2014-08-20

Mieć czy być?

   
   Ostatnio koleżanka udostępniła na Facebooku tekst, który naprawdę mnie urzekł.
     Takie to zwyczajne, a tak olśniewające w swojej prostocie, że aż ciężko uwierzyć. 

"Znany amerykański doradca inwestycyjny siedział na przybrzeżnej skałce w małej 
 meksykańskiej wiosce, gdy do brzegu przybiła skromna łódka z rybakiem. W łódce 
 leżało kilka wielkich tuńczyków. Amerykanin, podziwiając ryby, spytał Meksykanina: 
- Jak długo je łowiłeś? 
– Tylko kilka chwil. 
– Dlaczego nie łowiłeś dłużej – złapałbyś więcej ryb? 
– Te, które mam całkiem wystarczą na potrzeby mojej rodziny. 
– Na co więc poświęcasz resztę czasu? 
– Śpię długo, trochę połowię, pobawię się z dziećmi, spędzę sjestę z moją żoną, 
  wieczorem wyskoczę do wioski, gdzie siorbię wino i gram na gitarze z moimi 
amigos. Pędzę wypełnione zajęciami i szczęśliwe życie. 
- Jestem absolwentem Harvardu i mogę ci pomóc. Powinieneś spędzać więcej czasu na 
łowieniu, wtedy będziesz mógł kupić większą łódź, dzięki niej będziesz łowił więcej i 
będziesz mógł kupić kilka łodzi. W końcu dorobisz się całej flotylli. Zamiast sprzedawać
 ryby za bezcen hurtownikowi, będziesz mógł je dostarczać bezpośrednio do sklepów, potem 
założysz własną sieć sklepów. Będziesz kontrolował połowy, przetwórstwo, dystrybucję.
 Będziesz mógł opuścić tę małą wioskę, przeprowadzić się do Mexico City, później do Los
 Angeles, a nawet do Nowego Jorku, skąd będziesz zarządzał swoim rosnącym biznesem. 
- Jak długo to wszystko będzie trwało? 
– 15, może 20 lat. 
– I co wtedy? 
- Wtedy stanie się to, co najprzyjemniejsze. W odpowiednim momencie będziesz 
mógł sprzedać swoją firmę na giełdzie i stać się strasznie bogatym, zarobisz miliony!
- Miliony? I co dalej? 
- Wtedy będziesz mógł iść na emeryturę, przeprowadzić się do małej wioski na 
 meksykańskim wybrzeżu, spać długo, trochę łowić, bawić się z dziećmi, spędzać 
 sjestę ze swoją żoną, wieczorem wyskoczyć do wioski, gdzie będziesz siorbał 
wino i grał na gitarze ze swoimi amigos... "

Czy nie w takich oto czasach żyjemy? Więcej, szybciej, wydajniej. W imię czego? Pieniędzy.
Wiele osób w tę pułapkę wpadło a wielu niedługo w nią wpadnie. Znam dzieci, które mają
 wszystkie gadżety świata, ale  nie mogą liczyć na uwagę ze strony rodziców. Znam rodziców,
 którzy cały rok tak ciężko i długo pracują, że jadąc na wakacje chcą tylko hotel z opiekunką,
która zajmie się ich dziećmi, by oni mogli wypocząć. Znam ludzi, którzy żyjąc pod tym samym
dachem, nic o sobie nie wiedzą, bo siedzą po godzinach, by zadowolić pracodawcę, a potem
 kupić większy telewizor, lepszy samochód. Mijają się w ciągu dnia, by spotkać się wieczorem 
 przed 36-calowym ekranem i patrzeć w niego bez słowa. Mam również dalszych znajomych,
z gromadką dzieci. Mama nie pracuje, ale nie zrezygnowała ze swoich pasji, zawsze umie na to
znaleźć chwilę w zabieganym dniu. Ojciec, który pracuje ciężko, ale na tyle blisko domu, by od
 razu wrócić do rodziny . Dzieci, dbające o siebie nawzajem, pełne szacunku, grzeczne, dobrze
wychowane, a przy tym pewne siebie i znające swoją wartość. Każde z nich ma jakiś talent
(plastyczny, muzyczny, sportowy). Ich dom pełen jest pucharów, dyplomów, gości, śmiechu.
Zawsze pachnie obiadem i ciastem z owocami. Każdego dnia po wspólnej kolacji, rodzice 
przeznaczali ok. 15 minut na rozmowę z każdym z dzieci (a było ich 12). O tym, jak minął 
dzień, czy maja problemy, radości, sukcesy. Życie materialnie skromne, ale niczego im nie 
brakowało. Mieli dach nad głową, ubrania, ciepłe posiłki, czas spędzany razem no i siebie. 

 Dopóki miałam na rachunki i podstawowe wydatki, nigdy nie pędziłam za pieniędzmi. Bez 
żalu rezygnowałam po kilku miesiącach z prac, które dając mi zarobek, zabierały mi to, co
w życiu jest najcenniejsze - czas. Rozmawiałam niedawno z koleżanką, która po urodzeniu
dziecka nie chce wracać do Warszawy, do bloków, anonimowego życia i śpieszących się 
tłumów. Kiedyś super aktywna, dziś cieszy ją proste życie - grill w ogrodzie, własne maliny
z krzaka, fakt, że syn oddycha świeżym powietrzem i może huśtać się na huśtawce wiszącej
na drzewie. Że ugotują obiad, upieką chleb i zjedzą go razem. Bo zwyczajnie mają CZAS.

 Wiem, że każdy ma swoją drogę, że świat stanąłby w miejscu, jakby wszyscy łowili ryby dla
  przyjemności a potem pili wino z amigos, ale czasem czuję, że to coś dla mnie. Zwykłe życie
bez spiny, pośpiechu, z cieszeniem się chwilą, obecnością innych ludzi. Niby nic a tak dużo.

2014-08-18

Tallin - pastelowa stolica Estonii

  Każdego roku, w okolicach 26 maja wyjeżdżam gdzieś z Mamą, zazwyczaj na 3-4 dni. To nasza
   mała tradycja :) Lubimy razem podróżować, bo się dobrze dogadujemy, podobnie lubimy spędzać
     czas i mamy zbliżone zainteresowania. W zimowej promocji linii LOT pojawiły się bardzo tanie bilety
     do stolicy Estonii, Tallina na termin, który nam odpowiadał. Super, bo długo czekałam na taką okazję.
   Żeby uzyskać cenę 119zł, musiałyśmy wykupić pobyt min. 3 noce. Dużo osób mówiło mi, że
  4 dni to za długo na Tallin, ale uznałam, że pojeździmy trochę po okolicy. Finalnie miałyśmy
    1.5 dnia na Tallin, 1 dzień na wypad do Rygi i 1 dzień na wizytę w Parku Narodowym Lahemaa.
     Dziś uważam, że spokojnie w samym Tallinie można spędzić 3-4 dni i wcale się nie nudzić.
    To piękne miasto portowe, dające mnóstwo możliwości spędzania wolnego czasu.  Nie
     jest może bardzo duże, ale poza standardowym zwiedzaniem, można po prostu chodzić,
     gubić się w pastelowych uliczkach Starówki, zatrzymać się na smaczny posiłek lub kawę.
  Byłam ciekawa, co w Tallinie zastanę. Kraj ma burzliwą historię, przechodził z rąk do rąk, do dziś
   mieszka tam bardzo dużo Rosjan, którzy niekoniecznie chcą się integrować i dostosować. Patrząc
     na odwiedzane miejscowości (szczególnie poza Tallinem) miałam wrażenie, że jestem w Skandynawii.
       Jestem zachwycona Estonią (pokazywałam Wam już niesamowite Maritime Museum w Käsmu),
      a Stare Miasto uważam za jedno z najładniejszych jakie w życiu widziałam, w mojej opinii jest o
      wiele ładniejsze niż w Rydze, ale to oczywiście kwestia gustu. W Rydze panował straszny chaos,
    pełno wielkich parasoli zakrywających budynki, królików z siana, wielkich rzeźb na sprzedaż, 
    budek ze wszystkim i niczym, mimów, grajków, drobnych handlarzy. Z drugiej strony przyznaję,
    że w stolicy Łotwy było więcej ciekawych lokali, piekarni, kawiarni, cukierni. Ale i tak wolę Tallin.
    Zdecydowałyśmy się na nocleg w obrębie Dolnego Miasta, żeby wszędzie mieć blisko. To był
   świetny pomysł, bo uliczka Uus jest spokojna, kolorowa a zarazem położona kilka kroków od
     Rynku i niedaleko portu. Pierwszego dnia ruszyłyśmy w miasto zaraz po rozpakowaniu bagaży.
 Od pierwszych minut pozostawałam pod urokiem Tallina i tak zostało już do końca, nawet
 gdy opuściłyśmy stare mury i zapuściłyśmy się w nowoczesną część miasta. Nie mam z niej
   zbyt wielu zdjęć, bo to w sumie normalna miejska zabudowa, ale podobał mi się ogólny ład.
  Stare Miasto otoczone jest murami, z basztami i bramami wejściowymi. Ich surowy wygląd
  w połączeniu z cukierkowymi domkami tworzy naprawdę bajkowe tło. Fajnie, że stragany z
    rękodziełem są skupione głównie na jednej ulicy, Müürivahe, więc nie ma ogólnego bałaganu.
      Architektonicznie przypadł mi do gustu, do tego mnóstwo cudownych, delikatnych detali.
 Warto zaopatrzyć się w mapkę Starówki (my wzięłyśmy z hotelu), bo łatwo się zgubić
 w gąszczu uliczek. Są do siebie podobne, bardzo konsekwentne w wyglądzie i czasami
ciężko o jakiś wyraźny punkt odniesienia. Po kilku godzinach już chodziłyśmy bez niej.
     Na szczęście trafiła nam się wspaniała, ciepła, wiosenna pogoda. Co ciekawe, ten etap wiosny,
   który zastałyśmy w Estonii, w Polsce był już za nami, więc po raz drugi dopadła nas alergia na
    różne kwitnące cuda. Nie byłyśmy przygotowane, kichałyśmy i zużywałyśmy tony chusteczek.
   Kuchnia Estońska średnio mnie zainteresowała, to nie do końca moje smaki. Jadłyśmy głównie
   w restauracji włoskiej (ale naprawdę pysznej - o niej następnym razem!) i w kawiarniach, gdzie
     jadłyśmy śniadania. Raz skusiłyśmy się też na przepyszne, domowe ciasto z mieszanymi owocami.
 Najczęściej odwiedzana przez turystów część miasta jest zadbana, odmalowana, czyściutka.
Są także miejsca troszkę obdrapane, bardziej zapuszczone, ale całość ładnie się komponuje.
Mam więcej zdjęć z Tallina, więc na pewno jeszcze 1-2 wpisy się pojawią, ale myślę, że 
  już po dzisiejszym można sobie wyobrazić, jak pełne uroku i po prostu śliczne jest to miasto.

2014-08-14

Pielgrzymka zaufania przez Ziemię

  Słowem wstępu zdradzę Wam, że ten wpis powstawał prawie 2 lata. Podchodziłam do komputera,
  pisałam kilka zdań, zastanawiałam się, czy na pewno chcę o tym pisać, kasowałam je, wychodziłam z
      pokoju. Dużo emocji. Jestem wierząca, z praktykowaniem różnie bywa, bo nie ze wszystkim się godzę.
     Czasem mam wrażenie, że trochę za dużo pustych słów, za dużo nakazów, zakazów. Ale staram się
  poszukiwać. Nie jestem idealna, ale kto jest? Jako nastolatka stałam na rozdrożu, nie wiedziałam za
    bardzo, co mam ze sobą zrobić. W 2003 r. moja przyjaciółka zaproponowała, żebyśmy pojechały na
    Europejskie Spotkanie Młodych organizowane pod koniec roku przez wspólnotę braci z Taizé. Pojęcia
     nie miałam, kim są bracia, o co chodzi w tych spotkaniach, ale odbywało się w Paryżu... to czemu nie?
    Do dziś pamiętam jak po raz pierwszy pojawiłam się na wieczornej modlitwie. Poczułam niezwykły
     spokój i ciepło w sercu. Siedziałam zauroczona, nie znałam jeszcze kanonów, ale nieśmiało śpiewałam.
       Kolejne dni, spotkania w małych grupach, rozmowy, śpiew, chwile ciszy - to było coś pięknego, czego
   dotąd nie miałam okazji doświadczyć. Wiedziałam, że wrócę za rok. Z pierwszego wyjazdu nie mam
    zdjęć. Nie dość, że miałam słaby aparat, to jeszcze mi zginął. Z kolejnych wyjazdów też mam mało,
 czego bardzo żałuję. Kilka lat, tysiące wspomnień. Często wracam do tych nielicznych, kiepskich
      technicznie fotografii i tak bardzo chciałabym zobaczyć więcej miejsc, więcej twarzy, więcej, więcej.. 
 Nigdy nikt nie spytał mnie wprost, skąd wzięłam się w Lizbonie zimą 2004 roku. Wtedy Portugalia
była nieodkrytym lądem, dla większości była zagadką, wielką niewiadomą. Nie wiedziałam zupełnie
   gdzie jadę, co tam zastanę. Nie było z Polski bezpośrednich samolotów, a autokary liniowe nie dość,
 że jechały bardzo długo, to były naprawdę drogie (my jako grupa płaciliśmy blisko 700 zł za osobę,
więc ciężko nazwać to szansą taniego wyjazdu za granicę). Nie liczyłam na nic, chciałam jeszcze raz
przeżyć to, co przeżyłam w Paryżu - niesamowite poczucie jedności z ludźmi. Ponad dwa dni jazdy
 przez zasypaną śniegiem Hiszpanię, postój we Francji. Już wtedy zachwycała mnie otwartość z jaką
witano nas na każdym etapie naszej pielgrzymki. Pamiętam, jak większą grupą szliśmy po maleńkiej,
francuskiej mieścinie - dokładnie takiej jak ta z filmu "Czekolada", śmiejąc się i śpiewając kanony.
Z jednego z domów wyjrzał zaciekawiony starszy pan. Było nas ok. 20 osób. Spojrzał, a w jego
oczach pojawiły się łzy. Zaprosił nas do swojego domu, żona przyniosła wielki kosz jabłek, a on
opowiedział swoją historię. Znał doskonale braci z Taizé, wiedział kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.
  Spędziliśmy u niego ponad godzinę. Nie chciał nas wypuścić, a my nie chcieliśmy wyjść. Niesamowite.
  Do Lizbony dojechaliśmy o poranku. Zmęczeni, niewyspani, ale szczęśliwi. Fantastyczna grupa, bardzo
pozytywni ludzie. Za oknem świeciło oślepiające słońce, powietrze pachniało wiosną. Po raz pierwszy
usłyszałam język portugalski, zetknęłam się z mieszkańcami tego małego kraju nad Atlantykiem. Ktoś
 szybko przekonał mnie do dołączenia do grupy pracy, pomagającej w organizacji spotkania. Musiałam
odłączyć się od znajomych, ale widziałam w tym szansę poznania nowych. Jestem osobą, która ciągle
musi coś robić, nie cierpię bezczynności. Z drugiej strony, w czasie spotkań zawsze czekałam na ten
moment, gdy będę mogła uciec do salki z napisem "Silence". W życie jednak potrzeba równowagi...
Portugalię pokochałam od razu, miłością tak silną, że aż duszącą. Nie zawdzięczam tego cudownemu
światłu, drzewom uginającym się od ciężaru pomarańczy ani malowniczym uliczkom Alfamy. Tym, za
co pokochałam ją tak bardzo, byli jej mieszkańcy, którzy wówczas stanęli na mojej drodze. Rodzina 
w której domu mieszkałam i do której wiele razy wracałam, młodzi ludzie w "Welcome center", a 
także wszyscy mieszkańcy naszej maleńkiej parafii  - serdeczni, ciepli, traktujący nas jak bliskich.
Tym, co odpowiadało mi w spotkaniach była ich ekumeniczność, różnorodność. Ludzie ze wszystkich
  kontynentów, mówiący różnymi językami, wychowani w innych kulturach - teoretycznie wiele powinno
nas dzielić, ale o wiele więcej nas łączyło. Bracia nigdy niczego mi nie narzucali, nie kazali. Zadawali za
  to pytania, kazali nam myśleć, szukać odpowiedzi. Wspólna podróż do źródeł wiary, do człowieczeństwa.
   Zrozumiałam tam, że podanie ręki i uśmiech, mogą znaczyć więcej niż godziny przegadane o niczym. Na
  spotkaniach pojawiali się ludzie z krajów targanych konfliktami, tacy, którzy na chwilę przestali wierzyć
   w dobro na świecie i wspólnie uczyliśmy się odkrywać je na nowo. W Genewie, Mediolanie, Zagrzebiu.
 Brałam udział w pełnym programie spotkań. Jest on skonstruowany w taki sposób, żeby mieć czas na 
wszystko - rozmowę z małych grupach, spotkania z goszczącą parafią, wspólną modlitwę, zadumę, na
zobaczenie najciekawszych miejsc odwiedzanego miasta a także zapoznanie się z inicjatywami i akcjami
koordynowanymi przez mieszkańców. Uwielbiałam te work shops, chłonęłam wszystko, co nowe, inne.
Odwiedzałam domy opieki społecznej, slumsy w których mieszkają imigranci, próbując zrozumieć ich 
życie. Zawsze z opiekunem, lokalnym wolontariuszem, kimś, kto w codzienności znajduje czas dla tych,
którzy potrzebują uwagi. Rozmawiałam ze streetworkerami wyciągającymi nastolatków z nałogów, ale
też siedziałam na podłodze w wielkim meczecie w Holandii, słuchając o problemach kulturowych oraz
wyznaniowych z jakimi boryka się współczesna Europa. Z każdego spotkania starałam się wynieść dla
 siebie jak najwięcej, ale też dać coś od siebie. Stąd wspólna praca - przy przygotowaniu modlitw, przy
wydawaniu posiłków w gigantycznych halach, przy sprzątaniu po kolacji. Grupa pracy bawiła się tak 
naprawdę najlepiej - tańcząc, śpiewając, poznając ludzi. Tam wszyscy byli sobie równi. Zawsze. 
Spotkanie w Lizbonie było ostatnim z udziałem założyciela wspólnoty, brata Rogera. Zaledwie osiem
miesięcy po powrocie do Polski, znów byłam u goszczącej mnie wówczas rodziny w Lizbonie, gdyż 
zaprosili mnie na wakacje. Obudziłam się rano, przeciągnęłam, otworzyłam okiennice, spojrzałam na
telefon i zaniemówiłam. Sms "Brat Roger został zamordowany". W kuchni siedziała strapiona Maria   
Joaquina, która już wiedziała, że pchnięty nożem w Taizé zakonnik zmarł poprzedniego wieczoru. 
  Późnym popołudniem, w kościele w sercu Lizbony odbyło się czuwanie w Jego intencji. To w 
   tym miejscu było centrum logistyczno - koordynacyjne przed Europejskim Spotkaniem Młodych. 
Brat Roger powiedział wtedy : Właśnie dlatego zapraszamy młodych (...) na tę pielgrzymkę 
zaufania, bo jesteśmy świadomi potrzeby pokoju. Możemy przyczynić się do budowania 
pokoju wtedy, gdy naszym życiem staramy się odpowiedzieć na pytanie - Czy mógłbym
stać się twórcą zaufania w moim otoczeniu? Czy jestem gotów lepiej zrozumieć innych?
Chyba dlatego wspólnota stała się tak bliska mojemu sercu - nikt nie mówił nie rób tego, nie
rób tamtego. Mówili za to "Wyjdź stąd i kochaj, dawaj świadectwo swoim życiem, postawą.
Szanuj ludzi, podawaj im rękę. Nie bój się, nie jesteś sam. Popełniaj błędy, ale ucz się na nich."
Czasami spaliśmy w wygodnych, ciepłych łóżkach a czasami na karimacie rzuconej na podłogę. Raz w
mieszkaniu, raz w szkole. Jeździliśmy niewygodnymi autokarami, czasami trzeba było zapychać dziury,
by tak bardzo nie wiało. Plecaki, śpiwory, metalowe kubki, łyżki do spożywania prostych posiłków w 
różnych warunkach: czasami na hali, a czasami na łące (jak w Wilnie, w czasie majowego spotkania). 
Czasami goszczący nas ludzie znali angielski, a czasami nie. Ale to nie miało znaczenia, bo język gestów
jest tak bogaty jak język słów. Wśród nas byli bogatsi i biedniejsi, ale w takich miejscach nie liczy się
to, co masz, a to kim jesteś i czym potrafisz się dzielić z innymi. Na przestrzeni lat zrodziły się trwające
do dziś znajomości, ba, było nawet kilka ślubów! :) Każde ze spotkań to lekcja tolerancji, zrozumienia.
Nie mówi się tylko o Bogu i wierze, ale uświadamia się ludziom, co się w życiu liczy, co ma wartość a
co jest fikcją i ucieczką przed odpowiedzialnością. Każdy Sylwester był czasem dzielenia się tym, co 
każda z narodowości i kultur ma w sobie najlepszego, świetną zabawą pełną życzliwości i radości. 
Gdy zaczęłam pracować, coraz trudniej było z wolnym w okolicach końca roku, więc musiał nadejść
rok, gdy nie wyjechałam. A potem kolejny i kolejny. Do dziś nie bawię się tego dnia. Daję sobie czas
na wyciszenie, myślami uciekam do miast, w których trwa wieczorne czuwanie. Odbieram smsy od 
tych, którzy są na miejscu. Myślę o minionym roku i o tym, co mogę zrobić, by kolejny był udany. 
    Do dziś mam mapy dojazdu do goszczących parafii, niektóre plany spotkań, wycinki z gazet.
      Mam też "List Niedokończony", będący tekstem przewodnim ESM w Mediolanie w 2005 roku.
    Trudno uwierzyć, że minęło tyle lat, że tak wiele się wydarzyło przez ten czas. Wiem na pewno, że
     nie byłabym dziś tym, kim jestem, gdyby nie tych kilka spotkań, gdyby nie inne spojrzenie na ludzi,
   świat, dawanie czegoś z siebie. To dzięki jednemu ze spotkań zostałam wolontariuszką Fundacji
     spełniającej Marzenia nieuleczalnie chorych dzieci i przeżyłam z nimi najpiękniejsze chwile swojego
   życia. Bo piękne chwile to te, gdy jesteśmy razem. Gdy uświadamiamy sobie, co ma znacznie, a
 co jest nic nieznaczącą bzdurą. Gdy stajemy się lepsi, zmieniając na lepsze życie innych osób.
56 godzin spędzonych w autokarze może być przygodą, bo często droga jest ważniejsza niż
sam cel. Noc w chłodnej sali na karimacie, może dać więcej niż najlepszy hotel w cudownym
    miejscu. Nie miejsca / standardy / gwiazdki się liczą, a ludzie, chwile, piękna bezinteresowność.
   Nie ma naprawdę znaczenia w co wierzymy, skąd pochodzimy itd. Ważne, dokąd zmierzamy.

2014-08-12

Moje ulubione... Smaki Portugalii!

   O mojej miłości do Portugalii wie każdy, kto czyta tego bloga. Byłam w tym kraju wiele razy,
   napisałam o nim kilkadziesiąt postów, także o portugalskiej kuchni. Pierwszy raz w stolicy nad
Atlantykiem byłam w 2004 roku i przepadłam od pierwszych sekund pobytu. Pokochałam te
   obdrapane uliczki, kawiarenki z wieloletnią tradycją, widok Tagu o poranku, zapach grillowanych
sardynek, aromat portugalskiej kawy, smak budyniowych babeczek. Z każdej wizyty musiałam
  przywozić walizkę ulubionych przysmaków, żeby starczyło mi na długo. Teraz już nie muszę nic
      przywozić, bo wszystko co lubię (a nawet więcej!) mam w Warszawie, dzięki Smakom Portugalii

2014-08-06

Jak podróżuję, czyli kilka pytań... do mnie


  Jakiś czas temu napisała do mnie Gabriella, studentka II roku dziennikarstwa, która na zajęcia
 miała przygotować reportaż o ciekawej osobie i uznała, że skromna ja jestem odpowiednią 
 kandydatką i podobno bywam inspirująca :) To naprawdę miłe. Dostałam zestaw pytań. Nie
dane mi było przeczytać finalnej wersji artykułu, ale uznałam, że mogę podzielić się z Wami
odpowiedziami. Dodałam też pytania, które pojawiają się w mailach. Poznajcie mnie lepiej! 

Jak zaczęła się pani historia, pasja do podróży? 

      Pamiętam, że jako dziecko obejrzałam w kinie "Króla Lwa" i zobaczyłam świat, którego nie znałam.
   Puste przestrzenie, wodospady, rzeki, niezwykłe drzewa, rośliny i zwierzęta. Zrozumiałam, że nie
     wszystko wygląda jak miasto w którym mieszkam. Byłam zszokowana i zachwycona. Zresztą do dziś
     widząc pierwszą scenę tej niezwykłej bajki - wschód słońca nad sawanną, mam gęsią skórkę. W szkole
     uczą nas o wydobyciu węgla i wietrzeniu skał, a nikt nie mówi o pięknie, które czeka, gdy odważymy
     się wyjść z domu i ruszyć przed siebie. Nikt nie wspomina o różnicach kulturowych, zapierających dech
     widokach i wspaniałych budowlach. Wszystko musimy odkryć sami. Staram się realizować podróżnicze
       Marzenia. Nie mam niestety dużych możliwości finansowych, więc robię to powoli, ale konsekwentnie.

 Jak długo pani podróżuje? 

 Samodzielnie i świadomie zaczęłam wyjeżdżać 8 lat temu. Na początku głównie z biurami podróży, a
  na miejscu zwiedzałam na własną rękę, ale szybko uznałam, że nie odpowiada mi taka forma. Wolę być
 w pełni niezależna i mieć wpływ na każdy etap podróży, więc organizuję je sama od początku do końca.

 Jaka jest przewaga takiej formy podróżowania? 

  Przede wszystkim - sprawia mi to przyjemność! Gotowy pakiet nie jest dla mnie wyzwaniem.
 Uwielbiam za to przeglądać wyszukiwarki biletów, polować na promocje i tę adrenalinę - załapię
 się na bilet w super cenie czy nie?! Samodzielnie szukanie miejsc noclegowych daje dużo możliwości,
hoteli jest o wiele więcej niż w katalogach, do tego dochodzą hostele, pensjonaty, obiekty urządzanie
w zamkach i pałacach a nawet szansa na wynajęcie domu lub pokoju od osoby prywatnej. Trzeba być
bardziej samodzielnym i otwartym na ludzi, bo na każdym etapie ma się z nimi kontakt - kupując bilet
 na autobus, łapiąc taksówkę, kwaterując się w tanim obiekcie w którym nikt nie zna angielskiego
czy zamawiając jedzenie w małych knajpkach. Mam większą elastyczność terminów, ale przede
  wszystkim świetnie się bawię już na etapie przygotowań! Biura też są potrzebne, ale ja wolę sama.

     Jaka była pani najpiękniejsza podróż. Z tych, co zostają w sercu na zawsze? 

   Pierwszy wyjazd do Portugalii (w której byłam już wieeele razy). Zima, długa podróż autokarem
 (ponad 70 h z postojem we Francji!) z fantastycznymi towarzyszami. W Polsce mróz a w Lizbonie
 ciepłe słońce o poranku, uśmiechnięci ludzie, niezwykła gościnność, z którą nie spotkałam się
 nigdy wcześniej. Minęło 10 lat a ja ciągle pamiętam szczegóły - zapach cynamonowo - jabłkowej
herbaty, kolor sukienki witającej mnie Portugalki, pierwszy posiłek u goszczącej mnie rodziny. Po
tak wielu latach moje serce wciąż drży na wspomnienie tych cudownych kilku dni. Chwile idealne.

Czy w podróży zdarzyła się pani kiedyś sytuacja nagła lub problemowa? 

 Tak, kilka razy. Zdarzało się, że przyjeżdżałam do hotelu i zastawałam w środku nocy zamknięte
drzwi lub okazywało się, że nikt nie wie o mojej rezerwacji, kiedyś zgubiłam się w nocy w jednej
z mało znanych dzielnic Porto, ostatniego dnia pobytu na Malcie mało brakowało, a jechałabym
 do szpitala, bo przyjaciółka dostała uczulenia na krewetki i zaczęła się dusić na środku ulicy, a raz
na lotnisku pękły mi na pół okulary bez których niewiele widzę :) Najgorsze zdarzenie przeżyłam
jednak w tym roku w Brukseli, gdy towarzysząca mi osoba została okradziona w metrze. Byłyśmy
 w drodze na lotnisko, a poza pieniędzmi i kartą płatniczą zginął też dowód osobisty. Nie mogłyśmy
 wrócić do kraju, przepadł nam bilet powrotny, nie miałyśmy noclegu, jeden telefon się rozładował,
drugi nie miał roamingu. W kieszeni końcówka gotówki a w kalendarzu niedziela, godzina 18.00....
Sytuacja podbramkowa. Obydwie powinnyśmy w poniedziałek stawić się do pracy. To była jedna
z tych chwil, gdy trzeba opanować panikę i działać. Udało mi się wrzucić informację na Facebooka.
Muszę przyznać, że odzew Czytelników przerósł moje najśmielsze oczekiwania - pojawiła się nagła
lawina dobrych słów, propozycji pomocy. Obce osoby chciały zapewnić mi nocleg, pożyczyć duże
sumy pieniędzy. Nie jestem płaczliwa, ale oczy mi się mocno wtedy zeszkliły. Niby padłyśmy ofiarą
zła, którego na świecie dużo, ale w ogólnym rozrachunku wyszłam z tego silniejsza, bo wszystko, co
  działo się później przywróciło mi wiarę w ludzi. Tak już jest, że z tego co złe, może zrodzić się dobre.

Czym jest dla pani blog? 

  Szansą na zachowanie ulotnych wspomnień, obrazów, chwil. Lubię pisać, zawsze lubiłam i jest mi miło,
że ktoś chce mnie czytać. Dzięki blogowi poznaję ciekawych ludzi, biorę udział w projektach, które
byłyby poza moim zasięgiem. Najwięcej radości sprawiają mi jednak e-maile od osób, które piszą, że
dzięki blogowi kupiły pierwszy bilet i odważyły się wyruszyć w podróż. Czasami bliską, czasem trochę
dalszą, ale najważniejsze jest, że przełamały się, zrobiły pierwszy krok, uwierzyły, że wszystko jest w
zasięgu ich możliwości, także finansowych. To dla mnie nagroda oraz motywacja do dalszego działania.

 Na blogu widziałam pani Listę Marzeń Podróżniczych - które będzie realizowane teraz?

Mam nadzieję, że jeszcze w wakacje uda mi się wykreślić wizytę w Sztokholmie i nieśpieszny
   poranek z cynamonową bułeczką! Bilety kupione, notatki zrobione, zostało tylko odliczanie dni...

 Utrzymuje pani kontakt z ludźmi poznanymi w podróży? 

 Z niektórymi tak, z innymi nie. Ze spotkaniami w podróży często jest tak, że TO dzieje się tu i teraz,
 w najlepszym możliwym momencie. Jest kilka chwil magii, a potem każdy idzie w swoją stronę, ale na
zawsze zostają one w pamięci. Miałam kilka takich spotkań - czasem to rozmowa w autobusie lub w
samolocie, spotkanie w hostelu, innym razem przegadana noc na lotnisku z kimś dopiero poznanym.
Czasem lubię wracać myślami do tych spotkań, ale nie żałuję, że nie było ciągu dalszego. Są również
osoby, z którymi mam kontakt do dziś, czasem się odwiedzamy, piszemy. Dużo wartościowych ludzi
poznałam też dzięki blogowi, czyli poniekąd dzięki podróżom. Z większością mam stały kontakt.

Bardzo dużo pisze pani o Portugalii. Za co tak bardzo kocha pani to miejsce? 

Częściowo na to pytanie odpowiedziałam w pytaniu dotyczącym najpiękniejszej podróży. Tamten
wyjazd rozbudził we mnie gorące uczucie do tego niewielkiego kraju nad Atlantykiem. Pomimo
wielu powrotów, zawsze spotykają mnie tam wyłącznie pozytywne sytuacje (np. w październiku
zeszłego roku mojej Mamie w jednej z uliczek Alfamy wypadł portfel. Dookoła nie było nikogo a
nagle pojawił się chłopak ze zgubą w ręku po czym dosłownie rozpłynął się w powietrzu). Trudno
opisać to wszystko słowami, dużo emocji siedzi w środku. Kiedyś płakałam czytając w gazetach
artykuły o Portugalii, dziś jestem już bardziej stabilna :) Kocham ten kraj za jego mieszkańców, za
pyszną kuchnię, klimat, muzykę, język, plaże, azulejos, historię i dziesiątki zakątków, do których
chcę wracać bez końca. Przy każdym powrocie czuję się zakochana na nowo, jeszcze mocniej.

Czy miała pani jakąś nietrafioną podróż, miejsce, które okazało się rozczarowaniem? 

  Każde miejsce ma w sobie COŚ, chociaż czasami zalety nie są tak oczywiste :) Są miejsca, które
podobały mi się o wiele mniej niż inne (np. grecka wyspa Korfu), ale to wszystko kwestia gustu.
Jeden lubi ogórki a drugi ogrodnika córki, jak mawia moja Babcia :) Nie mogę jednak powiedzieć,
że wyjazd był nietrafiony, bo oczywiście były też ładne miejsca i fajne chwile, ale serce jakoś nie
zabiło mocniej. Czasami jest tak, że od pierwszej chwili czuję się w jakimś mieście jak w domu, a
czasami nie, ale zawsze staram się szukać tych dobrych, a nie złych stron. Za pierwszym razem nie
podobał mi się Londyn. Czułam się przytłoczona, trochę przerażona (pewnie też poniekąd dlatego,
że miałam pod opieką poważnie chorego chłopca i jego rodzinę). Po kilku latach udało mi się wrócić,
a dziś to jedna z moich ukochanych europejskich stolic i wracam tam, gdy tylko pojawi się okazja.

 Oprócz zdjęć i wspomnień zbiera pani jakieś nietypowe pamiątki z podróży? 

 Nie lubię sklepów z tradycyjnymi pamiątkami. Jestem minimalistką, nie zbieram przedmiotów
uważanych powszechnie za dekoracyjne. Z podróży przywożę głównie rzeczy praktyczne, coś,
 czego będę mogła używać na co dzień (ceramika, podstawki z korka, czasami ubrania, szale) i te
    przydatne w kuchni - zioła, przyprawy, tradycyjne produkty, nalewki itd. Od czasu do czasu kupuję
    też pocztówki, które wieszam na tablicy korkowej. Największą pamiątką są zdjęcia i wspomnienia.

Wiele osób uważa, że "prawdziwa podróż" to ta z plecakiem, gdzieś daleko.... 

    Pytanie kto może oceniać co jest "prawdziwe" a co nie i co to właściwie znaczy? Owszem, dość
często czuję, że ktoś próbuje dać mi do zrozumienia, że moje "podróże" to żadne "podróże". Nie
uważam się za wyrocznię, super specjalistę w temacie podróżowania. Uważam się natomiast za
   kogoś, kto ma pasję, robi to, co kocha, co sprawia mu przyjemność. Zamiast siedzieć i marudzić
    próbuję łapać chwile, uciekać od monotonii, przełamywać schematy. Nie straszna mi długa podróż
    autokarem, spanie w małym pokoju bez okna, jedzenie soczewicy z puszki na Placu Concorde, ale
   czasami lubię usiąść wygodnie w samolocie, zabrać walizkę zamiast plecaka i pójść do restauracji.

Panuje moda na podróże tak tanie, że najlepiej darmowe.... 

      Hmm, coś w tym jest. Często spotykam się ostatnio z postawą "ruszę w świat z 10$ i udowodnię,
     że się da, bo ktoś mnie nakarmi, ktoś przenocuje, ktoś przewiezie". Cóż. To zupełnie nieznane mi
      podejście. Faktycznie, zdarzy się w drodze, że ktoś okaże bezinteresowną pomoc albo gościnę, ale
       nigdy na to nie liczę i nie traktuję jak czegoś, co mi się należy. Nie wyobrażam sobie zjawienia się w
     czymś domu bez podarunku, gdy ktoś mnie zaprasza do swojego domu jest dla mnie naturalne, że
      w zamian zapłacę za jego obiad w restauracji czy przygotujemy coś wspólnie z zakupów, które
      zrobię. Wychowałam się w rodzinie, w której gościnność była wizytówką. Na odwiedzających
      czekam z posiłkiem, pełną lodówką, zapasem czasu, który będę mogła gościowi poświęcić. Nie
      chciałabym jednak czuć się jak darmowy hostel, dlatego też staram się, aby inni tak się nie czuli.
     Umówmy się, bez pieniędzy pewnie się da, ale też nie dajmy się zwariować. Wolę zobaczyć
       mniej, ale poczuć klimat miejsca, np. przez próbowanie lokalnej kuchni zamiast kabanosów.

Czy znalazła już pani swoje miejsce na zmieni do którego chce pani wrócić?

  Poza Portugalią chciałabym wrócić do Irlandii i na Sycylię. Dobrze się tam czułam. Mam niezbyt
 praktyczną tendencję do wracania w miejsca, które polubię. Gdyby nie to, pewnie moja lista miejsc
odwiedzonych byłaby 3 razy dłuższa. Ale jakie to ma znaczenie? Czy liczy się ilość odhaczonych na
  liście punktów czy chwile, które zostają w nas na zawsze? Kiedy mi tęskno do niektórych krajów czy
ludzi, po prostu wsiadam w samolot i lecę. Jestem w tych kwestiach trochę sentymentalna, to prawda.

A może WY chcielibyście coś wiedzieć, ale dotąd wstydziliście się zapytać? ;)

2014-08-04

Weekend w Łodzi cz. II (niedziela)

Niedziela przywitała nas jeszcze większym upałem niż sobota, chociaż nie sądziłam, że to
jest możliwe (biorąc pod uwagę prognozy, które pokazywały 24*C i ulewy a było ponad
 34*C i pełne słońce). Ale mając wybór i tak wolę gorąc od burzy. Pierwszym punktem na
   naszym planie zwiedzania był Księży Młyn, dawny ogromny zespół fabryk włókienniczych.
  Dawne pomieszczenia mieszkalne dla pracowników fabryk, ze szkołą, szpitalem, sklepem itd.
  tworzą dziś osiedle mieszkalne, aktualnie mocno wspierane pieniędzmi z projektów unijnych, 
   co pozwala na gruntowną rewitalizację tych terenów. Trafiłyśmy na mini-wycieczkę po obiekcie, 
w czasie której zapoznano nas z planami przebudowy i pokazano odnowione już mieszkania.
Dostałyśmy też pamiątkowe koszulki z hasłem "Łódź buduje". Pokręciłyśmy się trochę
 między budynkami, przywitałyśmy ze wszystkimi kotami siedzącymi w oknach, chwilkę
   odpoczęłyśmy pod rozłożystym drzewem i przeszłyśmy do loftów po drugiej stronie ulicy.
Przez chwilę stałam zawstydzona przed gigantycznymi, ceglanymi zabudowaniami, nie 
wiedząc, czy wypada wejść do środka. Zapytałyśmy więc ochroniarzy czy wstęp jest  
legalny i nas wpuścili. Przyznaję, że dawna fabryka Karola Scheiblera robi wrażenie, w
 mojej opinii takie na bezgłośne "wow". Czułam się baaardzo mała widząc to wszystko.
Kiedyś było tu kilka młynów, w tym jeden należący do plebana (stąd nazwa - Księży Młyn),
potem pierwsza tkalnia, po niej duży pożar, aż w końcu pojawił się Karol Scheibler, który nie
  żałował pieniędzy na odbudowę i dalszą rozbudowę terenów fabrycznych. Powstało prawdziwe
miasto w mieście, w którym było wszystko, czego potrzeba do życia. Poza famułami, które 
odwiedziłyśmy na początku (część mieszkalna), znajduje się tu także budynek straży pożarnej,
szpital, szkoła, zieloniutki park ze stawem. Zachwycają duże okna i ciekawe wykończenie.
Postanowiono wykorzystać modę na lofty i stworzono stylowe mieszkania, pięknie 
wkomponowane w postindustrialne otoczenie. Całość wygląda fantastycznie, ale dla 
mnie jest za mało przytulnie :) To jednak mocno surowa architektura. Jeśli jednak ktoś
chciałby tam zamieszkać, to na stronie www inwestycji można znaleźć mnóstwo ofert.
Część budynków nie jest jeszcze wyremontowanych, co tworzy fajny klimat.
Po sąsiedzku znajduje się Muzeum Pałac Herbsta - neorenesansowa willa, która została
    zbudowana dla córki Scheiblera oraz syna Edwarda Herbsta, który był dyrektorem fabryki.
Z okazji urodzin Łodzi wstęp był za darmo, więc weszłyśmy, pomimo, że nie miałyśmy tego
w planach. Wnętrze jest bardzo zdobne i bogate, ale nie do końca w naszym stylu. Bardzo
 dużo wszystkiego - eleganckie pomieszczenia, obrazy, rzeźby, wielkie, kryształowe żyrandole.
  Bardziej urzekł nas ogród, będący cudowną ucieczką od południowego, palącego słońca.
    Chyba niewiele osób wiedziało o darmowym wejściu, bo oprócz nas nie było wielu turystów.
   W jednym z budynków działa Galeria Sztuki Dawnej, ale zrezygnowałyśmy z jej zwiedzania.
  To był moment, gdy zaczęłam fantazjować wyłącznie o zraszaczach ustawionych na ulicy
   Piotrkowskiej i kawie mrożonej. Jak tylko je dopadłam, chlupałam się w wodzie z 15min.
Mokre i zadowolone udałyśmy się OFF Piotrkowska, nazywanego "Najmodniejszym miejscem
  w Łodzi". Jestem skłonna w to uwierzyć, bo prezentuje się świetnie. Znów mamy dawną fabrykę,
 tym razem Ramischa, elegancko odpicowaną i trafiającą w gusta pewnej grupy społecznej. Znam
  takie klimaty z Warszawy, bo wystrój poszczególnych lokali jest tak podobny, że aż się zlewają.
To faktycznie typowe miejsce "modne", w dobrym i złym znaczeniu tego słowa.
W dobrym, bo jest przyjemnie, budynki fajnie komponują się z nowoczesnymi wnętrzami,
  ale z drugiej strony mam wrażenie, że "to wszystko już było". No może poza barem serwującym
    insekty. Przynajmniej z założenia i nazwy, bo na tę chwilę chrupiących owadów tam nie dostaniemy.
 Ogólnie jest miło, pozycje w menu poszczególnych knajp wyglądają zachęcająco, a ceny nie
powodują nerwowego drżenia portfela. Kupiłam smaczny chleb z oliwkami i rozmarynem.
W sobotę odbywał się na terenie OFF mały targ ze slow food, miałam okazję spróbować
pysznego soku naturalnie tłoczonego, z małej tłoczni Vero w Dmosinie. Pyszne i niedrogie.
Fajnie wyglądały widoczne na dole "Bez - krówka lody rzemieślnicze", ale nie próbowałam.
   W ciągu dnia zajęte były jedynie pojedyncze stoliki, nie wie czy to kwestia godziny czy upału.
Z tego co mówiła mi Karolina, OFF zaczyna żyć dopiero późnym wieczorem i tętni życiem do nocy.
W rankingu portalu boredpanda.com przedstawiającym najciekawsze murale pojawiły się
łódzkie łasice z budynku przy ul. Nowomiejskiej. Nie wiedziałam, że są tak ważne, więc
  niechcący ucięłam jedną z nich - tę na dole, leżącą na górze czegoś co wygląda jak orzechy.
   Po ostatnim spacerze po ulicy Piotrkowskiej, trzeba było powoli kierować się w kierunku obiadu
   a potem dworca Kaliska. Weekend minął bardzo szybko i będę go dobrze wspominała. Dziękuję
   za zaproszenie i ciepłe przyjęcie Karolinie a Monice za towarzystwo. Łódź jest ciekawym miastem
    na weekendowy wypad i będę się tego trzymała. Sama na pewno wrócę tam kiedyś raz jeszcze.