2015-02-26

Konferencja Zmiany w Życiu - wygraj zaproszenie!

  Kiedy równo rok temu dostałam e-maila od Anny Węgrzyn z propozycją współpracy przy tworzeniu
   portalu Zmiany w życiu, pomyślałam, że jednak nigdy nic nie dzieje się przypadkiem. Prowadzę bloga
     o podróżach, więc wiele osób może się zastanawiać, skąd taki pomysł naczelnej? Nie mogła przecież  
    wiedzieć, że mam za sobą kilkumiesięczny coaching, kursy z zakresu motywacji i samorozwoju, wiele 
    przeczytanych książek o tej tematyce. Powiedziała, że nazwa "Całe życie w podróży" wydała Jej się o
    wiele szerszym pojęciem niż same wyjazdy, dlatego napisała. Dziś wiem, że Ania ma wręcz doskonałą
     intuicję i świetnie wyczuwa innych ludzi. Jest zdeterminowana, odważna i nie boi się zaryzykować, aby
     spełnić marzenia. Zmiany w życiu to właśnie Jej marzenie. Portal, w którym na czytelników czeka dużo
      inspiracji i mocnej motywacji do działań mających na celu rozwój i większą satysfakcję z własnego życia.
       Zmiany są naszym nieodłącznym towarzyszem, ale często się ich boimy, próbując na siłę trwać w
        codziennej rutynie, bez poczucia spełnienia wykreślając tylko dni z kalendarza. Na wiele z nich nie 
       mamy wpływu, ale zapominamy, że to, co wydaje się porażką, może być początkiem czegoś nowego,
      ciekawego. Często stoimy w miejscu czując, że nie chcemy tu być, bo to nie jest ta rzeczywistość 
       o której kiedyś marzyliśmy. Ale wciąż brakuje odwagi, by zrobić pierwszy krok i ruszyć ku lepszemu. 

2015-02-22

Óbidos - bajkowe, portugalskie miasteczko

    W czasie sprzątania dysku znalazłam zdjęcia z 2007 rok, z wiosennego pobytu w Portugalii.
     Przeglądając je zorientowałam się, że nie było jeszcze na blogu miasteczka Óbidos. Zdjęcia
     są stare, zrobione tanim, kieszonkowym aparatem, ale i tak są przyjemne i bardzo kolorowe.
        W Óbidos po raz pierwszy byłam w 2005 roku, wracając ze znajomymi z ich wakacyjnego
         apartamentu położonego w nadmorskiej miejscowości Peniche. Spędziliśmy tam jakieś dwie
              godziny (było chłodno, trochę padało) i wiedziałam, że będę musiała kiedyś wrócić na cały dzień.
    Udało się dwa lata później. Dojazd do Óbidos z Lizbony jest prosty - autobusy Rodoviaria do Tejo
    odjeżdżają regularnie z dworca Campo Grande (stacja o tej samej nazwie, żółta i zielona linia metra).
       Dojeżdża tam linia rapida verde, rozkład jazdy znajdziecie tutaj. Cena - 7.60EUR/1str, jedzie godzinę.
  Miasteczko jest kameralne, położone na wzgórzu, niezwykle urodziwe (chociaż uczciwie trzeba
    przyznać, że równie ładnych a nawet ładniejszych w Portugalii jest dużo). Óbidos jest popularne
     wśród turystów i zazwyczaj trzeba się liczyć z ich obecnością. Najlepiej przyjechać z samego rana.
     Wówczas większość kolorowych, pełnych kwiatów uliczek mamy wyłącznie do własnej dyspozycji.
  Całość zabudowań otoczona jest świetnie zachowanymi, średniowiecznymi murami, po których można
  spacerować podziwiając widoki dookoła (spokój, cisza, mnóstwo zieleni, domki, pola itp). Stara część
    miasteczka wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, nowe budynki powstają poza murami.
Podczas mojej pierwszej wizyty, w wakacje, pomimo kiepskiej pogody turystów było mnóstwo.
Gdy przyjechałyśmy wiosną, w dzień powszedni, o poranku, byłyśmy same, w otoczeniu świeżej
zieleni. Wiosna w Portugalii jest taka soczysta. Dużo kwiatków, słodkie od zapachów powietrze.
  Z ciekawostek - na terenie zamku powstał kilkadziesiąt lat temu obiekt noclegowy Pousada Castelo
 de Óbidos. Pousadas to hotele o wysokim standardzie, zlokalizowane w obiektach historycznych,
będące dumą portugalskiej turystyki. Cieszą się dużą popularnością, a gości nie odstraszają raczej
  wysokie ceny (200-300 EUR/dwójka/noc), a pokoje wyprzedają się z bardzo dużym wyprzedzeniem. 
   W Óbidos można spokojnie spędzić cały dzień, żeby zwiedzać w spokoju, bez pośpiechu. Poza
    spacerem wzdłuż murów, warto po prostu zgubić się w bajkowych zaułkach, zajrzeć do każdego
     z kilkunastu kościółków, pooglądać pamiątki w licznych sklepikach, wypić kawę i zjeść ciastko. 
Warto też napić się nalewki wiśniowej, ginhinja. To jeden z moich ulubionych trunków,
  szczególnie w wersji z "pijanymi wiśniami", serwowany w czekoladowym kieliszku. Pycha!
    W Warszawie znakomita Ginjinha de Óbidos dostępna jest w ofercie Smaków Portugalii.
  Co roku odbywa się tam pyszny Festiwal Czekolady. Ciekawą relację z tego wydarzenia
  znajdziecie na blogu Portugalia po naszemuCzekoladowy Obidos. Nie miałam okazji
 w nim uczestniczyć, ale czekoladowe rzeźby i fontanny brzmią dla moich uszu zachęcająco!
    Przechodząc przez różne bramy, wychodzimy na tarasy widokowe z piękną panoramą.
Mam tylko garstkę zdjęć z tego ślicznego miejsca, ale mam nadzieję, że mogliście poczuć chociaż
   odrobinę jego klimatu i być może ktoś z Was będąc w Portugalii stwierdzi, że warto tam się wybrać.

2015-02-15

Wszystkie kolory Alfamy

      Odliczam już dni do wiosny, łapczywie łapiąc każdy promień słońca wyglądający zza chmur.
       Wiem, że "taki mamy klimat", ale szarość, ciemność i ponure miasto podcinają mi skrzydła.
    Włączyłam sobie wczoraj płytę "Fado de amor", otworzyłam puszkę pasty z sardynek, butelkę wina,
    odpaliłam komputer i zaczęłam szykować własną fotoksiążkę ze zdjęciami z różnych wyjazdów m.in.
     do Lizbony. Trafiłam na kilka zdjęć, których chyba jeszcze nie było na blogu, więc uznałam, że czas je
      zaprezentować w ramach mojej ulubionej, zimowej terapii kolorem. Przy okazji mogłam powspominać.
Dziś różne kolory dzielnicy Alfama i moje małe tęsknoty. Brakuje mi tych ścian w pastelowych
odcieniach, budynków odnowionych i tych zupełnie zapomnianych. Płytek, które przedstawiają
  ciekawe historie i tych, które są zlepkiem symetrycznych wzorów. Skoro jesteśmy przy azulejos,
    nie kupujcie ich na targach! Podobno wiele  nich jest zrywanych z domów, bo jest na nie popyt.
   Brakuje mi leniwych kotów leżących wygodnie na parapetach i kanarków w ażurowych klatkach.
      Dźwięków muzyki dobiegającej z wąskich uliczek i niewielkich, rodzinnych restauracji, szumu Tagu,
      stukotu tramwaju 28 pędzącego w dół stromą ulicą. Zapachu grillowanych ryb, mocnej kawy z cukrem.
    Wspominam smak posiłków nieśpiesznych, popijanych chłodnym, domowym winem, zagryzanych
      ciepłym ciastkiem na deser. Godziny spędzone na punktach widokowych, bez poczucia upływu czasu.
      Lubię chodzić bez celu, gubić się w nie zawsze czystych zakątkach, podziwiać kiczowate dekoracje.
   Myślę o praniu suszącym się na słońcu, starszych ludziach obserwujących życie ulicy z drewnianych
    ławeczek i niewielkich balkonów. Pamiętam ich łagodne spojrzenia i serdeczne uśmiechy, szczekanie
      kudłatego psa i wesoły śpiew grupki małych dzieci. Jasne okna i ciężkie drzwi, słońce rzucające cienie.
Gdybym była teraz w Lizbonie, poszłabym w ukochane miejsca, odwiedziła ulubione knajpki, zamówiła
te same przysmaki co zawsze. Usiadła na placyku, który znam doskonale, posłuchała muzyki, która nie
jest żadnym zaskoczeniem. Wpadłabym w lizbońską rutynę, która jest tak memu serca bliska. Kocham
 wracać w miejsca, które kocham, nawet kosztem odkrywania nowych miast i krajów. W Lizbonie będę
  już zawsze czuła się jak w drugim domu. Ciekawa jestem czy Wy też macie takie wyjątkowe miejsca? 

2015-02-08

Essaouira, czyli biało-niebieskie oblicze Maroka

   Kiedy na planie służbowego wyjazdu do Maroka zobaczyłam nazwę Essaouira, zapiałam wręcz z 
  radości. Marzyłam, żeby zobaczyć to klimatyczne, portowe miasteczko. Ponieważ położone jest 
 dość blisko turystycznego Agadiru, może się tam wybrać każdy wypoczywający w tym kurorcie.
 My wyruszaliśmy z Marrakeszu, gdzie spędziliśmy cały poprzedni dzień w strugach deszczu. Byłam
 przerażona. Co ciekawe, nie bałam się wcale deszczu, tylko tego, że z jego powodu nie będę mogła
  pozwiedzać. Jaki jest Wasz stosunek do deszczu? Ja nie jestem jego miłośniczką w podróży, ale nie 
   mam wpływu na pogodę. Uwielbiam Szkocję i Irlandię, a tam pada często. No trudno... Nie jestem z 
   cukru, nie rozpuszczę się. Zawsze mam przy sobie parasolkę, w szafie wisi przeciwdeszczowa kurtka.
         Deszcz wcale nie jest taki zły! Dzięki niemu zieleń jest taka bujna, dzięki niemu nie ma klęski suszy 
     (chociaż bywają klęski powodzi, ale to już inna sprawa...) a kolory w deszczu robią się cudownie
       nasycone, intensywne. W słońcu przyjemniej, wiadomo, ale... w czasie ulewy też umiem zwiedzać.
Dzień wcześniej przekonałam się jednak, że nie wszyscy mają to podejście. Większa część 
grupy postanowiła nie kupić parasolek (sprzedawał je za grosze miejscowy chłopak) i mokli,
narzekając, że mokro i zimno. Wiele osób chciało wcześniej wracać do hotelu i jeśli mieliby
 możliwość rezygnacji z oglądania czegokolwiek, mam niejasne wrażenie, że by zrezygnowali.
  Ja też zachwycona taką pogodą nie byłam, ale mimo wszystko nie chciałam marnować czasu.
 Dlatego bałam się o tę Essaouirę strasznie... Chmury wisiały nad nami, prognoza też nie dawała mi
 nadziei. Gdy wyszliśmy z autobusu świeciło jeszcze słońce. Gdy tylko weszliśmy do portu - lunęło.
  Od razu szybka ewakuacja, schronienie pod pierwszym lepszym dachem i decyzja - idziemy jeść.
 Obiad nie wchodził mi zupełnie, patrzyłam za okno widząc deszcz i wiedząc, że jeśli się nie uspokoi to
 będzie głosowanie czy wracamy od razu do Agadiru.... Na szczęście, gdzieś w okolicy pomarańczy na
   deser spożywanej wyszło słoneczko a ja wpadłam w taką euforię, że się prawie zakrztusiłam z wrażenia.
      Zdjęcia z tego wpisu pochodzą zarówno z krótkiej chwili przed deszczem, w trakcie ulewy jak i po niej. 
To portowe miasto z barwną historią naprawdę robi duże wrażenie. Dziś pokażę Wam tylko 
  port, mury obronne, okolice cytadeli. Kto czyta mojego bloga wie na pewno, że kocham porty.
Przyjechaliśmy po południu, więc większość sieci była już uporządkowana i nie było dużo osób. 
Towarzyszyły nam głównie mewy, jak zwykle głośne i ciekawskie, zwracające na siebie uwagę. 
Port nie jest duży, ale śliczny i kolorowy. W połączeniu z wiatrem i szumem oceanu - uspokajający.
    Gdybym mogła, spędziłabym w nim kilka godzin, jak zwykle zaglądając w każdą dziurę i za każdy murek.
  Niestety, czasu jak zwykle było za mało... ale starałam się uchwycić możliwie jak najwięcej. 
 Gdy wyszło słonko, w porcie zrobiło się przyjemnie pusto. Większość turystów zniknęła gdzieś 
  w uliczkach mediny, portowi sprzedawcy wystawiali przed bramą swoje ostatnie tego dnia ryby. 
   Na zdjęciu poniżej - nie wszyscy, na szczęście, panicznie boją się deszczowych chmur :) 
Niestety nie widziałam targu rybnego w pełnej okazałości, jedynie kilka czynnych stanowisk. 
Port jest tylko jedną z atrakcji miasta. Po przejściu bramy wychodzimy na plac, który
 prowadzi do głównych zabudowań, gąszczu uliczek pełnych życia. Ale to już materiał na
  inny wpis. Jedno jest pewne - Essaouira jest niezwykle fotogeniczna. Byliście już w niej?

2015-02-02

Popołudnie w Leith i na Portobello Beach

 Leith jest dzielnicą położoną w północnej części Edynburga, nad zatoką Firth of Forth.
   Dawniej było to oddzielne, bardzo aktywne miasto portowe, które z czasem zaczęło mocno
   podupadać, zapanowała bieda, problemem stały się uzależnienia i ogólnie zrobiło się niezbyt 
      bezpiecznie i przyjemnie. Zresztą, dobrze wiemy, z jakim klimatem kojarzą się okolice portów...
  Z tego co czytałam przed wyjazdem do Szkocji, w ostatnich latach dzielnica podobno przeżywa
   rozkwit i swoje radosne 5 minut. Jest oryginalnie, alternatywnie, przypływają statki wycieczkowe,
   drzwiami i oknami przybywają turyści chcący zwiedzić słynny jacht Britannia (należący dawniej do
    królowej Elżbiety II). Statek jest raczej niewielki, wstęp kosztuje 14£ a na pokład wchodzi się z...
   górnego piętra nowoczesnego centrum handlowego Ocean Terminal Shopping Centre. To, co 
   fotografuje Pan powyżej to okropne w mojej opinii budynki aparthotelu Harbour Apartments.
O dzielnicy dowiedziałam się w sumie przypadkiem, z filmu "Sunshine on Leith". Nie
   jest to jakieś wybitne dzieło, raczej relaksujący filmik ze skoczną muzyką. Obejrzałam go 
   przede wszystkim dla cudownych zdjęć i zachwycających panoram Edynburga, bo treść nie
   należy do szczególnie fascynujących. Uznałam też, że chciałabym odwiedzić to słynne Leith.
    Dojechałyśmy tam w kilkanaście minut autobusem numer 10 z okolic ulicy Princess Street. Już
    na przystanku zauważyłam, że większość oczekujących mówi po polsku. W sklepie natomiast 
    zobaczyłam 3 półki polskich produktów, co rozwiązało zagadnę. Portal VisitScotland sugeruje,
       że to "dzielnica jak żadna inna, z niezwykłym charakterem, tętniąca życiem, różnorodna kulturowo". 
       Ekhm. Pierwszym co zobaczyłyśmy, były bardzo ponure budynki, niemalże puste ulice (było dość
        późne popołudnie, ok. 16:30-17), więc można by rzec, że godziny szczytu, dużo śmieci i brudu, co
         nie jest raczej charakterystyczną cechą miasta. Najpierw poszłyśmy zobaczyć z zewnątrz królewski 
         statek, który okazał się jeszcze mniejszy niż sądziłam (nie mam zdjęcia) i na krótki spacer po porcie.
   Na brzegu rzeki Water of Leith spotkałyśmy zdecydowanie więcej ludzi. Są tu bardzo drogie
     restauracje serwujące owoce morza, cumują większe łódki , całość raczej przyjemna dla oka. 
        Spędziłyśmy w Leith 2h i to za mało, aby oceniać, ale poza jednym miejscem, nas nie zachwyciło. 
     Bezpośrednio z Leith postanowiłyśmy udać się jeszcze na plażę Portobello Beach, gdyż w niecałe 
     pół godziny można się tam dostać autobusem. Przyjechałyśmy wieczorem, słońce było coraz niżej.
       Portobello także było kiedyś niezależnym miasteczkiem, teraz jest dzielnicą i plażowym kurortem 
       Edynburga. Tam również spotkałyśmy wielu Polaków oraz licznych turystów i miejscowe rodziny.
Miejsce ma swój klimat, duże wrażenie robią piękne domy położone przy promenadzie. Na
   parterach wielu z nich znajdują się bary, restauracje, sklepiki, kawiarnie, wystawione są stoliki. 
Sama plaża jest dość szeroka, długa, ze zbitym, ciemnym piaskiem. Dla mnie przyjemna. 
Cudowne, świeże powietrze, całkiem dużo muszelek. Mieszkańcy Edynburga mają wręcz 
  za dobrze - piękne miasto z rzeką i wspaniałą trasą spacerową Water of Leith a do tego tak
     blisko morze! Nie ma sprawiedliwości. Wyjść z pracy i pojechać na plażę..... Ehh, marzenia...
    Śmieszne jest w życiu to, że nie doceniamy tego co mamy, mocno nam to powszednieje. Gdy
   rozmawiam ze znajomymi mieszkającymi nad morzem mówią, że nie bywają na plaży, a znów ci
     z południa Polski, że nie chodzą po górach z braku czasu a często też z braku chęci. Szkoda.  
 Na zdjęciu poniżej - zachęta do głosowania w referendum, chociaż było już po wynikach, w 
  których Szkocja powiedziała NIE, ku wielkiej rozpaczy wielu mieszkańców większych miast. 
Obserwowałam mewy, wdychałam głęboko powietrze ciesząc się kojącym zapachem wody. 
Z przyjemnością obserwowałam ganiające się dzieci i kontrasty - z jednej strony kąpiący się  
 mieszkańcy, z drugiej szczelnie opatuleni turyści z Azji. Mi w sumie też było raczej chłodnawo.
  To był bardzo długi dzień, bo rano zwiedzałyśmy zachodni Edynburg a później Ogród Botaniczny.
    Żadne z odwiedzonych miejsc nie jest must see przy krótkim pobycie, ale będąc dużej - czemu nie?