2014-10-28

Dean Village. Mniej znane oblicze Edynburga

    To jedno z tych miejsc, o istnieniu których nie miałam pojęcia będąc rok temu w Edynburgu.
   Dowiedziałam się o nim zresztą w dość pokrętny sposób: szukając filmów z tym miastem w
    tle, trafiłam na wesoły (ale kiczowaty) musical "Sunshine on Leith". Dowiedziałam się z niego
 o portowej dzielnicy Leith i zaczęłam szukać jej w Google. W międzyczasie trafiłam na info
     o malowniczej rzece Water of Leith, która przepływa przez uroczą dzielnicę Dean Village.....
  Położona jest ona w północno-zachodniej części Edynburga, dosłownie kilkaset metrów od
   ulicy, na której spałam w 2013 :) Stałam nawet na moście, z którego widać zabudowania, ale
  spojrzałam w przeciwną stronę... Tak to już bywa. Dla Dean Village warto było tam wrócić!
Tym razem też nie było lekko. Poszłyśmy bez mapy i przeszłyśmy kilka przecznic za daleko.
Nie ma jednak tego złego, bo znalazłyśmy kilka pięknych zakątków. Idąc Quensferry Road
skręciłyśmy w elegancką Belgrave Cres., przy której znajduje się piękny, prywatny park. Na
każdym kroku spotykałyśmy znaki "This is a neighbourhood watch area", więc czułyśmy się
baaaaardzo bezpiecznie :) Doszłyśmy do Buckingham Terrace i stanęłam jak wryta, gdy w 
oddali zobaczyłam budynek szkoły Fettes College. Nawet Hoghwarts może się zawstydzić.
  Swoją drogą warto przejść się w jego kierunku, ponieważ w pobliżu znajduje się duży park 
Inverleith oraz Ogród Botaniczny, o którym napiszę przy innej okazji. Wróciłyśmy na ulicę 
 Queensferry i przy kościele skręciłyśmy w Dean Path, która prowadzi do serca Dean Village.
Po prawej stronie znajduje się kameralny cmentarz Dean Cementery, również należący do
    strefy sąsiedzkiej obserwacji :) Jakaś pani zza jasnej zasłonki kontrolowała każdy nasz krok.
Nie spacerowałyśmy po cmentarzu długo, ale muszę przyznać, że podobał mi się bardzo.
Droga prowadzi w dół, im dalej, tym robi się chłodniej, przyjemniej i bardziej rześko. 
  Spowodowane jest to bliskością Water of Leith, otoczonej mnóstwem soczystej zieleni. 
To jedno z najlepszych odkryć w Edynburgu. Warto przed wyjazdem przeanalizować mapę trasy
  spacerowej Water of Leith Walkway i sprawdzić, czy wszystkie odcinki są w danej chwili otwarte.
Wikipedia podaje, że nazwa Dean Village pochodzi od Dane oznaczającego Głęboka Dolina.
    Kiedyś było osobną osadą, w której znajdowały się młyny, dziś jest po prostu częścią Edynburga.
Zabudowania tworzą cudowny, sielski klimat w środku dużego miasta.
  Co ważne, to idealne miejsce na ucieczkę od zgiełku Princess Street czy The Royal Mile. Byłyśmy
 tu w weekend, gdy centrum pękało od natłoku mieszkańców i turystów, a tutaj spotkałyśmy tylko
 kilka osób w czasie kilku godzin. Teren nie jest duży, ale spacery przeplatałyśmy z odpoczynkiem.
Wspaniale było siedzieć pod drzewkiem, wsłuchiwać się w śpiew ptaków i szum Water of Leith.
Tego dnia było naprawdę bardzo ciepło, więc dodatkowo mogłyśmy odetchnąć lekkim chłodem.
 Wybudowany w 1886 roku budynek Well Court jest dla mnie absolutnie zachwycający.
 Tak, mogłabym tu mieszkać, ale nie mam pojęcia, ile to kosztuje. Pocieszam się myślę, że
   można wynająć w okolicy pokój na czas pobytu w mieście. Ofertę znajdziecie pod linkiem.
 Cena nawet nie wydaje się szokująca. Wiem, że do Edynburga kiedyś wrócę i myślę, że 
chętnie zatrzymam się właśnie tam, bo jest przepięknie i nastrojowo, a przy tym blisko do
wszystkich głównych atrakcji miasta. Zresztą, znacie już mój gust, nie muszę się tłumaczyć :)
Warto trochę pokręcić się po sąsiednich uliczkach. Mnóstwo detali, subtelne kolory.
     Jak miło, że niektórzy lubią "pokolorować" nawet zwykły budynek.
    Bloki i domki w dzielnicy różnią się między sobą stylem architektonicznym, ale tworzą fajną całość.
Poniżej: widok na Dean Village z mostu. Rok temu spojrzałam na drugą stronę, gdzie widać
wyłącznie drzewa. Tym razem patrzyłam już tam, gdzie powinnam. Polecam Wam też cudne
zdjęcia Dean Village w ostatniej relacji na  Duże Podróże - Sekretne Miejsca w Edynburgu.
  Poniżej zarys trasy naszego spaceru. Można tam spędzić nawet cały dzień, spacerując wzdłuż
    rzeki, odwiedzając Galerię Sztuki Nowoczesnej, Ogród Botaniczny, West End i wiele innych.
  Mam wielką nadzieję, że pójdziecie tam w czasie wizyty w Edynburgu! Podoba się Wam?

2014-10-23

Czy Bergamo jest drogie?

Jeszcze przed wylotem do Bergamo kilka osób pytało, gdzie będę spała a
 zaraz po powrocie pojawiły się pytania o ceny i koszty utrzymania na miejscu.
 Sztandarowe pytanie zazwyczaj brzmi "czy tam jest tanio czy jednak drogo?"
  Mam problem z udzielaniem odpowiedzi, ponieważ to zależy, kto co / gdzie 
    planuje kupować a poza tym, dla każdego "tani" i "drogi" może oznaczać coś
  innego. Wg mnie ceny są przeciętnie europejskie, nie wiem natomiast jak się
     one mają do innych miast Włoch kontynentalnych, bo byłam tylko w Rzymie, który 
     wydaje mi się nieco droższy i w Mediolanie, z którego cen kompletnie nie pamiętam. 
      Przelot samolotem można kupić już od 78 zł w dwie strony, nasz był nieznacznie droższy,
      kupiony z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, więc był czas, by odłożyć na inne wydatki.
    Lądowałyśmy w piątek o 8 rano, a wylot był w niedzielę o 8.40, więc miałyśmy 2 pełne
     dni i poranek na lotnisku. Miałam ze sobą równo 130 EUR, które wydałam w całości na:

       * 2 noce w skromnej kwaterze w Dolnym Mieście (41 EUR za 1 os w pokoju 2os)
* podatek miejski (4EUR -> 2 noce x 2 EUR/1os)
* bilet ATB 72h na autobusy (w tym 1A z lotniska!) i kolejki funicolare (7 EUR)*
    * 2 wizyty w restauracji w Bergamo (Stare Miasto, lokal z polecenia Marty) - raz zamówiłyśmy
      do podziału pizzę i sałatkę caprese oraz mały dzbanek wina, za drugim razem wzięłyśmy na pół
      carpacio z łososia i miecznika, chleb z oliwą, wino + po porcji  ravioli, wszystko 25 EUR/1os)
* bilet kolejowy w dwie strony do miasteczka Lecco (7 EUR/1 os) 
   * wizytę w pizzerii w Lecco (po jednej pizzy + wino do podziału 8 EUR/1os)
   * kawiarnia: 3 cappucino, 2 espresso, rogalik z kremem, 2 kulki loda, sorbet na patyku (15 EUR/1os)
   * piekarnia: rogalik, mini focaccia, ciastko z migdałami, mała polentina co podziału (6 EUR/1os)
  * sklep - wędzone serki, 0.5kg winogron rodzynkowych, wino musujące, oliwki (5 EUR/1os)
* włoską kafetierę 1 -osobową do zabrania do domu, w zwykłym sklepie (5 EUR)
* kawę, rogalika, dużą i świeżą kanapkę na lotnisku (7 EUR)

* bilet na 1 przejazd kosztuje 2,20EUR, na 24h 5EUR, a na 72h tylko 7EUR
  Dużo to czy mało? Oceńcie sami. Mogłam wydać mniej, mogłam wydać więcej, ale udało
mi się zamknąć w planowanym budżecie bez żałowania sobie na cokolwiek. Oczywiście
  najwięcej można zaoszczędzić na jedzeniu, ale to jest ostatnia rzecz, na jaką bym żałowała.
  Jeśli jednak ktoś chce oszczędzić i wybiera zakupy w sklepie, to warto wiedzieć, że jest ich
 bardzo mało, więc warto zrobić większe w sporym sklepie przy lotnisku. My raz byłyśmy w
    jedynym większym sklepie jaki mijałyśmy, niedaleko noclegu - CONAD / Via Garibaldi 7. Dla
     chętnych jest też Mc Donald's czy pizza w kawałkach. Można zabrać jedzenie z Polski i spać 
    na lotnisku... Ile osób, tyle pomysłów, dlatego nie lubię mówić czy coś jest tanie czy drogie. Dla
     mnie było dokładnie tak, jak się spodziewałam. Gdybym była 3 dni, pewnie bym kupiła to samo,
        ale rozłożone na trochę więcej czasu (i nie wróciła tak przejedzona) i cenowo wyszłoby podobnie.

2014-10-20

Miasto na weekend - włoskie Bergamo

        W ten weekend udało mi się zrealizować kolejne marzenie z Listy Marzeń - wizyta w Bergamo.
        To włoskie miasteczko "prześladowało" mnie od dawna, a droga do niego była długa i wyboista.
         Warto było czekać, bo okazało się wspanialsze niż sądziłam. Magiczne, kolorowe i pełne słońca. 

   Jaki był ten krótki wyjazd? W wielkim skrócie minął nam na ..... 
 ... jedzeniu włoskich lodów i spacerowaniu wąskimi uliczkami Città Alta (często!)
... nielicznych wędrówkach nowszą, dolną częścią Città Bassa
... podziwianiu donic, kwiatów, rabatek - kwitnących jakby było lato 
... wchodzeniu pod stromą górę w palącym słońcu i schodzeniu w dół w rześkim chłodzie
       ... wypatrywaniu owoców na drzewach (widziałyśmy m.in. cytryny, kaki, kiwi, granaty i inne) 
...  zastanawianiu się, co to właściwie za roślina / krzak / drzewo - dużo nowości! Kto wie co to?!
 ... cieszeniu oczu barwami jesieni i ostatnimi w tym roku promieniami światła i ciepła 
... rozpaczliwym szukaniu cienia, gdy robiło się naprawdę gorąco 
... pochłanianiu ogromnych ilości kalorii (głównie z węglowodanów) i popijaniu ich winem
      ... próbowaniu słodyczy - polenta e osei jest ble, za to ciambelle alle mandorle było pycha!
... uciekaniu z Città Alta w miejsca zupełnie pozbawione turystów (bardzo często!!!)
... jeżdżeniu w górę i w dół stromymi kolejkami funicolare, skoro już "zapłacone jest" ;) 
... zachwycaniu się wszechobecnymi pastelami i spokojnym życiem 
... liczeniu skuterów, zaparkowanych dosłownie wszędzie 
... nadużywaniu zwrotów "jak tu pięknie", "jakie to piękne" i ich pochodnych 
.... błądzeniu po miejscowości Lecco i wdychaniu świeżego zapachu jeziora Como 
... piciu kawy - mocnej i aromatycznej, bo dobra kawa nigdy nie jest zła!

  Było cudownie - nie za długo, nie za krótko, jak w sam raz. Idealny city-break dla każdego!

2014-10-16

Wspomnienie lata - upalne popołudnie we Wrocławiu

   Jesień się skrada, po cichu, na palcach, jakby niezauważona. Wciąż ciepłe dni, ciągle słońce świeci,
   chociaż wcześnie zapadająca ciemność sugeruje, że coś się zmienia. Cieszę się tym, co za oknem, bo
     wiem, że to ostatnie chwile kolorów i pozytywnej, radosnej aury. Wkrótce nastanie epoka szarości...
     Gdy będzie już zimno, ponuro i źle, wejdę pod koc, odpalę laptopa i zajrzę na swojego bloga :)
      Przeniosę się myślami i wspomnieniami do dni upalnych, rozkosznych i leniwych, do drżącego od
       gorąca i pyłu miejskiego powietrza, do umęczonych niekończącymi się spacerami stóp, do letniej
        sukienki klejącej się do pleców. Zatęsknię za wakacjami i za pewnym sierpniowym weekendem.
 To był bardzo intensywny wypad do Wrocławia. Udało mi się nawet na szybko spotkać z Emilią, 
tancerką flamenco, bohaterką mojego ostatniego wywiadu. Kawa i francuskie śniadanie, świeże
  croissanty, słodka konfitura i zapach jajecznicy ze stolika obok. Poważne rozmowy o przyszłości,
     zupełnie niepoważne o etapie życia, na którym teraz jesteśmy. Westchniecie nad tym, co już za nami.
Na wyjeździe byłam z osobą, dla której to była pierwsza wizyta we Wrocławiu, więc chciałam
pokazać możliwie jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, bo miałyśmy tylko jeden dzień, nim 
wieczorem uciekniemy do mojego Taty na wieś, zaszyjemy się na tarasie, rozpalimy grilla i nic 
  nie będziemy musiały. Plany miałam ambitne, listę miejsc do zobaczenia, ale spłonęły one szybko.
   Dosłownie płonęły, żywym ogniem, w 30*C. Hot town, summer in the city, po raz kolejny.
  Już w czasie śniadania zaczęłam się topić razem z masłem rozsmarowanym na rogaliku. Ufff. A
  miało być tylko gorzej ;) Nie narzekałyśmy, ale sił chwilami brakowało, by iść dalej w palącym
słońcu. W czasie wizyty na Ostrowie Tumskim uznałyśmy, że dobrym pomysłem będzie rejs.
 W sezonie jest ich kilka, do wyboru do koloru. My zdecydowałyśmy się na taki trwający około 
godziny, na niewielkim stateczku z zakrytym dachem (niektóre były odkryte - nie próbuję sobie
nawet wyobrażać jakby to się skończyło w taką pogodę). Było bardzo przyjemnie i .. sennie. 
Cień, bujanie, dużo zieleni dookoła wystarczyło, żebyśmy zeszły z pokładu na miękkich 
nogach, marząc o kanapie pod wielkim drzewem, pełnej miękkich, kolorowych poduszek. 
Do pionu postawiła nas puszka zimnego picia i kolejny punkt wycieczki : Hala Targowa na ulicy
   Piaskowej 17. La Boqueria to nie jest, bardziej przypomina Wielką Halę Targową w Budapeszcie,
    chociaż ja jestem daleka od porównań. Hala Wrocławska jest Wrocławska i tyle. Fajna po swojemu.
Nie jest duża, ale smaczna i owszem. Jest nabiał, są wędliny, zioła, przyprawy, herbaty, ciastka.
A przede wszystkim owoce i warzywa, naprawdę wspaniałej jakości i w nie najgorszych cenach.
 Trafiłyśmy akurat na początek II sezonu truskawek - tych wczesnojesiennych, mniejszych, nieco
 poziomkowych w smaku. Bardziej bladych, ale obłędnych w smaku. Do tego borówki-giganty.
Są też kwiaty świeże i sztuczne, artykuły gospodarstwa domowego, różne drobiazgi. Wszystko.
Kupiłyśmy całą siatę słodkich owoców, siedziałyśmy na ławce, płukałyśmy wodą z butelki i tak
 wcinałyśmy, że aż się nam uszy trzęsły. Kartka z planem zwiedzania gdzieś się zapodziała, ale to 
 już nie miało większego znaczenia. Lenistwo doskonałe, chwila idealna. Kocham takie momenty.
    Po dłuższym odpoczynku ruszyłyśmy spacerem w kierunku Szewskiej, gdzie planowałyśmy obiad...

c.d.n.