w przenośni. Takie trzy lata to inwestycja finansowa, ale to nic w porównaniu
         z wysiłkiem fizycznym i emocjonalnym. Ćwiczysz do upadłego, a ciągle czujesz i słyszysz, że nie
          umiesz zbyt wiele. W Sewilli od początku czułam się dobrze, miałam znajomych, znałam język,
          rozumiałam kulturę i zwyczaje. W pierwszym roku miałam dużo chęci i zapału, kolejne lata nieco
           obniżyły moją samoocenę taneczną. Wcześniej tańcząc w MDK czułam się profesjonalistką ;)
Twoje życie w Sewilli teraz a po przyjeździe. Jakie widzisz różnice?

           Dziś mogę robić rzeczy, o jakich trzy lata temu nie marzyłam. Występuję już tu regularnie, czasem
       daję lekcje tańca. Jestem bardziej świadoma siebie, umiem wybrać najlepsze dla mnie zajęcia,
         wiem dużo więcej o historii, improwizacji, stylach. Dużo bardziej rozumiem flamenco. Nie boję się
           występować z muzykami, których poznaję kwadrans przed występem. Mam też więcej pokory.

         Nie boisz się porównań z Hiszpankami, tego, że ktoś uzna, że "to trzeba mieć we krwi"?

          Zawsze staram się zatańczyć najlepiej jak umiem i zazwyczaj spotykam się z pozytywnym, bardzo
          życzliwym przyjęciem, czasem nawet pochwałą. Mam świadomość tego, że część "znawców" nie
        zaakceptuje Polki tańczącej flamenco. Nie wiedzą oni zazwyczaj o wielkiej roli obcokrajowców
      (widzów i artystów) w procesie powstawania sztuki flamenco. Co ciekawe, na wielu scenach w
        Sewilli można dziś zobaczyć tancerki zza granicy, a na kilku trudno spotkać rodowite Hiszpanki.
         Kiedy Cię poznałam, byłaś bardzo spokojna, delikatna i kobieca. Zdziwiłam się nawet
             trochę słysząc, że tańczysz... Flamenco kojarzy mi się z silną, pewną siebie, ekspresyjną, 
              pełną ognia kobietą. Taka jesteś na scenie. Czujesz czasami, że masz dwa różne oblicza? :)

       A może nawet więcej? Poważna "pani naukowiec", tancerka flamenco z czerwonymi ustami,
       zwykła dziewczyna niosąca zakupy ze sklepu ;) A poważnie, to nie czuję się inna osobą. To nie
          prawda, że flamenco jest zawsze szalone i ogniste. Może być również melancholijne i delikatne.
       Najważniejsze, by znaleźć swój własny styl i nikogo nie udawać. Ja nie jestem andaluzyjską
      Cyganką, mój styl jest delikatny i elegancki, chociaż miewam czasami ostrzejsze momenty.

Tańczysz w Sewilli, prowadzisz zajęcia w Polsce. Jakie masz plany?

         Zdecydowałam się zostać na czwarty rok w Sewilli (a może dłużej?). Do Polski przyjeżdżam
       na wykłady, warsztaty i koncerty. Startuję z blogiem po polsku www.taniecflamenco.pl, na
         który serdecznie zapraszam. W Hiszpanii tańczę, występuję, rozwijam się. Zajęć i pomysłów mi
         nie brakuje! Czuję, że właśnie to chcę w życiu robić, więc idę przed siebie i spełniam marzenia!

Powodzenia w dalszej ich realizacji i do zobaczenia, może w Sewilli? 

2014-10-08

Sewilla - miasto, które działa na wszystkie zmysły

  Obiecałam Wam trochę słońca na blogu w tym tygodniu, więc słowa dotrzymuję! Ten wpis
  miał się pojawić już dawno temu, ale realizacja jego drugiej części (publikacja w przyszły
  poniedziałek!) okazała się o wieeeeele bardziej skomplikowana niż myślałam. Wydaje mi się
jednak, że wyszła na tyle ciekawie, że warto było poczekać i przyjmiecie ją pozytywnie.
    Dziś wstęp do tego, co Was czeka :) Kilka słów o Sewilli, garść skojarzeń i trochę obrazów.
Byłam w tym fantastycznym mieście w marcu. Pogoda cudowna - ciepło w ciągu dnia, słońce
na niebie, jedynie rano zdarzało się, że deszcz na chwilę przypominał o swoim istnieniu. Ale to 
 bez znaczenia, gdy człowieka hipnotyzuje obłędny zapach kwitnących drzewek pomarańczowych.
   Sewilla - miasto, które działa na każdy ze zmysłów. Zapach kwiatów, mieszał się z aromatem
  kawy i gorącego pieczywa, czasem wzmacniany był mocnymi perfumami starszej pani czy 
    kadzidłami na stoliku pod kościołem. Smak potraw - kwaśnych oliwek, słonej szynki serrano,
cierpkich owoców z targu i idealnie przyrządzonego arroz negro z grillowanym kalmarem na
zawsze zostanie w mojej pamięci. Wszystko pyszne, znakomicie doprawione, wręcz idealne.
 Dźwięki - stukot kopyt koni ciągnących bryczki, nerwowe piski klaksonu czy rozbrzmiewające 
 w barach flamenco. Do tego donośne, hiszpańskie głosy i ptaki śpiewające w koronach drzew.
 Dotyk... sztuczny materiał sukienek, miękkość kociej sierści czy chropowata faktura świeżych
churros, które zostawiają na palcach tłuste wspomnienie oraz drobinki kryształowego cukru. 
  Sewilla potrafi być wyrafinowana jak wino z pomarańczy i prosta, dla każdego jak tortilla z
  ziemniaków. Tryska kolorami, dobrą energią i bogactwem detali. Wszędzie coś zaskakującego.
 Można włóczyć się po uliczkach albo wchodzić do każdego baru, by coś przekąsić i wypić.
 Kraina tapas, rozmów przy barze i dobrej muzyki, także tej ulicznej. Sewilla tętni życiem, aż
pulsuje od emocji i pasji. Zachwyca, chociaż czasami potrafi wkurzyć, kiedy po raz 10-ty
 trafia się w to samo miejsce myśląc, że idzie się w przeciwnym kierunku. Umie też uspokoić.
   Ma w sobie ciszę małych patio, podwórek schowanych gdzieś za niepozornymi ścianami. Są
 chwile, gdy ukazuje swoje kolejne oblicza szybciej, niż można za tym nadążyć. Jedną z wielu
   niespodzianek było dla nas Corral del Conde i spędzone w nim leniwe, sobotnie popołudnie.
Na każdym murze, za każdym zakrętem znajdziecie coś, czemu warto się bliżej przyjrzeć, co 
warto sfotografować (szczególnie dużo na ten temat może opowiedzieć Wam słodka Mo. :)). 
Sewilla to mieszanka wybuchowa, wobec której nie można przejść obojętnie. Zdradzę, ze im 
  więcej czasu od powrotu mija, tym bardziej mi się podoba, tym lepszy mam jej obraz w pamięci,
tym szczegóły i przebłyski wspomnień docierają do mnie z większą siłą. Byłam w Hiszpanii w 
ciężkim dla mnie czasie, przemęczona fizycznie i zdewastowana emocjonalnie. Nie mogłam się
 nią cieszyć i zachwycać tak bardzo, jak na to zasługuje. Może kiedyś będzie okazja wrócić, by
 dać jej kolejną szansę, aby oniemieć od ilości bodźców, by wzruszać się i po prostu cieszyć.

c.d.n.