2014-09-19

Sielski i pełen słońca weekend w Lublinie

 W Lublinie po raz pierwszy byłam trzy lata temu na Jarmarku Jagiellońskim. Było to wydarzenie
 na wysokim poziomie, międzykulturowe, które bardzo przypadło mi do gustu. Bawiłam się świetnie.
  Od tego czasu myślałam o powrocie, aby zobaczyć Stare Miasto niezastawione stoiskami i budkami
  z rękodziełem i smakołykami z różnych wschodnich regionów, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie.
 W sierpniu otrzymałam zaproszenie od hotelu Mercure Lublin Centrum, który zaproponował 
   mi weekendowy pobyt z prośbą o wyrażenie opinii na temat standardu obiektu i jakości usług,
  jakie świadczy. Zgodziłam się od razu, bo miałam wielką ochotę na taki wczesnojesienny wypad.
  Podobała mi się bardzo kampania Lubelskie - Smakuj Życie! skupiająca się na prostych 
szczegółach codzienności. "Chwilo Trwaj!" jedno z haseł kampanii, idealnie opisuje moje 
 myśli z minionego weekendu. Było spokojnie, nieśpiesznie, słonecznie i bardzo nastrojowo.
 Do Lublina przyjechałyśmy w sobotę rano i pierwsze kroki skierowałyśmy na Stare Miasto, aby
  zjeść śniadanie. Ktoś mi polecił racuchy z jabłkami na rynku i był to strzał w dziesiątkę. Smakowite,
  świeże, robione na miejscu z lokalnych jabłek, serwowane z gęstą śmietaną. Województwo lubelskie
 jest jabłkowym zagłębiem, a w związku z rosyjskim embargo na te owoce, władze mocno zachęcają
do ich jedzenia. Dania główne i desery z jabłkami a także tłoczone soki z pobliskich wytwórni można
 kupić na każdym kroku, często z rabatem. Niektóre restauracje kupują duże ilości jabłek i rozdają je
swoim klientom. Promowany jest także cydr. We wspólnocie siła, wielu producentów jabłek twierdzi,
że od czasu medialnego szumu, zamówienia na terenie Polski uległy gwałtownemu wzrostowi. Super!
Racuchy były bardzo sycące, zjadłyśmy po pół porcji i uznałyśmy, że czas na spacer do
hotelu. Mercure Lublin Centrum położony jest niecałe 2km piechotą od Starego Miasta i
 to wyjątkowo prostą drogą - słynnym Krakowskim Przedmieściem przechodzącym w Aleje 
Racławickie. Przyjemny, biały budynek hotelu usytuowany jest za drzewami, pod numerem 12.
 W bezpośrednim sąsiedztwie hotelu znajduje się ogromny, piękny Ogród Saski. Miejsce idealne,
by w wolnej chwili zabrać książkę, usiąść na ławce koło fontanny i poczytać. Ja tak zrobiłam! 
Białe ławeczki, klomby z różami, pierwsze spadające kasztany i żółto-czerwone liście. Babie 
lato w najlepszej odsłonie. Kwaterowanie przebiegło sprawnie i w przyjaznej atmosferze, po
niespełna 5 minutach weszłyśmy do naszego pokoju superior. Spodobała mi się kolorystyka,
ciepłe połączenie beżu, bieli i fioletu. Wyposażenie satysfakcjonujące - duża szafa z półkami,
wieszakami, lustrem. Toaletka, krzesła, czajnik, filiżanki, kawa, herbata. Czyściutka łazienka.
Po szybkim prysznicu wróciłyśmy na Stare Miasto, by na spokojnie pozwiedzać. Na
  początek - Wieża Trynitarska, z przepiękną panoramą Lublina (na pierwszym zdjęciu).
 Potem ulica Grodzka, popularna i pięknie zachowana, z licznymi kawiarniami i restauracjami.
Zaglądałyśmy w każdą odchodzącą od niej uliczkę, we wszystkie małe podwórka i bramy.
Trafiłam na wyjątkowo malowniczy zakątek, ze schodami otoczonymi zielenią. Biegała tam 
grupka maluchów i gdy próbowałam zrobić zdjęcie, jedna z dziewczynek spytała, czy mogę 
  ją sfotografować. Śliczna blondyneczka, z radosnymi, ufnymi oczami. Zaczęła pozować przed
 obiektywem, najpierw sama, potem z młodszym, około 5-letnim bratem. Wspaniałe dzieciaki,
  a dla mnie wyjątkowo przyjemna chwila. Zachowam te zdjęcia i wspomnienie już na zawsze.
 Bardzo chciałam spróbować pierogów z kaszą gryczaną i białym twarogiem. Zamówiłyśmy
 jedną porcję do podziału. Smażone, pachnące i ... ku mojemu zaskoczeniu, słodkie! Byłam
  pewna, że będzie to wersja wytrawna. Smakowało poprawnie, ale liczyłam na coś słonego.
Widziałam w jednej z gazet reportaż śladami lubelskich Żydów, potem mapkę wycieczki z 
  ulicami Podwale, Lubartowską, Szkolną, Bramą Grodzką i wieloma innymi miejscami. Ja nie 
szłam tym szlakiem, ale myślę, że warto wiedzieć, jeśli kogoś tematyka interesuje. Kilka osób 
 polecało mi też Żydowską restaurację Mandragora (Rynek 9), ale miałam inne plany kulinarne.
    Lublin jest dość skromnym miastem, jego urok nie jest tak oczywisty jak np. Wrocławia czy 
 Krakowa, ale ma w sobie coś, co nie pozwala go zapomnieć. Większy spokój, wschodnią
  duszę, daje szansę na odetchnięcie od intensywnej codzienności. Momentami artystyczne,
   a przy tym naprawdę przyjazne dla turystów. Wszędzie jest blisko, można przemieszczać się 
    bez konieczności korzystania z miejskiej komunikacji. O tej porze roku jest bardzo zielono.
 Jak zawsze chodziłam i szukałam miejsc zagubionych w czasie, trochę zapomnianych, zawsze
     pomijanych przez przewodniki. Prawdziwych, klimatycznych, podkreślających charakter miasta.
  Wąskie przejścia, małe balkony pełne kwiatów, suszące się pranie, koty patrzące na mnie z góry.
 Całe popołudnie zwiedzałyśmy Starówkę i okolicę, aż w końcu dopadł nas głód. Było mi miło,
 gdyż Mercure Lublin Centrum zaprosił nas na kolację do hotelowej restauracji Winestone :)
 W karcie jest kilkanaście pozycji, ceny nie są wygórowane. Zaczęłyśmy od kieliszka białego,
schłodzonego wina, następnie zamówiłyśmy dwie sałaty (moja z grillowanym kozim serem z 
 dodatkiem pieczonych ziemniaków była znakomita!) i deskę wspaniałych, wyrazistych serów.
  Kolacja była lekka, ale sycąca, dania ładnie podane, a na nasz stół trafiły w niespełna 10 minut 
  po złożeniu zamówienia. Pan, który nas obsługiwał, był miły i bardzo pomocny. Późnym wieczorem
  udało mi się jeszcze spotkać z Marleną, Czytelniczką bloga i było to znakomite zakończenie dnia.
Szybko okazało się, że nadajemy na podobnych falach, mamy wiele wspólnych poglądów i pasji.
  W niedzielę postanowiłam pospać do 9, tym bardziej, że łóżko było twarde i bardzo wygodne.
Małe, weekendowe szaleństwo. Na śniadanie zeszłyśmy przed 10 i było ono dla mnie dużą,
pozytywną niespodzianką. W hotelach sieciowych sypiam rzadko, zazwyczaj śniadanie jem poza 
obiektem w którym nocuję, więc ogromny wybór wszystkiego bardzo sobie chwalę. Były świeże
oraz suszone owoce, warzywa, konfitury, miód, Nutella, różne rodzaje płatków, sery żółte i biały,
dla chętnych wędliny, kiełbaski, jajecznica, naleśniki na ciepło. Mnie najbardziej uradował widok
szczypiorku, który w ostatnich czasach mogę jeść w ilościach nieograniczonych. Do tego kawa,
kilka różnych herbat, soki, woda. Po raz kolejny w ten weekend wyszłam najedzona i radosna :)
Niedziela zapowiadała się aktywnie. Województwo lubelskie obfituje w atrakcje, więc spokojnie
 można zobaczyć przynajmniej 2-3 miasta lub miasteczka w dwa dni. Pobyt w Lublinie łączymy np.
z Zamościem i pobliskim Zwierzyńcem albo z Nałęczowem i Kazimierzem Dolnym. Można też się
wybrać do Janowa Podlaskiego czy spędzić więcej czasu w Roztoczańskim Parku Narodowym.
Po wykwaterowaniu i podziękowaniu za miły pobyt, ruszyłyśmy spacerem na Dworzec Główny
PKP oddalony od hotelu o niecałe 3 km. Przedpołudnie było ciche, ciepłe i bardzo słoneczne.
Zdecydowałyśmy się resztę dnia spędzić w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą, gdyż moja osoba
towarzysząca nigdy wcześniej tam nie była. Z Lublina jechałyśmy tam niewiele ponad godzinę.
Na start - wizyta w Herbaciarni u Dziwisza, do której wiele lat temu chodziłam w czasie ferii
zimowych. Pamiętam chłodne dni, śnieżyce i kojący zapach ciepłych, parujących naparów.
Tym razem było zbyt gorąco, skusiłam się więc jedynie na lekką tartę z owocami leśnymi.
 W wiosenne, letnie i jesienne weekendy Kazimierz Dolny jest zatłoczony i tak też było tym
    razem. Większość turystów skupia się jednak wokół rynku i na deptaku nad Wisłą, wystarczy 
 więc wejść w jedną z bocznych uliczek, by szybko uciec od zgiełku. W niektórych miejscach
   powietrze jest czyste i cudownie rześkie a dookoła nie ma nawet jednej osoby. Jest wspaniale.
 Spędziłyśmy w miasteczku kilka godzin, udało mi się nawet spotkać z mieszkającą w okolicy 
znajomą i Jej małym synkiem. Spacerowaliśmy cichymi trasami, unikając najgłośniejszych 
placyków i alejek. Żar lał się z nieba i aż ciężko było uwierzyć, że to już połowa września.
Odpoczęłam i bardzo się zrelaksowałam. Województwo lubelskie jest piękne, widoki za 
 oknem autobusu uspokajają. To był jeden z weekendów idealnych, dobrze wykorzystanych.

Dziękuję za zaproszenie hotelowi Mercure Lublin Centrum - było fantastycznie!

2014-09-17

Szkocja 2014

      Pamiętacie na pewno mój zeszłoroczny, krótki wyjazd do Szkocji. Spędziłam tam urodziny,
    sama ze sobą :) Lubię od czasu do czasu wyjechać gdzieś bez żadnego towarzystwa, aby
     zastanowić się nad różnymi kwestiami, uważniej poobserwować siebie i otoczenie. Kilka 
     dni wystarczyło, żeby Szkocja skradła moje serce. Wyjeżdżając odczuwałam niedosyt, bo
       można w tej cudnej krainie spędzić długie tygodnie i nie nudzić się wcale. Relacje przypadły
       Wam do gustu, zawsze miały dużo wejść i pozytywnych komentarzy. Ja ciągle żałowałam, że
        przez awarię samochodu nie pojechałam nad Loch Ness, że miałam mało czasu w Edynburgu.

        W styczniu pojawił się bilet do Glasgow za 98zł, na niemalże ten sam termin. Kupiłam od razu,
           tym razem na tydzień. Po 2 miesiącach zgłosił się ktoś, kto chciał lecieć ze mną. Dokupiłyśmy 
        bilet i już w piątek ruszamy! Nie mogę się doczekać, od kilku tygodni żyję tylko wizją wyjazdu.

      Spędzimy 1 dzień w Glasgow, 4 dni w Edynburgu, 1 dzień nad Loch Ness i 1 dzień jeszcze w 
       fazie planów. Będę mogła błąkać się bez końca, podziwiać, cieszyć się, moknąć... Nie straszne
         mi deszcze i niepogoda - płaszczyk i parasolka już czekają na spakowanie :)  Przez miniony rok
        dużo czytałam o Szkocji, jej historii, zabytkach. Oglądałam filmy dokumentalne i nie tylko, więc
        jestem bogatsza o cenną wiedzę, której rok temu nie miałam, przez co ominęłam wiele ciekawych
         miejsc. Znowu zabraknie nam dni na Isle of Skye i północ, ale trudno, nie ma tego złego... Będzie
        powód, żeby wrócić tam ponownie! Po powrocie na pewno będę miała dużo do opowiedzenia!
      
  Postaram się nadawać na żywo przez Facebooka :)

2014-09-11

Toruńska Starówka. Prawie jak z bajki

  W Toruniu po raz pierwszy byłam 3 lata temu i zakochałam się od pierwszego wejrzenia.
 Uważam, że Starówka w tym mieście należy do najpiękniejszych w Polsce. Jest fantastyczna.
 Ma różne oblicza, ale dziś chciałabym się skupić na tym, które lubię najbardziej - bajkowym.
  Czerwona cegła przełamana pastelowymi odcieniami kamienic, ozdobiona zielenią i kwiatami.
   Gdzie nie spojrzeć - pies albo kot, leniwie wygrzewające się na słońcu. Pełen turystów Rynek,
    a obok puste i spokojne boczne uliczki i światło rzucające tajemnicze cienie na obdrapane mury.
 Poukrywane w zaułkach sklepiki z najsławniejszym przysmakiem - piernikami na wiele sposobów.
 Błądząc bez mapy po Starym Mieście szukam zawsze detali i niespodziewanych atrakcji.
 Uwielbiam małe, ceramiczne ludziki na które łatwo trafić obserwując uważnie otoczenie.
Kolorowe figurki możemy znaleźć w kilku miejscach. Są mieszczanie schowani w niszach
 muru na ulicy Podmurnej, są aniołki na ulicy Szczytnej, są też czytelnicy siedzący w oknach.
Warto rozejrzeć się za nimi samodzielnie, wiele razy potrafią pozytywnie zaskoczyć. Są one 
turystyczną atrakcją, na nieco mniejszą skalę niż wrocławskie krasnale, ale równie przyjemną.
  Lubię nieśpiesznie spacerować, podziwiać kształty i odcienie budynków, radosne murale.
  Zabytków w Toruniu jest dużo (Ratusz Staromiejski, Dom Mikołaja Kopernika, Dwór Artusa,
Bramy do miasta, Krzywa Wieża, Katedra, kościoły i inne), ale zawsze trzeba znaleźć czas na 
 zwykłe życie ulicy, na obserwowanie mieszkańców, dzieci bawiących się na małych podwórkach.
Jest w Toruniu coś magicznego, coś ulotnego, coś co trzeba poczuć, bo trudno to opisać.
Jest w Toruniu cukiernio-lodziarnia Lenkiewicza. Istniejąca od 1945 roku firma ma w
  ofercie lody, po które niektórzy potrafią stać pół godziny w kolejce - ja też należę do tej
 grupy, będę stała zawsze, nawet w deszczu, bo są wyśmienite a stosunek jakości do ceny 
   jest genialny. Przy stoliku można zamówić tez smaczną kawę i bardzo dobre, niedrogie ciasta.

W czasie naszej wizyty w te wakacje kościół Św. Trójcy na Rynku Nowomiejskim otoczyły...
 ptaki, latając dookoła wieży w tę i z powrotem jak szalone. Widok wspaniały i zachwycający.
Jak dobrze się człowiek rozejrzy to ptaka i na błękitnej ścianie pracowni artystycznej znajdzie.
Miałam kupiony bilet za 4zł do Torunia na czerwiec, ale niestety przegrałam z budzikiem. Bardzo
 długo żałowałam, że nie zmusiłam się by wstać i nie pojechałam. W sierpniu znalazłam wcześniej
 zapomniane 40zł  i postanowiłam wydać je na dobry cel, czyli na spontaniczny bilet do Torunia :)
  Było pięknie i klimatycznie jak zwykle. Trochę słońca, trochę deszczu, pyszne jedzenie i ta
  soczysta, letnia zieleń. Kilka niespodzianek, bajkowa atmosfera i masa dobrych wspomnień. 

A Wy, jakie oblicze Torunia lubicie najbardziej?

2014-09-08

Tallin, pastelowe miasto cz II

  Chętnie wracam wspomnieniami do majowego pobytu w Tallinie. Było spokojnie,
relaksująco. Są wyjazdy pełne wrażeń i te powolne, kiedy nikt się nie śpieszy. 
 W poprzednim wpisie Tallin - pastelowa stolica Estonii pokazałam Wam już sporo zdjęć,
ale ciągle odczuwałam niedosyt. Miasto ma wspaniały klimat, który stałam się oddać jak
 najpełniej, ale wiem, że fotografie nigdy nie będą rzeczywistością. W czasie jednego ze
spacerów trafiłyśmy na małą, urokliwą uliczkę Katariina Käik (na pierwszym zdjęciu). To
  właściwie bardzo wąskie przejście pomiędzy kamiennymi ścianami, które łatwo ominąć.
Zobaczyłyśmy tam miłą włoską restaurację Controvento, z kilkoma stolikami wystawionymi
na zewnątrz. Pięknie pachniało, a jedzenie na talerzach wyglądało fantastycznie. Dodatkową
zachętą był fakt, że jadły tam dwie miejscowe rodziny. Nie jest to miejsce szczególnie tanie,
ale warte wg mnie swojej ceny. Zamówiłyśmy ravioli z dynią i risotto z truflą. Przepyszne!
Poza restauracją w pasażu Św. Katarzyny znajduje się też kilka sklepów z rękodziełem,
 pamiątkami, ceramiką. Wygląda przepięknie o każdej porze dnia, szczególnie po południu.
Na Starym Mieście podobała mi się konsekwencja kolorystyczna, jedność stylu. Widać, że
ktoś pilnuje, żeby nie pozwolić na zbyt dużą improwizację. Wszystko tam do siebie pasuje. 
 Zazwyczaj muszę się naszukać, by zestawić zdjęcia, w przypadku Tallina nie miałam problemów.
Nie wiem jak jest w środku sezonu, ale pod koniec maja nie było wielu turystów.
 Tym Starówka różniła się np. od tej w Pradze, wypchanej po brzegi tłumem spragnionych
 wrażeń przyjezdnych. Mi to odpowiadało, bo mogłam gubić się do woli w gąszczu uliczek.
W wielu z nich nie spotykałam nikogo, czasem pojedyncze osoby, zwykle pracujące w
sklepach, wychodzące na zewnątrz na papierosa lub krótką rozmowę. Bez pośpiechu. 
Uwielbiam te ciepłe, pastelowe zakamarki, okraszone świeżą, wiosenną zielenią. 
Z naszego hostelu w niespełna 10 minut można było dotrzeć do portu, gdzie za każdym
razem spotykałyśmy wielu młodych ludzi - jedni na randkach, inni na piwie, niektórzy
 organizujący sobie pikniki na kocu. Ktoś łowił ryby, grupka młodzieży czekała na prom.
Były też mewy, pięknie prezentujące się na tle wieczornego, fioletowego nieba. 
Taka dziś mała dawka wspomnień z Tallina. Mam nadzieję, że się Wam podobało :)