25.3.10

Z wizytą na Cabo de Roca w Portugalii

W ramach wstępu mogę Wam obiecać, że o Portugalii będę pisała bardzo dużo. To mój ukochany kierunek, kraj w którym byłam już kilka razy i zamierzam do niego wrócić nie raz.. Dziś kilka słów o Cabo da Roca - "końcu świata". Miejscu, gdzie ziemia się kończy, a morze zaczyna.
Z nadmorskiego miasteczka Cascais na przylądek Roca podmiejski autobus jedzie niecałe pół godziny. Po drodze praktycznie brak domów, zabudowań. Z jednej strony zielone łąki, a z drugiej strome, skaliste wybrzeże. Piękne, soczyste, wiosenne widoki.
Nagle wyłania się latarnia morska. Przed 1492 rokiem ludzie myśleli, że to koniec świata. Dziś już wiemy, że to tylko koniec Europy, a dalej jest tylko bezmiar oceanu.

Nie da się ukryć, że w przypadku tej wycieczki duże znaczenie odgrywa pogoda. Ja za pierwszym razem nie widziałam nic (poza gęstą jak bita śmietana mgłą). Było tak wilgotno, że zafarbowała mi nowa sukienka i zrobiłam się cała niebieska. A na koniec pękł mi sandał. Autobus do Sintry uciekł... to nie był dobry dzień ;)
Nie zniechęciło mnie to jednak do kolejnej wizyty po kilku latach. Tym razem udanej. Po dodarciu na miejsce, poza wspomnianą wcześniej latarnią, jako pierwszy rzuca się w oczy ogromny, biały krzyż z informacją o położeniu geograficznym i cytatem  Luísa Vaz de Camõesa
Jest też sklep, w którym można kupić różne pamiątki, a wśród nich certyfikat potwierdzający, że było się na końcu świata. Im bliżej brzegu, tym mocniej wieje. Im bliżej brzegu, tym widok jest piękniejszy.
Klif ma 144 metry wysokości i wzbudza szacunek wobec talentów Matki Natury. Można usiąść i patrzeć. Nawet nie trzeba mówić, bo czasem słowa to za mało.
Zachód słońca widziałam tam raz. Byłam oczarowana. Mój aparat chyba też, bo z wrażenia się zepsuł :) 

20.3.10

La Gomera. Mała wyspa z charakterem

La Gomera jest jedną z najmniejszych Wysp Kanaryjskich. Sąsiadka popularnej Teneryfy widziana z lotu ptaka wygląda jak stożek - niemalże okrągła, z najwyższym szczytem w centralnej części wyspy. Klifowa, praktycznie pozbawiona plaż. Miałam wielką przyjemność zwiedzać ją jeepem, który jechał górskimi drogami, co znacznie potęgowało piękno widoków.
Wycieczkę fakultatywną zdecydowałyśmy się wykupić w jednym z lokalnych biur podróży w Playa de las Americas. Polskie biura obwoziły swoich klientów autokarami, które jadą położoną bardzo nisko główną drogą, z której nie widać zbyt wiele. Wyruszyliśmy o świcie, od razu jeepami. Po kilkunastu minutach jazdy już przeprawialiśmy się promem. A potem podróż w głąb wyspy. Liczne postoje to prawdziwy relaks dla oczu. Jest zielono, wilgotno i bardzo ładnie, a przy tym niezbyt gorąco.
Soczyste kolory i niska zabudowa pozytywnie kontrastują z wielkimi blokowiskami południowego wybrzeża Teneryfy. Jest tu kameralnie i bardzo lokalne. Drogi są wąskie, położone przy wielometrowych urwiskach, zwykle w żaden sposób niezabezpieczonych. A kierowcy... no cóż, do spokojnych nie należą :)
Widoki zachwycają. Co chwila zza zakrętu wyłania się coś nowego. Przy dobrej widoczności można zobaczyć nawet Teneryfę (poniżej, w dalekim tle widać czubek wulkanu Teide). Różnice wysokości robią wrażenie. Podobno na wyspie są w tej chwili tylko 3 hotele i limituje się liczbę turystów, którzy mogą ją odwiedzać. Cieszę się, bo być może to pozwoli na dłużej zachować jej piękno i naturalne walory.

14.3.10

Park Narodowy Timanfaya - potęga Natury

Lanzarote siedzi mi w głowie od kilku dni. Na wyspie byłam dokładnie rok temu i patrząc za sypiący za oknem śnieg od razu przenoszę się na nią myślami. Ogólnymi informacjami dzieliłam się z Wami tutaj. Dziś chciałabym opowiedzieć o jednej z największych atrakcji wyspy - Parku Narodowym Timanfaya.
Chociaż trudno w to uwierzyć, w latach 1730-1736 dochodziło na wyspie do codziennych erupcji ponad 300 wulkanów! Hektolitry lawy, pył i fragmenty skał uformowały na powierzchni 50km2 niezwykły teren, nazywany także Montañas del Fuego (Góry Ognia). Nie ma się co dziwić, że wejście na ten teren może od razu skojarzyć się z bramą do piekieł. I to dosłownie, gdyż wita nas piekielny El Diablo.
Park Narodowy Timanfaya to miejsce zachwycające, jedno z tych, do których trzeba obowiązkowo pojechać w czasie wakacji na Lanzarote. Zwiedzanie dzieli się na kilka etapów. Na początek, dla chętnych - przejażdżka na wielbłądach. 
Nie jest lekko. Powietrze jest suche i duszące, trzeba przygotować się na wysokie temperatury. Podeszwy butów nagrzewają się w kilka minut. Moje marnej jakości balerinki... zaczęły się w pewnym momencie topić! Byłam zaskoczona i lekko zdenerwowana. Miałam chwilami wrażenie, że stąpam po żywym ogniu.
Większą część parku można oglądać tylko z okien autobusu. Część turystów wyraziła niezadowolenie, ja jednak tę decyzję rozumiem. Celem jest ochrona przyrody przed zanieczyszczeniem i zniszczeniem, poza tym odległości są bardzo duże. W czasie przejazdu puszczana jest opowieść o tym, jak dokładnie wyglądały te katastrofalne w skutkach erupcje sprzed ponad 200 lat.

W końcu dociera się do wspaniałego punktu widokowego (jedno z dzieł fenomenalnego architekta Cesara Manrique), przy którym mieści się restauracja El Diablo, serwująca m.in. mięso przygotowywane na grillu zawieszonym nad ogniem prosto z ziemi! Organizowane są tam też pokazy ukazujące siłę natury. Woda wlana do szczelin wytryskuje niczym gejzer, siano wrzucone do dziury pali się w kilka sekund (10 metrów wgłąb ziemi temperatura wynosi ponad 100*C, a głębiej dochodzi nawet do 600*C!). Robi to niesamowite wrażenie.
Słowa to za mało, by oddać emocje towarzyszące wizycie w parkuW takich chwilach człowiek uświadamia sobie potęgę natury, czuje się mały i zupełnie bezradny. To wielka lekcja szacunku dla Matki Ziemi, dająca świadomość, że człowiek wiele potrafi, ale nie nad wszystkim może zapanować. 

11.3.10

Plaża w Costa da Caparica koło Lizbony

 
Dziś chciałabym zabrać Was w wirtualną podróż na najładniejszą plażę w okolicach Lizbony (przynajmniej moim zdaniem). Plaża w miejscowości Costa da Caparica zachwyca mnie nieustannie, wracam na nią bardzo często i robię niezliczone wręcz ilości zdjęć. Dziś pokażę Wam kilkanaście z nich. 
Widziałam wiele portugalskich plaż, ale ta jakoś jest najbliższa mojemu sercu, szczególnie poza ścisłym sezonem. Ustawione wzdłuż plaży kolorowe domki są wówczas prawie puste, tylko przy nielicznych widać ślady czyjejś obecności. Restauracje i bary są zamknięte. Jest bardzo cicho.
Ponieważ to miejscowość, w której przez cały rok mieszka wielu Portugalczyków, zawsze można spotkać kogoś na spacerze. Starszych i młodszych. Są gustownie ubrani panowie i kobiety w kolorowych sukienkach, narzucające na nie cieplejsze swetry. Wszyscy wystawiają twarze ku słońcu, łapiąc łapczywie wiosenne promienie.  
To miejsce jest jednym z powodów, dla których chciałabym kiedyś mieszkać w Lizbonie. W ciągu zaledwie pół godziny można uciec od zgiełku miasta. Od zmęczenia, nudnej pracy, wszelkich kłopotów. W miejsce całkowicie wakacyjne. Beztroskie. Idealne. 
Latem też jest wspaniale! Kolejka TRANSPRAIA jedzie powoli, mijając kolorowe domki, campingi, plaże nudystów, samotne łódki, czasem rybaków suszących sieci. 
Widoki są zachwycające, warto zapłacić tych kilka EUR za kilkunastominutową przejażdżkę. Plaża ma ponad 15 km długości, jest więc co podziwiać. 
W sezonie jest dość dużo ludzi, ale dzięki temu, że plaża jest ogromna, praktycznie nigdy nie ma tłoku, wystarczy tylko nieco oddalić się od głównego zejścia.
Jesienią czy wiosną, gdy nie ma plażowiczów opalających się w letnim słońcu, można obserwować psy goniące za patykami, małe skorupiaki przemykające po piasku i lepić babki.  
Ja lubię szukać muszelek. Są wielkie i piękne, zwykle niezniszczone.  Lubię też spacerować, łapać wiatr we włosy. Śmiać się i cieszyć chwilą. To jedno z moich Miejsc Magicznych. 
Trochę piasku, ręcznik w kolorowe paski, butelka wody, świeże owoce kupione na lokalnym targu. Do szczęścia nie trzeba nic więcej.
Wystarczy usiąść i patrzeć. Na ocean i jego fale, czasem ogromne i rozbijające się z łoskotem o brzeg, innym razem spokojne. Na ludzi, korzystających z chwili wolności od pracy i codziennych obowiązków.
Lubię tam wracać, także w marzeniach. Jeśli będziecie kiedyś w Lizbonie, wybierzcie się koniecznie i dajcie znać jak wrażenia

9.3.10

Madera. Targ Mercado dos Lavradores

Marcado dos Lavradores to najpopularniejszy na Maderze targ spożywczy. Zlokalizowany jest w stolicy wyspy, mieście Funchal. Kupicie tam wszystko - od świeżych ryb, przez warzywa i owoce, aż po przyprawy i orzechy. Co prawda w cenach o około połowę wyższych niż w zwykłych sklepach, ale i tak warto tam pójść, aby zrobić nawet niewielkie zakupy albo przynajmniej nacieszyć oczy kolorami.

8.3.10

Lanzarote - wyspa ognia, wody i wiatru

Oglądałam dzisiaj "Przerwane objęcia" Pedro Almodovara. Lubię jego filmy - za kolory, precyzję, emocje. I historie, które opowiada. Jak zwykle urzekła mnie muzyka (genialny Alberto Iglesias) i pięknie pokazana wyspa Lanzarote. Niezwykle cicha, surowa i wietrzna. Dokładania taka, jaką ją zapamiętałam.

5.3.10

Czy warto odwiedzić Porto zimą?

Porto zimą
Jaka jest zimą pogoda w Porto? Zmienna i nieprzewidywalna. Słoneczna aura i 15*C potrafi w ciągu kilku minut zmienić się w lodowatą ulewę. Bywa szaro i ponuro, ale gdy jasne promyki przebiją się przez chmury, robi się pięknie. Niezależnie jednak od warunków atmosferycznych, Porto jest miastem, które czaruje. Nawet zimą. 

4.3.10

Na dobry początek

Kocham poznawać świat. Żyję od wyjazdu do wyjazdu. Nie trzeba mnie długo namawiać do spakowania walizki i kupienia kolejnego biletu. Nie musi być daleko. W każdym miejscu można coś zobaczyć, przeżyć, poczuć. Przeglądałam ostatnio stare zdjęcia i różne zapiski z podróży. Z wielkim smutkiem stwierdziłam, że tak dużo zapominam... Miejsc, szczegółów, nazw, smaków, zapachów. Porozrzucane po folderach zdjęcia powoli zaczynają się mieszać. Wspomnienia się zacierają, zlewają ze sobą. Co wtedy czułam? O czym myślałam? Chciałabym, żeby to, co ważne zostało. Może ten blog pomoże? Zapraszam Was do wspólnej podróży!
TOP