Najnowsze wpisy

21.8.17

Wesele nad Bugiem

Współczesną historię mojej rodziny można uznać za dość poplątaną. Działo się i zmieniało dużo, na nudę raczej narzekać nie mogłam. Z tego powodu też moje życie dzieli się na różne etapy, z których jedne są już zamknięte, a inne nachodzą wciąż na siebie. Niewiele osób wie, że moje lata nastoletnie są mocno związane z okolicami Węgrowa, gdzie pomieszkiwałam weekendowo i bywałam bardzo często. 
Trwało to dość długo, ale pewnego dnia się skończyło. Pewne rzeczy w życiu dzieją się poza nami i nie na wszystko mamy wpływ. Z perspektywy wszystko wygląda nieco inaczej niż wtedy, gdy człowiek jest nastolatkiem. Tamte lata wspominam dobrze i zdarza mi się do nich wracać myślami. Lata beztroski i poznawania świata.
Wiele znajomości z tamtych czasów miało na mnie duży wpływ i czasem do nich tęsknię. To irracjonalne bo jesteśmy zupełnie innymi ludźmi niż byliśmy wtedy i dziś już nic by nie było nawet podobne. Cóż jednak poradzę, że czasem budzi się we mnie taka sentymentalna żaba, która lubi powspominać ogniska przy kolejowych torach, spotkania w starym garażu, godziny przegadane o złamanych sercach i siedzenie w parku do ciemnej nocy. 
Wspomnienia są już mocno wyblakłe, dawni znajomi dorośli i założyli rodziny, wielu z nich wyprowadziło się nawet z Polski. Nie utrzymujemy kontaktu, chociaż zdarza mi się zadać sobie pytanie co u nich słychać. Inaczej mają się kwestie rodzinne, bo z tamtych czasów mam siostrę i brata, którzy są wciąż w moim życiu obecni. 
W miniony weekend mój brat pojął za żonę piękną dziewczynę, moją imienniczkę (ha, mamy teraz dwie Agnieszki Kuczyńskie!). Mój mały brat, który we wspomnieniach ma 5 lat, czapę z blond włosów i wielkie ciemne oczy patrzące figlarnie na wszystko dookoła. Teraz to już poważny kawaler, niewiele zresztą młodszy ode mnie.
Wesele odbywało się w miejscu, w którym kilka razy spędzaliśmy wakacje będąc jeszcze dziećmi. Dwa razy pod namiotami po drugiej stronie Bugu, na środku pozbawionej drzew łąki, w jedne z najbardziej upalnych wakacji tamtych lat. Żar lał się z nieba, my siedzieliśmy w wodzie po pachy ignorując nawet towarzystwo pijawek (kto by się nimi przejmował, gdy na lądzie nie dało się z gorąca oddychać?), a wieczorem zaczynaliśmy normalnie funkcjonować. Później jeździliśmy już do ośrodka z murowanymi domkami. Były skromne jak nie wiem co, do wspólnej toalety się biegło z nadzieją, że któraś będzie wolna, po ścianach łaziły wielkie pająki, ale było fajnie! Mnóstwo dzieci, wieczorne dyskoteki i sklepik, który zamiast sera czy jajek sprzedawał tylko lody i cukierki :)
Wróciliśmy tam. Zmieniło się wszystko nie do poznania! Stare domki są już wyłączone z użytku, służą jedynie jako składzik na deski i zniszczone meble. Pojawiły się nowe, drewniane, duży budynek z salą weselną i całkiem urokliwymi pokoikami, duża karczma i bania ruska. Nie zmienił się tylko zapach powietrza, wciąż czysty i świeży.
Dobrze było wrócić. Zobaczyć od dawna niewidziane, a bardzo życzliwe mi w dawnych czasach twarze, zamienić kilka zdań. Oczywiście czasu jak zwykle było za mało, zwłaszcza na dłuższe rozmowy. Za mną ciężki zawodowo sezon, więc tuż przed 1 padłam bez sił i nie byłam w stanie kontynuować ani zabawy czego bardzo żałuję. 
Muszę przyznać, że nie jestem miłośniczką wesel i raczej nie chciałabym mieć własnego. Widzę w nich jednak szansę na spotkanie z ludźmi, których na codzień spotkać się nie da. Czasami to jedyna okazja, żeby zebrać wokół siebie całą rodzinę i najbliższych znajomych, aby dzielić z nimi te ważne chwile. Historia mojej rodziny jest poplątana, ale przyjęłam to wszystko ze spokojem. Patrząc na szalejącego na parkiecie najmłodszego brata pomyślałam, że wszystko w życiu dzieje się po coś i pewnie tak właśnie miało być. To była noc pełna wspomnień i dobrych emocji. Mam nadzieję, że A&A zawsze już będą tak szczęśliwi jak w dniu swojego małego święta.

6.8.17

Wspomnienia z mijającego lata

Półmetek wakacji już dawno za nami. Co prawda urlop w tym czasie nie dla mnie (w moim zawodzie to środek sezonu), ale i tak mam do lata szczególny sentyment. Jest zielono, bywa słonecznie i ciepło, zdarza się nawet, że nie pada ;) Można spacerować, siedzieć na trawie i gapić się w chmury. Jak się dobrze zorganizuje nieliczne wolne dni to można nawet trochę pozwiedzać. Ponieważ ciąży nade mną jakaś podróżnicza klątwa i wyjazdy zagraniczne uparcie nie chcą dojść do skutku, postanowiłam chociaż zobaczyć jakieś fajne miejsca w Polsce. Zwykle na jeden dzień, raz tylko z noclegiem. Nie umiem się zebrać do pisania szerszych relacji, więc dziś w kilku słowach o tym, co udało nam się odwiedzić w tym roku.

PŁOCK 
Miasto pełne uroku i niezwykle ciekawe. Pełne niespodzianek, zaskakujące, klimatyczne i godne uwagi. Na blogu pojawił się już wpis ze zdjęciami z marynistycznego Cafe Molo. Myślę, że jeszcze kiedyś wrócimy!

TWIERDZA MODLIN 
Nie planowaliśmy tej wizyty, ale byliśmy akurat w okolicy. Ze względu na rozległy teren i nieco chaotyczną obsługę turystyczną myślę, że przed wizytą warto poczytać i się lepiej przygotować, aby nie tracić czasu. Nam dopiero pod koniec pobytu udało się w końcu trafić do Informacji Turystycznej, która muszę przyznać, że jest genialna i jest zbiorem niezwykle cennych informacji na temat atrakcji całego Województwa Mazowieckiego. 

ŻYRARDÓW
Przypadł nam do gustu tak bardzo, że gościliśmy w nim aż dwukrotnie. Mam mnóstwo kolorowych, ładnych zdjęć z tego industrialnego miasta i przepraszam Ewę K. za brak relacji. Wiem, że Ci obiecałam opisanie wrażeń z Twojego miasta i zamierzam danego słowa dotrzymać. Mam nadzieję, że uda sie to szybciej niż później. 

OLSZTYN 
Największe zaskoczenie ostatnich lat! O Olsztynie nie wiedziałam prawie nic aż do lektury jednej z książek Zygmunta Miłoszewskiego. Udało mu się mnie zaciekawić. Marka też, więc pojechaliśmy i ... zakochaliśmy się od pierwszej minuty. Cóż to za miasto! Jaka architektura, jeziora, jakie restauracje i jedzenie! Wrócimy na 100%!

OLSZTYNEK 
Skansen w Olsztynku odwiedziliśmy po drodze do Olsztyna. Nie jest może najpiękniejszym w jakim byłam, ale na pewno warto tam zajrzeć. Poza drewnianymi chatami miasteczko ma do zaoferowania coś jeszcze - olsztyneckie jagodzianki słynne na całą Polskę. Smaczne, aczkolwiek jadłam w swoim życiu lepsze. 

LAWENDOWE POLE 
O wizycie w tym miejscu marzyłam od dawna, więc znalazłam w sobie motywację, aby napisać dłuższą relację zaraz po powrocie. Znajdziecie ją w poprzednim wpisie, daleko szukać nie trzeba :) 

PUŁTUSK 
Kameralne, sympatyczne miasteczko. Pojechaliśmy tam w sobotę, więc mieliśmy okazję zobaczyć lokalny targ. Żar lał się z nieba, więc z wdzięcznością zjedliśmy jedne z najlepszych lodów jakie kiedykolwiek jadłam (z automatu, robione na miejscu ze świeżych truskawek - obłęd!) i widoczną powyżej fontannę, w której kąpaliśmy się na zmianę razem z grupą nieletnich. Nad rzeką koło zamku odbywał się akurat festyn dla dzieci, a że dobiegające z niego muzyczne hity były dla nas nie do zniesienia to wyruszyliśmy dalej. 

SEROCK 
Okazał się znacznie fajniejszy niż przypuszczałam! Zwiedziliśmy kolejny lokalny targ, kupiliśmy świeże owoce i poszliśmy na długi spacer zacienioną, spokojną alejką przy samym brzegu wody. Tłumy zostały w tyle na centralnej plaży, a my przez chwilę poczuliśmy się jak na prawdziwych wakacjach. 

PAŁAC W RADZIEJOWICACH 
Wpadliśmy na chwilę, zostaliśmy na dłużej, spacerując po parku i jego zakątkach, patrząc na wodę, siedząc na pięknych ławkach i popijąc smaczną kawą doskonałą szarlotkę. Warto odwiedzić, polecamy.

ŻELAZOWA WOLA 
Wspomnienie z dzieciństwa, raczej mgliste. Ostatnio byłam tam w pierwszej lub drugiej klasie szkoły podstawowej, więc nie pamiętam zbyt wiele. Będąc w okolicy postanowiliśmy zajechać z samego rana, aby uniknąć tłumów (to była doskonała decyzja, gdyż dwie godziny później pusty wcześniej parking pękał już w szwach). Dom urodzenia Fryderyka Chopina i otaczający go park to doskonałe miejsce na mały wypad za miasto, szczególnie w ciepły dzień. 

NIEBORÓW I ARKADIA
Bez dwóch zdań największe rozczarowanie ostatnich lat i jedne z najgorzej wydanych pieniędzy tego lata. Słyszałam o obydwóch parkach wiele dobrego od zupełnie niezależnych osób i szczerze mówiąc, nie rozumiem żadnych nad nimi zachwytów. W nasz gust się nie wstrzeliły. Postaram się kiedyś napisać więcej na ten temat.

LUBELSKA WIEŚ
Idealna, aby uciec od zgiełku miasta! Kiedy jeździmy do Marka to nieustannie mnie zadziwia jak ciemne i ciche są noce poza miastem. Lubię budzić się z kogutami i zasypiać z cykadami za oknem. Głowa na wsi odpoczywa.  

Cieszy mnie myśl, że jeszcze wakacje nie dobiegły końca! Za tydzień czeka nas wesele mojego brata w Gródku nad Bugiem, gdzie w dzieciństwie spędzaliśmy letnie miesiące. Cieszę się na myśl o powrocie, na pewno wiele się zmieniło przez te wszystkie lata, a i okazja dość wyjątkowa. A Wam jak mija tegoroczne lato?

17.7.17

Lawendowe Pole w Nowym Kawkowie - relacja

Kilka lat temu wpadł mi w ręce jakiś kolorowy magazyn. Czekałam w kolejce do fryzjera, więc zaczęłam go przeglądać bez większego zainteresowania. Moją uwagę przykuł jednak artykuł o ludziach, którzy porzucili życie w mieście i przeprowadzili się na Warmię, w okolice Olsztyna. Pojawiły się w nim nieznane mi dotąd miejsca: Jonkowo, Nowe Kawkowo, Stare Kawkowo i zdjęcia, które do dziś mam w pamięci - sielskie i pełne uroku. 
Wtedy jeszcze mieszkanie na wsi wydawało mi się czymś zupełnie nie dla mnie, ale przeczytałam artykuł z zaciekawieniem. Kilka osób opowiadało o tym jak zmieniło się ich życie od kiedy opuścili duże aglomeracje, z jakimi problemami się zmagają i czy nie żałują swojej decyzji. Tak "poznałam" Joannę, która opuściła Warszawę i przeniosła się na wieś. Szukając pomysłu na to swoje zupełnie nowe życie stworzyła Lawendowe Pole. 
Od tego czasu podobnych miejsc w Polsce powstało już kilka. Ja jednak od tamtej chwili wiedziałam, że chcę pojechać właśnie tam, w to konkretne miejsce w Nowym Kawkowie. Mijały lata, a marzenie wciąż było żywe i niezrealizowane... Jeszcze zimą Marek obiecał, że mnie tam zabierze w wakacje i słowa dotrzymał. 
Postanowiliśmy jechać w lipcu z nadzieją, że pogoda dopisze a lawenda będzie okazała i w pełnym rozkwicie. Nie wiem skąd wynika mój sentyment do tej rośliny, ale mam go od zawsze. Budzi skojarzenia z południem Europy, z francuską Prowansją - jej magicznymi widokami, wioskami i kolorami. Uspokaja, koi nerwy i zwyczajnie cieszy oko. Jej oszałamiający zapach pozwala przenieść się na chwilę w inną, lepszą rzeczywistość. 
Tego dnia od samego rana było pochmurno i bardzo się bałam deszczu. Jakby zepsuł mi ten długo wyczekiwany dzień byłabym niepocieszona. Dojechaliśmy na miejsce około południa. Parking był już zastawiony samochodami, a dookoła kręciło się wielu odwiedzających. Teren nie jest duży, więc widać ich było wyraźnie. 
Z prawej i lewej strony niewysokie wzgórza pokryte lawendą, stara łemkowska chata w której mieści się Lawendowe Muzeum Żywe oraz nieduży sklepik z pamiątkami.
Miałam nadzieję na krótką chociaż rozmowę z właścicielką, ale zajęta była oprowadzaniem grupy, która przyjechała na miejsce autokarem. Od lektury pierwszego artykułu miałam okazję kilka razy czytać rozmowy i wywiady z panią Joanną. Zawsze dużo w nich mądrych i bliskich mojemu sercu słów na temat poszukiwania swojej ścieżki i życia zgodnego z samym sobą. Wkrótce zamierzam przeczytać jej książkę i z pewnością też o niej napiszę na blogu. 
Lawendowe Pole to miejsce stworzone z miłości. Wstęp jest bezpłatny - można robić zdjęcia, spacerować po tarasach usianych lawendą, usiąść na ławce, zwiedzić niewielkie muzeum i obserwować lawendowe zbiory. 
W wybranych terminach odbywają się tam warsztaty alchemiczne, w czasie których uczestnicy mają okazję zdobyć podstawową wiedzę o ziołach leczniczych, nauczyć się procesu destylacji olejku eterycznego z lawendy i produkcji naturalnych kremów pielęgnacyjnych. Mam wielką nadzieję, że kiedyś uda mi się wziąć w nich udział. 
Miejsce jest niezwykle klimatyczne, zielone i przepełnione dobrą energią. Drewniana chata zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż niejedna widziana dotąd w skansenie, a jej lawendowe wnętrze jest bardzo ciekawe. 
Na widok tego kredensu odebrało mi na chwilę mowę - całe życie o podobnym marzyłam, widziałam w myślach jak miałby wyglądać i co bym w nim trzymała. Nie sądziłam, że istnieje i to w takich okolicznościach przyrody. 
Każdy odwiedzający może wpisać się do pamiątkowej księgi i wyrazić swoją opinię o tym, co widział. Jak łatwo się domyślić przeważają takie wpisy jak ten widoczny poniżej. Wielką przyjemność sprawiło mi podglądanie jak wolontariusze ścinają lawendę. Niezwykle delikatnie i ostrożnie. Przekładają ją później do wiklinowych koszyków, a później tworzą bukieciki, które trafiają do suszarni znajdującej się na poddaszu muzeum. 
W sklepiku można kupić lawendowe bukiety (podobno idealne na nalewkę i aromatyzowanie miodu), lawendowy olejek i mydełka, a także lokalne rękodzieło. Jeśli czegoś mi na Lawendowym Polu brakuje, to możliwości kupienia szklaneczki lawendowej herbaty albo lemoniady z lawendową nutą oraz owsianego ciastka z jej kwiatkami.
Czas spędzony w tym gospodarstwie wspominam pozytywnie. Dokładnie tak sobie to wszystko wyobrażałam (ok, w mojej wyobraźni nie było tam aż tylu turystów i mogłam chodzić wśród lawendy zupełnie sama haha). 
Bardzo lubię takie miejsca. Zrodzone z czystej pasji, pięknie się rozwijające i odnoszące sukces. Pewnie nie spektakularny, ale pozwalający żyć tak jak się pragnie, czerpać radość ze stałego kontaktu z ludźmi i naturą.  
Pojeździliśmy jeszcze trochę po okolicy, podziwiając krajobrazy i stare drzewa przy drodze. Na początku wpisu wspomniałam, że kiedyś życie na wsi wydawało mi się czymś absurdalnym. Uwielbiałam miasta, ich pulsujący rytm. Im jestem starsza, tym miasto bardziej mnie przytłacza i męczy. Coraz częściej szukam spokoju i chwili wytchnienia na łonie przyrody. Dwa dni na Warmii dały mi niezwykłą siłę i ... wrócę kiedyś po więcej!

14.7.17

Jesteście tu jeszcze?

Zerknęłam dziś na ilość postów opublikowanych na blogu od stycznia. Bardzo mało. Znacznie mniej niż w minionych latach. Wyraźnie odczuwam odpływ Czytelników, ale co się dziwić? Nie napisałam ani słowa od ponad 5 tygodni i nie wiem nawet kiedy ten czas minął! Czasami już tracę nad nim panowanie. Wpadłam w pułapkę życia od piątku do piątku. Praca, dom, praca, dom i w końcu długo wyczekiwany weekend. Jak zawsze za krótki.

Nie da się ukryć, że od roku podróżuję niewiele. Za granicą byłam raz - we wrześniu i to zaledwie przez cztery dni. To dość dziwne uczucie, bo przecież dotąd byłam w drodze bardzo często... Muszę przyznać, że chwilami mnie "nosi". To jest chyba we krwi i jeśli raz się złapało bakcyla, to już człowiek przepadł. Potrzeba poszukiwania wrażeń i odkrywania nowego jest naprawdę silna, nie da się jej zagłuszyć. Z drugiej jednak strony jestem na tym etapie życia, gdy nie chcę gnać przed siebie bez chwili wytchnienia i momentu refleksji. Uczę się czerpać radość z jednodniowych wypadów po okolicy albo zwykłych spacerów po mieście. Moje małe podróże wyglądają inaczej niż kiedyś. Przestałam dźwigać ze sobą zbyt ciężką lustrzankę i kupiłam w końcu kieszonkowy aparat. Nie biegam z nim jak szalona, coraz częściej leży gdzieś na dnie torby. Staram się jak najwięcej pięknych wspomnień, momentów i kadrów zapisywać tylko w pamięci. Dla siebie. Blogów jest bardzo dużo i odczuwam pewien przesyt powtarzających się treści. W dzisiejszych czasach podróżować może już każdy i nie jest to godny większej uwagi wyczyn. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, nawet kierunki do tej pory uznawane za egzotyczne. Tylu z moich znajomych było już na Hawajach, Malediwach i w Australii, że miewam chwile zawahania czy kogokolwiek interesują takie drobiazgi jak wypad gdzieś pod Warszawę? Ponieważ pisanie wciąż sprawia mi przyjemność, będę to robić dalej, chociaż pewnie mniej regularnie. Ostatnio ktoś napisał w komentarzu, że "kiedyś miałam pomysł na siebie", a teraz to się zmieniło. Myślę, że osoby czytające bloga od dawna wiedzą, że zmieniał się on razem ze mną. To nie jest wykreowana rzeczywistość tylko odzwierciedlenie aktualnego stanu ducha. Kiedyś marzyłam o tym, żeby stale być w drodze, najlepiej jak najdalej od miejsca zamieszkania. Teraz cieszę się ze zwykłej codzienności i powrotów do czterech ścian, które w końcu stały się domem od kiedy nie mieszkam sama. Po męczącym dniu w pracy zamiast włączać komputer wolę przytulić się do mojego mężczyzny, poczytać książkę, obejrzeć film lub ugotować coś pysznego. Na dysku czekają jednak zdjęcia z kilku pięknych miejsc. Kuszą i zachęcają do dalszego pisania. Tak z ciekawości - jesteście tu jeszcze? 

4.6.17

Marynistyczne rękodzieło

Tęsknię za południem Europy. Za miękkim światłem, gorącymi dniami, które płynnie przechodzą w rześkie wieczory. Za zapachem piniowych sosen, turkusowym odcieniem morza i błękitem nieba. Nie ma dnia, żebym nie wspominała Lefkady - wyspy, którą pokochałam od pierwszej chwili. Ah, gdybym tylko mogła tam wrócić! Zjeść grillowaną rybę w porcie, napić się chłodnej frappe w miejscowości Karia, odwiedzić ulubione miejsca. Bujać się na łódce kołysanej przez fale i podziwiać otaczające mnie morskie detale. Szaleję za morzem chyba coraz bardziej. 
Przede mną jednak kolejne miesiące w Warszawie, bez żadnej nadziei na kontakt z południowym słońcem. Na pocieszenie chciałam kupić śródziemnomorskie dekoracje, ale wcale nie łatwo jest zdobyć coś ładnego, a przy tym praktycznego w rozsądnej cenie. Pomalowane na niebiesko pudełka po 80PLN uznałam za zbyt drogie. Postanowiłam, że zrobię sobie takie sama. I wpadłam po uszy! Od kilku tygodni przerabiam wszystko, co wpadnie mi w ręce. Zrobiłam już kilka pudełek, a to do przechowywania perfum jest jednym z moich ulubionych. Przed przemianą było starym pudłem w buro-beżowe kwiaty, które planowałam wyrzucić, bo do niczego mi nie pasowało.
Wciąż się uczę i idzie mi chwilami opornie. Uczę się farb, pędzli, powierzchni na jakich pracuję. Tu coś się wyleje, tam się zrobią zacieki albo farba spływa po nie tych elementach co trzeba i nie mogę jej usunąć. Zdarza się, że serwetki nie chcą się przykleić albo się drą jeszcze w palcach. Nie jest łatwo, nie jest doskonale, ale satysfakcja z gotowego przedmiotu jest naprawdę ogromna. Nigdy nie podejrzewałam, że znajdę sobie takie hobby! W dzieciństwie lubiłam zajęcia plastyczno-teczniczne, ale potem miałam wieloletnią przerwę w jakiejkolwiek twórczej aktywności. Skupiłam się na blogu. Zajęcia z sitodruku przypomniały mi, ile to potrafi dać radości.

A Wy - tworzycie coś? Lubicie się ubrudzić farbą, pobawić igłą i nitką, coś namalować? Lubicie otaczać się rzeczami zrobionymi ręcznie czy raczej preferujecie te ze sklepu, pozbawione wad? 

29.5.17

Kolorowe podwórko we Wrocławiu

Spędziliśmy ostatnio z M. dwie godziny we Wrocławiu (było to moje miejsce przesiadkowe). Zastanawiałam się co z tym czasem zrobić - po raz kolejny pójść na Rynek czy Ostrów Tumski, oglądać te same co zwykle miejsca? 
Postanowiłam poszukać czegoś innego. Przeszukując Internet trafiłam na informację o pewnym niezwykle oryginalnym podworku na Nadodrzu. Od razu wiedziałam, że wybierzemy się właśnie tam. 
Sprawdzając lokalizację zorientowałam się, że można upiec kilka pieczeni na jednym ogniu i mimo wszystko przejść się ulicą Świdnicką, przez kolorowy wrocławski rynek, zajrzeć do małego ogrodu przy Ossolineum, do Hali Targowej, a potem w kolejnych kilka minut dotrzeć na miejsce, zahaczając po drodze o Wyspę Młyńską.
Nadodrze, jedna z dzielnic Wrocławia, przywitała nas nieco smętnym, szarym klimatem. Piękne, mocno zaniedbane kamienice, opuszczone budynki i niezbyt atrakcyjne, ponure bloki. Skręciliśmy w Roosevelta, znaleźliśmy numer 5a i okazało się, że nie ma żadnej bramy. Byłam zaskoczona, ale ruszyliśmy przed siebie.
Kilkanaście metrów dalej pojawiło się światełko w tunelu - pomazana ściana prowadząca w głąb podwórka. Byłam ciekawa co tam na nas czeka. Wcześniej udało mi się poczytać o historii podwórka. Powstało w sąsiedztwie Ośrodka Kulturalnej Animacji Podwórkowej, a jego wygląd to efekt wspólnej pracy artystów i mieszkańców. 
To nie są murale, raczej opowieści o konkretnych ludziach "opisane" pędzlem na ścianach budynku. Widzimy na nich pojedyncze osoby, ale też całe rodziny. Dzieciaki biegające za piłką, kolorowe zwierzęta i bajkowy, niezwykle barwy świat wyobraźni. Taka stylistyka może się podobać lub nie, ale nie da się przejść obok niej obojętnie. 
Spacerując wzdłuż ściany i robiąc zdjęcia czuliśmy się obserwowani z okien, ale nie tylko. Bacznie przyglądali nam się też panowie popijający coś ze szklanych butelek i mijający nas mieszkańcy. Ciekawa jestem co oni o tym miejscu sądzą, czy są z niego dumni czy wręcz przeciwnie. Jeden z nich nas zaczepił pytając, czy chcemy tu kupić mieszkanie, gdyż niektóre są na sprzedaż. Pan zdecydowanie nie wyglądał na miłośnika tej formy sztuki. 
Powiedział, że nie rozumie czemu ludzie tutaj przychodzą i robią zdjęcia, przecież ściany wyglądają paskudnie. Był niezwykle miłym i uśmiechniętym człowiekiem, w jego głosie nie było złości czy natarczywości, raczej ciekawość. Odpowiedziałam, że jest to miejsce z pewnością osobliwe i w jakiś sposób wyjątkowe. Stąd ludzie i ich obiektywy. 
Te ścienne malowidła o tak zróżnicowanej tematyce, ulokowane gęsto jeden obok drugiego, są oryginalne, to na pewno. Czy są ładne? To już kwestia gustu. Ja mimo wszystko uważam, że każda forma sąsiedzkiej i społecznej aktywności jest fajna. W czasach tysięcy identycznych podwórek, wnętrz mieszkań i zawartości szaf, każdy przejaw inności czy własnej inicjatywy odbieram pozytywnie. Jeśli mieszkańcy mieli dość bylejakości i potrzebowali farb, aby pokolorować swoją rzeczywistość to mogę jedynie pogratulować odwagi i nie śmiem tego oceniać.
TOP