2014-07-30

Weekend w Łodzi cz. I

    Kiedy mówiłam znajomym, że jadę na weekend do Łodzi, większość robiła głupie miny i dawała
     mi do zrozumienia, że tracę czas. Mam jednak taki charakter, że jeśli ktoś 3 razy powie, że  mam
      gdzieś nie iść, to za 4-tym razem na pewno tam pójdę. Tak było i tym razem, na szczęście! Bawiłam
      się bardzo dobrze, a miasto chyba Was ciekawi, bo już dostałam dużo pytań o to, co mogę polecić.
     W Łodzi spędziłam dwa niepełne dni, zaprosiła mnie Karolina, nastoletnia Czytelniczka bloga,
    z którą po raz pierwszy spotkałam sie zimą w Warszawie. W tym czasie odwiedzała ją także
     Monika z Wokoło Świata, którą gościłam u siebie jesienią. Wiedziałam mniej-więcej co bym
     chciała zobaczyć, ale planowałyśmy na bieżąco. Bilet kupiłam wiosną, a tuż przed wyjazdem
       okazało się, że akurat w tych dniach odbędą się Urodziny Łodzi, za czym szły różne profity.
           Prognozy mówiły, że będzie lało przez 48h, więc nie zabrałam lustrzanki a tymczasem był upał....
      Pierwszym punktem naszego zwiedzania była Biała Fabryka - Centralne Muzeum Włókiennictwa
       przy ul. Piotrkowskiej 282. Łódź jest miastem o wieloletniej tradycji włókienniczej, więc dla mnie
      było to Must See. Załapałyśmy się na darmowe bilety :) Już z zewnątrz budynek wygląda bardzo
     interesująco. Jestem wielką fanką architektury przemysłowej, więc od razu wiedziałam, że Łódź
      przypadnie mi do gustu. Samo muzeum jest bardzo ciekawe, nowoczesne i duże. 2h to minimum.
Składa się z części stałej i czasowej. W ramach tej pierwszej możemy zobaczyć m.in. przekrój
  mody XX wieku, narzędzia i maszyny włókiennicze, rewelacyjną rekonstrukcja tkalni z przełomu
XIX/XX w. (m.in. krosna, przewijarki, cewiarki, szydełkarkę - wszystko zabytkowe i piękne).
   Podobała mi się ekspozycja dotycząca historii łódzkich fabryk włókienniczych na przykładzie
     jednego z najstarszych i najdłużej istniejących zakładów w mieście należących do Ludwika Geyera.
  Stała wystawa jest świetna i godna uwagi. Z czasowych najbardziej podobała nam się wystawa
    Haftu Krzyżykowego, "Elegancja-Francja. Z historii haute-couture" i obrazy z Międzynarodowego
    Biennale Obrazu Quadro-Art. Pozostałe sale były dla mnie, delikatnie mówiąc mało zrozumiałe :)
Muzeum dysponuje ponad 16000m2 powierzchni, z czego 7000m2 przeznacza na cele
  ekspozycyjne, a w swojej historii zorganizowało już ok. 1000 wystaw. Całość jest schludna,
 miła dla oka i sensownie rozplanowana. Uważam, że Łódź może być dumna z tego obiektu.
   Na jego tyłach znajduje się Skansen Łódzkiej Architektury Drewnianej.  W jego skład wchodzi
    8 budynków: kościół, willa letniskowa, dom rodziny robotniczej, przystanek tramwajowy, domy
      rzemieślników ładnie wkomponowane pomiędzy brukowane "kocimi łbami" uliczki. Można wejść 
     do środka, zobaczyć m.in. "pokój babci", zamówić coś do picia w kawiarni albo kupić pamiątki.
   Pomysł fajny, bo w jednym miejscu możemy zobaczyć dwa zupełnie różne typy architektury.
Piotrkowska jest aktualnie częściowo w remoncie, ale nawet jakby nie była i tak chciałabym 
  przejść całą. Zajęło nam to ponad godzinę, ale zaglądałam w różne bramy i ukryte podwórka. 
 Ulica prezentuje się lepiej niż jakieś 8 lat temu, gdy widziałam ją ostatnio. Może nie wszędzie,
ale w części najbardziej reprezentacyjnej zaszły naprawdę duże, bardzo pozytywne zmiany.
  Poniżej - jeden z murali tworzących cały Łódzki Szlak Murali. Trasa jest naprawdę imponująca, 
bo starszych i nowszych dzieł sztuki na budynkach jest mnóstwo, można spędzić cały weekend
na ich poszukiwaniu. Skojarzyło mi się to trochę z Brukselą, chociaż w Łodzi klimat grafik jest
nieco inny. Jeśli temat Was interesuje, dużo informacji znajdziecie na stronie Łódzkie Murale
  Niemalże na każdym kroku widziałam jakieś fajne knajpy w modnym stylu, ale nie zabrakło też
   cukierni i kawiarni pamiętających dawne czasy. Podoba mi się taki mix nowoczesności z tradycją.
Co jakiś czas trafiałyśmy na ustawione wzdłuż ulicy zdroje - publiczne ujęcia wody pitnej, uroczo 
ozdobione rzeźbami (np. dwa zdjęcia wyżej - z rybą i bawiącymi się dziećmi). Postawiono je 5 lat
 temu i poza funkcją dekoracyjną dają też miłą chwilę wytchnienia w upalne dni. Znajdziecie je w 
Pasażu Schillera, w Pasażu Rubinsteina, przy skrzyżowaniu z Roosvelta i przy sklepie "Magda". 
Cieszyłam się jak szalona, bo w kilku punktach Piotrkowskiej ustawiono też hydranty, dzięki
 którym można się nieco ochłodzić latem. Było ponad 30*C w najcieplejszym momencie, więc
  z przyjemnością biegałyśmy między spryskiwaczami i raczyłyśmy się małą, odświeżającą kąpielą 
Wrocław ma swoje słodkie krasnale panoszące się beztrosko po całym mieście, a Łódź wcale
    nie pozostaje w tyle, oferując odwiedzającym dwa ciekawe szlaki - Bajkowy i Wielkich Łodzian.
W ramach tego drugiego możemy spotkać Tuwima siedzącego wygodnie na ławce, twórców 
 Łodzi przemysłowej (I.Poznańskiego, K.Schreiblera, H.Grohmana ) biesiadujących przy stole,
pianistę Artura Rubinsteina, Reymonta z wielkim kufrem podróżnym czy Pomnik Lampiarza. 
Z bohaterów bajek, udało mi się zobaczyć tylko Misia Uszatka, muszę więc wrócić koniecznie
do Łodzi na poszukiwanie pingwina Pik-Poka, kotów Filemona i Bonifacego, Plastusia i innych.
Łódź ma oczywiście szare i ponure miejsca, ale nie brakuje jej też kolorów i dobrej energii. 
   Na Piotrkowskiej jest kilka sklepów, ale osoby spragnione zakupów udają się do Manufaktury.
W tym ogromnym kompleksie handlowo - usługowym byłam już raz, niedługo po otwarciu. Robi
duże wrażenie (jest największym centrum tego typu w Polsce i jednym z większych w Europie),
 ale w tym wypadku nie rozmiar ma znaczenie, a usytuowanie w dawnych budynkach fabrycznych
 należących do Izraela Poznańskiego. Dawna fabryka zajmowała ponad 30 hektarów i znajdowało
się tutaj wszystko co niezbędne do życia i pracy (tkalnie, przędzalnie, farbiarnia, drukarnia tkanin,
magazyny, budynki mieszkalne robotników, bocznica kolejowa itp). Dużo musiało się tutaj dziać.
 Projekt centrum był dopracowywany bardzo długo, tak by maksymalnie zachować klimat tamtych
czasów. Są wiec zmodernizowane budynki z czerwonej cegły połączone z eleganckim wnętrzem.
  Na terenie obiektu znajduje się m.in. tradycyjne centrum handlowe ze sklepami i gastronomią, 
kino, ścianka wspinaczkowa, kręgielnia, delikatesy spożywcze oraz luksusowy hotel andel's. 
Pomiędzy budynkami jest ogromny rynek na którym odbywają się koncerty i inne wydarzenia, długa
fontanna "tańcząca" w rytm muzyki a latem także boisko do siatkówki plażowej z piaskiem i palmami.
Odwiedziłyśmy niewielkie Muzeum Fabryki z tarasem widokowym, skąd rozpościera się widok na 
  cały obiekt. Muzeum jest malutkie, przybliża mocno postać Poznańskiego i jego sposób zarządzania,
  polegający na zmuszaniu ludzi do pracy od 6 rano do 21 (!!!). Pan Geyer, o którym dowiedziałam 
 się więcej w Białej Fabryce wydaje mi znacznie milszym i rozsądniejszym człowiekiem, ale kto wie..
  Na terenie znajdziemy też Muzeum Historii Miasta Łodzi, Eksperymentarium i oddział Muzeum Sztuki.
   Na upartego można siedzieć tam pół dnia, ale ja jako człowiek mający w CV pracę w biurze w galerii
   handlowej, uciekam z krzykiem po niespełna godzinie. Pod wieczór zajrzałyśmy do OFF Piotrkowska,
   miejsca o niezwykłym klimacie i ciekawej, industrialnej atmosferze. Ale to już opowieść na kolejny raz.

2014-07-28

Spacer po andaluzyjskiej miejscowości Ronda

  Tydzień temu pokazałam Wam relację z wizyty w andaluzyjskiej miejscowości Ronda. W planie
  był tylko ten jeden wpis, ale uznałam, że mam jeszcze kilka zdjęć, którymi warto się podzielić.
        W poprzedniej części kilka osób zwróciło uwagę na kolor nieba. Tego dnia był zjawiskowy :)
   Droga do Rondy wiedzie przez cudowne, górzyste, soczyście zielone tereny. Żałowałam,
   że mogę oglądać to wszystko tylko zza szyb, że nie możemy się zatrzymać i podziwiać. 
Chwilami kręciło mi się w głowie, gdy wspinaliśmy się pod górę. Warto było jednak, bo Ronda
jest fantastyczna. Mimo, że wiele razy widziałam ją na zdjęciach, na żywo jest jeszcze ładniejsza.
   Jak wspominałam już, wyodrębnić można w niej dwie części - starą, arabską część, z białymi
    domami, brukowanymi uliczkami i klimatycznymi zakątkami, gdzie widać najwięcej wycieczek
    a także przyjemną, nowszą część El Mercadillo, gdzie spotkać można wielu mieszkańców, są
    sklepy, mniej oblegane restauracje, nieco tańsze punkty z pamiątkami i sympatyczne placyki.
  Można obserwować całe rodziny, dzieciaki chlapiące się w fontannie, panów siedzących w
  barach - jednym słowem zwykłe, codzienne życie, z daleka od wielkich, turystycznych grup.
Jest ciszej, spokojniej, ale bardzo przyjemnie. Starsza część ma wielki urok i cudowną
  atmosferę starych czasów, ale na nowszą też warto poświęcić przynajmniej trochę czasu.
Grupy często wpadają tu na godzinę czy dwie, ja uważam, że spokojnie można spędzić cały
 dzień, nie nudząc się w ogóle. Wliczając w to poranną kawę, lunch, popołudniowe churros.
  Co ciekawe, właśnie w Ronda kupiłam większość prezentów dla rodziny i znajomych, bo ceny
   były niższe niż np. w Torremolinos czy Maladze, niektóre przedmioty tańsze nawet o kilka EUR.
Dobrze wspominam ten dzień, wywołuje na twarzy uśmiech. Oby więcej takich dni i chwil...
       Miasteczko położone jest ok. 100 km na zachód od Malagi i ok. 50 km od Marbelli.

Jak dostać się do miejscowości Ronda? 

        Najłatwiej jest samochodem, ale bez problemu można skorzystać z komunikacji publicznej.
    Autobusy Portillo oferują połączenia z głównych kurortów wypoczynkowych, takich jak
      Benalmadena, Fuengirola, Torremolinos, Marbella, Malaga. Z Sewilli odjeżdżają autobusy
       Portillo oraz Los Amarillos. Ceny różnią się w zależności od miasta wsiadania, z Fuengiroli
          płaciłyśmy 19 EUR/1os/2 strony. Bilety można kupić w kasach przed odjazdem autobusów.

2014-07-23

"Wszędzie mnie pełno, trudno za mną nadążyć. Za to kocham moje życie!"

   
     Na blog Irminy trafiłam kilka lat temu, kiedy wzięła ona udział w sesji do magazynu on-line
   Lawendowy Dom. Naturalna, uśmiechnięta, bez kompleksów. Pozowała w kolorowych,
     kobiecych spódnicach własnego autorstwa. Zaczęłam odwiedzać ją częściej, obserwować
     różne zmiany w jej życiu. W cyklu "Inspiracje" pokazuję osoby, którym się po prostu chce.
    Szukające swojej drogi, rozwijające się, mające pasje, realizujące swoje marzenia. Irmina 
       jest z pewnością jedną z nich. W czasach, gdy promuje się szafiarki znane z tego, że są znane
       i ładnie wyglądają na tzw. "ściankach" promujących różne firmy, Irmina jest dla mnie odmianą.
       Ambitna, kreatywna, tworząca własną markę Irminastyle, stawiająca na wykształcenie i licząca
        na siebie, a nie na to, że ktoś Jej coś załatwi. A przym tym sympatyczna i bardzo pozytywna.

   Kiedy zaczęłaś interesować się szyciem i samodzielnie projektować ubrania?

          Maszyna do szycia gościła w moim domu od zawsze, ponieważ mama szyła bardzo często.
       Robiła też na drutach, dziergała na szydełku, ozdabiała ubrania, wymyślała dodatki. Ja od
           dziecka lubiłam bawić się maszyną, ale też np. rysować i tworzyć coś z niczego. Na poważnie
          zainteresowałam się szyciem dopiero 6,5 roku temu, w III klasie liceum, gdy zaczęłam szukać
           sukienki na studniówkę. Kreacje dostępne w sklepach wydawały mi się pospolite, podobne do
         siebie. Podczas sprzątania znalazłam w szafie piękny, ciemnozłoty materiał, który zainspirował
           mnie do samodzielnego uszycia czegoś wyjątkowego. Wzorowałam się na sukni Kate Hudson z
          filmu "Jak stracić chłopaka w 10 dni" - długiej, złotej, satynowej. Byłam uparta i się udało! Co
           prawda sposób jej odszycia wołał o pomstę do nieba i dziś na pewno nie pokazałabym się w 
            niej publicznie, ale wtedy byłam z siebie dumna i świetnie się w niej czułam. Pokochałam szycie,
        zaszczepiła się we mnie chęć tworzenia ubrań, która jest we mnie do dziś. To moja pasja.
           Lubię Twoje stylizacje. Często są kolorowe, podkreślające sylwetkę i kobiecość. 
   Powiedz proszę w skrócie, co w modzie lubisz, czym się inspirujesz?

             Moda to dla mnie sposób wyrażania siebie, własnej kreatywności. Dzięki niej jesteśmy w 
           stanie pokazać kim jesteśmy, jeszcze zanim nawiążemy rozmowę. Nie biorę jej jednak zbyt
           dosłownie. Lubię podkreślać swoje atuty, ale często chodzę w luźnych swetrach i butach
           sportowych, stawiając na wygodę. Mam wąską talię, ale też dużo krągłości, co muszę brać
             pod uwagę podczas ubierania się. Wiem, jakie kroje są dla mnie najlepsze, a jakich strojów
             muszę unikać, pomimo, że mi się podobają. Wielkim plusem szycia jest to, że mogę stworzyć
          dowolny strój pasujący do mojej figury. Ubrania w sklepach mają uniwersalne kroje, nie na
           każdym dobrze leżą. Moda jest dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji, daje przy tym
         dużo przyjemności. Obserwuję modę uliczną, a także tą prezentowaną na wybiegach, do
          tego uruchamiam swoją wyobraźnię i tak rodzą się pomysły. Najczęściej jednak siadam 
           po prostu przy maszynie z konkretnym materiałem i na bieżąco wymyślam dany projekt.

            Pokazujesz też Czytelnikom jak łatwo przerobić stare ubrania, jak zrobić biżuterię,
            ozdobną bieliznę. Cieszysz się, gdy ktoś napisze, że skorzystał z Twojego pomysłu?

            Lubię prowadzić blog i dzielić się swoim doświadczeniem. Jest to część mojego świata,
            ważny element codzienności. Jeśli ktoś się zainspiruje, jest mi oczywiście bardzo miło.

       Wiele dziewczyn pokazujących modę staje się celebrytkami. Ty robisz swoje...

           Blog nie jest dla mnie platformą reklamową. Nie zależy mi na dużej popularności ani na
              rozgłosie. Po sześciu latach prowadzenia blog czuję się zawstydzona, gdy ktoś rozpozna
             mnie na ulicy. Blog jest dla mnie formą ekspresji, pasją, motywacją do dalszego działania.
              Nie jest celem samym w sobie, nie lansuję się, nie szukam też zarobku za wszelką cenę.
           Brałaś udział w kilku pokazach, szykowałaś stroje na potrzeby sesji zdjęciowych oraz
          sprzedajesz niektóre ze swoich projektów. Czy wiążesz swoją przyszłość z szyciem?

          W tej chwili szycie jest jedynie moim hobby, szyję głównie dla siebie. Kto wie, może w 
            przyszłości założę firmę odzieżową, ale na tę chwilę nie skupiam się na tym, bo spełniam 
          inne swoje marzenia. Nie planuję długoterminowo, większość moich decyzji jest raczej
          spontaniczna. Podejmuję szybkie i nagłe decyzje. Może będę miała firmę a może ruszę
         w świat, będę podróżować, może opuszczę Polskę. Nikt nie wie, co jest mi pisane :)

        Zostałaś wyróżniona przez brytyjski magazyn Vogue, który umieścił Twoją
       stylizację w TOP 10 miesiąca. To musi chyba być coś bardzo mobilizującego?

         Wysłałam zdjęcie bez większego zastanowienia, więc byłam mocno zaskoczona tym
         wyróżnieniem, tym bardziej, że głównym elementem stylizacji był płaszcz zakupiony w
          second handzie za 16zł! Takie sytuacje są miłe, ale nie przyjmuję pochwał do siebie, 
          bo najważniejsze jest dla mnie moje własne zdanie i świadomość, co mi się podoba.

        W Internecie, poza przychylnymi ludźmi, są też tacy, którzy potrzebują się wyżyć,
        dać upust swoim frustracjom i zwyczajnie "dokopać" komuś. Kilka razy czytałam
         bardzo agresywne i nieprzyjemne opinie u Ciebie, było mi aż głupio. Zapunktowałaś
        tym, że nie usunęłaś cichaczem tych niezbyt pochlebnych opinii na temat niektórych
       stylizacji, jak zwykły czynić niektóre osoby spotykających się ze słowami krytyki.

         Prowadzę bloga od 2008 roku i szczerze mówiąc, z obraźliwą krytyką zetknęłam się
        dopiero kilkanaście miesięcy temu. Na początku się przejmowałam, denerwowało
       mnie to, ale potem zaczęłam się z tego śmiać. Zawsze jakieś urozmaicenie, nie może
       być ciągle idealnie ;) A poważnie, śmieszy mnie, jak wiele osób nie ma co zrobić ze
       swoim wolnym czasem i wykorzystują go na obrażanie innych i "hejtowanie" jako
       Anonimowi. Jeśli mi się coś nie podoba, nie oglądam tego i nie komentuję. Nikt nie
         jest nieomylny i perfekcyjny, więc po co wytykać innym błędy, sprawiać przykrość?
        To taki trochę obraz dzisiejszych czasów. Rzucić w kogoś błotem, żeby samemu
        poczuć się lepiej. Ja uważam, że całe życie się uczymy, pewne rzeczy wychodzą
       raz lepiej, raz gorzej, ale ważne jest, aby nie stać w miejscu, coś robić. Jesteś
       pracowita - studiujesz, udzielasz się aktywnie na uczelni, pracujesz, prowadzisz
       blog, projektujesz, szyjesz, chodzisz regularnie na siłownię i jeszcze uczysz się
           portugalskiego i przygotowujesz do jesiennego wyjazdu na Erasmusa do Porto..

       Oprócz tego dosyć często wyjeżdżam i staram się zawsze znaleźć czas dla moich
       przyjaciół :) Jeśli pojawia się jakieś ciekawe wyzwanie, z chęcią je podejmuję, np.
       byłam przewodniczącą komisji wyborczej podczas wyborów do Europarlamentu,
      wolontariuszką w straży studenckiej podczas Juwenaliów w Poznaniu. Wszędzie 
      mnie pełno, trudno za mną nadążyć. Za to uwielbiam moje życie, kocham zbierać
       doświadczenia. Ostatnio brakowało mi na wszystko czasu, więc zrezygnowałam z
     pracy. W Portugalii będę prowadziła kompletnie inny tryb życia, będę tęsknić za
      domem i maszyną do szycia, ale szybko dostosowuję się do nowych sytuacji i na
      pewno sobie poradzę. W tej chwili Erasmus jest dla mnie najważniejszą misją!

Wcześniej na Twoim blogu nie było zbyt wielu podróży, aż do momentu, gdy 
   poleciałaś z bratem do Hong Kongu. Sama na wyjazd zapracowałaś i widać,
  że sprawił Ci dużą frajdę. Od tego czasu wyczuwam, że podróże chodzą Ci po
 głowie coraz częściej, na co dowodem jest chociażby opublikowana niedawno
lista 'Places to visit before I die". Co jest w podróżach tak pociągającego? :)

    Podróże są fantastyczną okazją do przeżycia niesamowitych chwil, do pokonania
   własnego strachu, spełnienia marzeń. Ciekawią mnie obce kultury, klimat innych
    krajów. Są szansą na zmierzenie się ze sobą, zbieranie nowych doświadczeń. Żyje
      się tylko raz. Nie chcę żałować niczego na starość, chcę przeżywać nowe przygody.
       Podróż do Hong Kongu uświadomiła mi, że miejsca, które oglądamy w telewizji czy
       Internecie, są tak naprawdę na wyciągnięcie ręki, nie trzeba mieć góry pieniędzy.
    Lista o której wspominasz, to mój plan na czas bliżej nieokreślony, na tę chwilę
      moim celem jest 5 miesięcy w Porto i zwiedzenie Półwyspu Iberyjskiego. Za rok
     chciałabym odwiedzić Dubaj i mój upragniony Londyn! Może zacznę odwiedzać
     wszystkich poznanych na Erasmusie znajomych? Trzymajcie kciuki, aby się udało!

Ja trzymam mocno, Czytelnicy na pewno też! Wszystkiego dobrego !!!

2014-07-21

Ronda, miasto zawieszone nad przepaścią

Hiszpańskie miasteczko Ronda zobaczyłam pierwszy raz wiele lat temu w jakimś albumie 
  z najciekawszymi zakątkami Europy. Byłam zachwycona i wiedziałam, że kiedyś tam pojadę. 
 Planując podróż do Andaluzji, na samej górze listy wpisałam więc RONDA. Na szczęście, z 
 miejscowości w której nocowałyśmy, odjeżdżał tam codziennie bezpośredni autobus, więc nie
 było to nic skomplikowanego. Miałam nadzieję, że będzie tego dnia piękna, słoneczna pogoda.
 Z autobusu wysiadłam podekscytowana i z lekko bijącym sercem. "A co będzie, jeśli się
rozczaruję?". Nie mogło się to jednak stać, gdyż Ronda na żywo jest jeszcze ładniejsza!
 Cudownie położona na skalnym urwisku, robi wielkie wrażenie i gwarantuje fantastyczne
    widoki. Składa się ona z dwóch części połączonych mostem, zawieszonym nad przepaścią. 
Na początek odwiedziłyśmy punkt widokowy Alameda del Tajo, skąd rozciąga
  się panorama pól i domów położonych u stóp klifu, gór oraz z boku rzeki Guadalevin.
    Tylko kilka kroków dzieli ten zielony teren od Punktu Informacji Turystycznej, gdzie można
      uzyskać wszystkie niezbędne informacje i otrzymać świetnie przygotowaną mapę miasteczka.
  Powyżej: maleńcy turyści na majestatycznym, 100-metrowym moście Ponte Nuevo.
 Przejście przez most wprowadza nas w labirynt białych, nastrojowych uliczek. 
 Na zdjęciach tego nie widać, ale już w marcu było mnóstwo zagranicznych wycieczek.
 Byłam tym mocno zaskoczona i ciekawa jestem, jak sytuacja wygląda w środku sezonu.
 Pomiędzy zabytkową a nowoczesną częścią miasta kursują niestety powozy konne. 
 Warto zejść wydeptaną ścieżką, by móc zobaczyć most i zabudowania z innej perspektywy.
 To ten najpopularniejszy, książkowo-pocztówkowy wizerunek Rondy. Magiczny.
 Nie brakuje sklepów z pamiątkami. Kupiłam m.in. ozdobne "kafelkowe" korki do wina. 
 Poszukiwacze detali też nie będą rozczarowani i każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. 
 W miasteczku jest kilka miejsc będących pamiątką po Maurach, którzy spędzili tam trochę czasu
  (m.in. pałac Mandragon). My zdecydowały się zwiedzić jednak Plaza de toros, czyli arenę do walk
  byków. Jestem bardzo przeciwna tej formie rozrywki, ale jest elementem kultury i historii Hiszpanii,
 czy mi się to podoba czy też nie. Ta arena jest najstarsza w kraju i niestety nadal bywa używana. 
 Cóż wiele mówić, miejsce jest dla mnie bardzo przykre i wyszłam z niego mocno zasmucona. 
  W środku znajduje się dużo tablic opisujących historię walk, obrazy, stroje. Mam tylko 1 zdjęcie,
    bo chwilę po jego zrobieniu zorientowałam się, że jest zakaz. Na zewnątrz stoi pomnik torreadora.
Humoru nie poprawił mi nawet powrót do starszej części miasta i mały spacer. 
W okolicach sjesty, sklepy zaczęły się powoli zamykać (nawet sieciówki). Uznałyśmy, że czas
poszukać jakiegoś przyjemnego lokalu, gdzie trochę odpoczniemy i coś smacznego zjemy. Nie
  było to jednak łatwe - część restauracji była zamknięta a część nie wyglądała zbyt zachęcająco. 
  W końcu znalazłyśmy miłe miejsce z chłodnym, pustym, pełnym kwiatów patio. Zamówiłyśmy wino, 
   gazpacho, tortillę hiszpańską i oliwki. Siedziałyśmy, rozmawiałyśmy o corridzie i ogólnych wrażeniach.
Ronda mnie nie rozczarowała, wręcz przeciwnie. Pomimo, że jest turystyczna, czułam w niej coś
   prawdziwego, czego zupełnie nie mogłam uchwycić w pięknym, ale dla mnie dość sztucznym Mijas