30.9.10

Algarve. Uroki zachodu - Monchique i Lagos

Prosto z Silves wyruszyliśmy w drogę do Monchique. Jazda stromą drogą pomiędzy zielonymi wzgórzami Serra de Monchique zapiera dech - wulkaniczne pasma porośnięte lasami i różnymi drzewkami robią duże wrażenie. 
Potem usnęłam i tę część wycieczki pamiętam jak przez mgłę... Ładne zdjęcia i opisy z tej okolicy ma na swoim blogu Ewa - łącznie z przeglądem lokalnej roślinności. Przy jednym z punktów widokowych jest sklep w rękodziełem.
Dużo tu niestety pamiątek made in china,  ale też sporo ładnych obrusów i serwet, wyrobów z korka i ceramiki.
Jadąc w kierunku wybrzeża dotarliśmy do Lagos i znowu pożałowałam, że godzina ma tylko 60 minut.
Miasto na pierwszy rzut oka wydaje się duże, ale jest niewielkie. Dzieli się na część starą, historyczną, pamiętającą jeszcze czasy Maurów i nową, bardzo turystyczną. W porcie spotkać można zarówno rybackie kutry jak i łódki, których właściciele urządzają sobie błogą, popołudniową siestę.
Promenadę przy porcie (z pięknym chodnikiem!) otacza długa aleja palmowa. W tle, na wodzie - replika karaweli.
W Lagos jest dużo kościołów, niektóre podobno piękne, ale ja wolałam powłóczyć się uliczkami, zajrzeć w każdą bramę.
Tym bardziej, że to miasto przesiąknięte jest historią. Kogo nie fascynowali żeglarze, który ufnie wyruszali na podbój świata? Nie od dziś wiadomo, ile Wielkich Odkryć miało swój początek właśnie w Portugalii. Na jednym z placów spotkałam pomnik dumnego Henryka Żeglarza. Niby siedzi sobie wygodnie, ale jego oczy mówią "ruszcie się i odkrywajcie to, co nieznane!".
W miasteczku jest wielu turystów. Są więc stragany, pocztówki, pamiątki, które można kupić na każdym kroku. Oraz restauracje, bary, fast-foody. Są też mieszkańcy siedzący na ławkach i rozmawiający na różne, ważne tematy.

30.9.10

Algarve. Uroki zachodu - Silves

Tuż po przylocie do Portugalii skonfrontowałam moje marzenia o samodzielnym zwiedzaniu z rzeczywistością. "Mierzyć siły na zamiary" miało tu pełne zastosowanie. Zwiedzenie w sześć dni całego Algarve bez użycia samochodu jest równie realne, co lot w kosmos tuż po śniadaniu. Uznałam, że na zachód i wschód wybrzeża wykupimy lokalne wycieczki.

Jako pierwsza odbyła się "Uroki Zachodu". Nie jestem wielką miłośniczką zorganizowanego zwiedzenia, ale muszę przyznać, że było w porządku. Pierwszy przystanek na trasie to miasto Silves. Położone z dala od wybrzeża nad rzeką Arade, pięknie wkomponowane między zielone wzgórza.
Stare miasto szczyci się bogatą historią. Powstało jeszcze przed najazdem Rzymian, a potem mocno rozwinęło się w czasie rządów Arabów. Uczynili oni z miasta stolicę regionu Al-Gharb (wówczas nosiło nazwę Xelb). Na każdym kroku widać ich wpływ na architekturę. Miasto jest pastelowe, delikatne, w jakiś sposób urzekające.
Najbardziej rzucają się w oczy mury obronne, zamek górujący nad miastem i położona obok katedra Sé  (dawniej stał tu meczet). Nie brakuje ładnych zakątków i miejsc, które warto odwiedzić.
Silves jest odwiedzane przez turystów zwykle tylko przejazdem, dzięki czemu jest idealne do podglądania codziennego życia mieszkańców. Spokojnego i niespiesznego.
Uwielbiam tych spotykanych na każdym kroku ludzi zajętych rozmową, pełną gestów i nagłych okrzyków zdziwienia. Zauważyliście, że większość Panów nosi kaszkiety? :)
Niestety, my byłyśmy w Silves w godzinach porannych, gdy zjeżdżają niezliczone ilości wycieczek, co nie sprzyja poznawaniu tego, co prawdziwe.
Podobno w dzisiejszych czasach to dawniej portowe miasto żyje z uprawy cytrusów, głównie pomarańczy. W Silves jest hala targowa, w której można kupić świeże warzywa, owoce, ryby, mięso. Wspomnienie kupionych tam fig wciąż prześladuje mnie po nocach - to było niebo niebo w gębie! :-)
Bardzo chciałam zwiedzić Muzem Korka, ale niestety zabrakło czasu. Na zamek też zabrakło... Ale jego okolica podobała mi się bardzo. Może innym razem uda się zobaczyć więcej? Silves zachęca do powrotu, na spokojnie, w mniej "szczytowej" porze.

28.9.10

Algarve. W stronę Ferragudo

Po porannym relaksie na plaży postanowiłyśmy wybrać się do Ferragudo - niewielkiego miasteczka położonego po drugiej stronie rzeki Arade. Poszłyśmy spacerem do Portimão, tam złapałyśmy autobus EVA TRANSPORTES (główna korporacja działająca na wybrzeżu, która zapewnia dojazd absolutnie wszędzie) i po 10 minutach byłyśmy na miejscu. Ferragudo spodobało mi się od razu. 
Jest zupełnym przeciwieństwem Praia da Rocha. To naprawdę niesamowite, że na dwóch brzegach tej samej rzeki mogą leżeć tak różne miejscowości! Żadnych hoteli, dużych budynków. Tradycyjna zabudowa, wąskie uliczki, jasne kolory. 
Turystów niewielu, sklepów z pamiątkami czy plażowymi gadżetami tylko kilka i to w miarę przyzwoitych, oferujących niewiele towaru made in China.
Jeden placyk z barami i knajpkami serwującymi przekąski oraz zimne wino, a poza tym zwykłe, spokojne, portugalskie życie. W porcie rybacy suszyli sieci, segregowali ryby i owoce morza z porannego połowu. Łódki spokojnie unosiły się na wodzie w niewielkiej zatoce.
Uwielbiam zapach portów i świeżych ryb. W ogóle uwielbiam ryby, ale w Warszawie nie  jem ich często. Z tego powodu wyjeżdżając zazwyczaj wybieram noclegi tylko ze śniadaniami (albo i bez nich), gdyż  zamiast hotelowego mixu wszystkiego z niczym, zdecydowanie wolę grillowaną rybę zrobioną specjalnie dla mnie!
Klimat portów i ich nieśpiesznego życia jest niesamowity... Zbliżała się pora lunchu, więc od razu zwróciłam uwagę na małą restaurację A Ribeira, położoną tuż przy rzece, rybakach i wrzeszczących mewach.
Plastikowe krzesła, papierowe obrusy na stolikach i skromnie wyglądające wnętrze. Nie trzeba mnie nas było długo namawiać - po tylu latach jeżdżenia do Portugalii wiem, że takie miejsca są najlepsze!
Zamówiłam moją ulubioną rybę, peixe-espada. Pierwszy raz jadłam ją na Maderze i zakochałam się bez pamięci. Jest brzydka z zewnątrz, ale cudowna w środku. Biała, delikatna, po prostu obłędna w smaku - trzeba spróbować, aby zrozumieć o czym mówię!
W Portugalii jeszcze przed złożeniem zamówienia obsługa przynosi przystawki. Różnią się one w zależności od lokalu, chyba nigdy nie dostałam dwa razy tego samego. Zazwyczaj w ich skład wchodzą pyszny, świeży chleb z masłem oraz tradycyjne oliwki w zalewie na bazie oliwy. A reszta... czym tego dnia chata bogata! Małe rybki, lokalne sery, ciecierzyca lub fasola z suszonym dorszem i cebulką, mini pierogi z krewetkami, genialny marynowany czosnek, glazurowana marchewka, pieczarki w zalewie i wiele innych. Ku własnemu zdziwieniu, w trzech polskich publikacjach przeczytałam, że te przystawki sporo kosztują, więc lepiej ich w ogóle nie ruszać i udać, że się ich nie widzi, aby nie zapłacić...
Czy faktycznie są drogie? Zależy. Wiadomo, nie zje się wszystkiego i nie wszystko się lubi. Ale chleb, oliwki, ser i te wszystkie fasole są pyszne. Zwykle kosztują 3-5 EUR za osobę przy cenie dania głównego 8-15 EUR (górna granica zdarzała mi się na Algarve, w centrum czy na północy było znacznie bliżej niższej). Rozumiem, że można z nich zrezygnować, jeśli nie jest się głodnym, ale na danie główne trochę się czeka, a na wakacjach czas nie nagli. Może się wydawać, że tego jedzenia jest dużo, ale wszystko do podziału między 2-3 osoby.
Jeśli będziecie kiedyś w Ferragudo, musicie odwiedzić tę restaurację. Ryby świeżutkie, cieplutkie, dopieszczone. Pyszne startery, sałatki. Wybitnie smaczne białe vinho da casa. A to wszystko w miłej atmosferze i z serdeczną obsługą. Po jedzeniu pospacerowałyśmy jeszcze po miasteczku.
Ferragudo mnie szczerze urzekło. Postanowiłyśmy wrócić do Praia da Rocha na piechotę, żeby jak najbardziej opóźnić powrót do naszych wieżowców i spalić wielkie pajdy świeżego chleba. Ferragudo to zdecydowanie jeden z zachwytów tego wyjazdu. Miejsce, do którego się wraca!

28.9.10

Algarve. Po wschodzie słońca

Pierwszej nocy naszego pobytu na wybrzeżu Algarve autentycznie śniły mi się koszmary - że nigdzie nie pojadę, nic nie zobaczę, będę musiała siedzieć z Anglikami w tej nieciekawej miejscowości. Żadnych rozkładów jazdy, nieopisane przystanki, autobusy-widmo, nieczynna Informacja Turystyczna, brak chętnych na wycieczki... Czy naprawdę turyści tylko leżą i jedzą?! 
Obudziłam się o świcie, zjadłam śniadanie i poszłam na plażę, która po raz drugi przywróciła mi spokój duszy i dobry nastrój.
Woda, piasek, słońce i urok poranka potrafią zdziałać cuda! Poczułam się fantastycznie i uwierzyłam, że będzie OK. W końcu dlaczego miałoby być źle?
Zaczęłam spacerować, obserwować mewy, małego kraba biegnącego szybko do wody, brałam w dłoń wielkie muszle. Usiadłam, rozejrzałam się i doszłam do wniosku, że plaża jest tak wspaniała, że mogłabym siedzieć na niej przez najbliższe dni w razie potrzeby. 
Godzinę później udało nam się kupić anglojęzyczne wycieczki na które liczyłam. I dowiedziałam się jak dojechać samodzielnie tam, gdzie chcę. Uff, wyjazd uznałam za rozpoczęty! 

27.9.10

Algarve - wstęp i Praia da Rocha

W Portugalii byłam już 7 razy, ale południe kraju znałam wyłącznie z artykułów w gazetach i zdjęć w Internecie. Wiedziałam, że wybrzeże Algarve jest drogie, komercyjne, pełne turystów z Wielkiej Brytanii i Niemiec. Wierzyłam jednak, że odnajdę tam "swoje miejsca". Udało się, chociaż wyjazd obfitował zarówno w zachwyty jak i srogie rozczarowania. To region wciąż mało popularny wśród Polaków, więc chciałabym Wam o nim opowiedzieć dokładniej, dzień po dniu.

Wylądowałyśmy w Faro rano, więc już około południa zakwaterowałyśmy się w naszym hotelu  w miejscowości Praia da Rocha. Wybrałam ją z dwóch powodów - jest dobrą bazą wypadową na zwiedzanie regionu  i słyszałam, że ma piękną plażę. Spodziewałam się turystycznego byle czego, ale rzeczywistość przebiła wyobrażenia... Praia da Rocha (tłum. skalista plaża) to  turystyczna strefa dużego miasta Portimão. Hotel na hotelu, gigantyczne apartamentowce, a także place budowy kolejnych sąsiadujące z sypiącymi się, zamkniętymi lokalami. Do tego promenada, a przy niej chińska bazarowa tandeta, lokale dla Anglików i tak naprawdę nic więcej. Pierwsze wrażenie bardzo złe. Taki klimat to zupełnie nie moja bajka, ale wytłumaczyłam sobie, że mamy tam tylko spać.
Humor poprawiła mi też plaża - poszłyśmy na nią tylko na chwilę, ale od razu poczułam się znacznie lepiej. Długie schody, wysokie skały, brak tłumów, miękki piasek pod stopami i ładne widoki zdecydowanie złagodziły moje nerwy.
Nie chcąc jeść w centrum, na pierwszy posiłek wybrałyśmy położoną na klifie Restaurante Ao Mar, w której zjadłyśmy pyszne sałaty z tuńczykiem.
Poza cudownym widokiem na plażę i morze, do zalet tej restauracji należą jej kolorystyka, estetyka i bardzo zadbany teren dookoła.
Porcja sałaty była duża i smaczna, świeżo robiona, trochę droga, ale lokalizacja jak dla mnie w pełni uzasadnia nieco zawyżone ceny. Do tego wyciskany sok z pomarańczy.
Pod wieczór poszłyśmy jeszcze na spacer do Portimão. Posiedziałyśmy w porcie i próbowałyśmy zlokalizować jakieś lokalne biuro podróży, aby kupić wycieczki fakultatywne. Niestety bezskutecznie.
Pan na recepcji nastraszył mnie, że do skutku dochodzi tylko Lizbona i Fatima (w których już byłam) i Sewilla (dziękuję, ale nie mam czasu na Hiszpanię, bo chcę zwiedzić Algarve!). Na własną rękę bez samochodu byłoby ciężko. Żadnych rozkładów na przystankach, a do zjechania grubo ponad 200 km... Poszłam spać w niezbyt optymistycznym nastroju. Ale jak się miało okazać... później było już tylko lepiej! c.d.n.

3.9.10

Fuerteventura - kraina aloesu

Fuerteventura to wyspa, na której czas płynie jakby wolniej. To takie magiczne miejsce, w które można uciec od zgiełku codzienności, aby wyciszyć się, odpocząć lub poszukać aloesu.
Będę do znudzenia powtarzała, że jeśli ktoś był na jednej z Wysp Kanaryjskich i twierdzi, że je zna, to się bardzo myli. Każda wyspa jest inna, a przy tym każda jest niesamowita. Fuerteventura zachwyca spokojem. Zero zieleni, sucho, puste przestrzenie, góry i ciemna ziemia. Relaks dla oczu, ciała i duszy.
Chociaż symbolem wyspy jest koza (zwierze, które potrafi żyć w tak nieprzyjaznych warunkach), to mi najbardziej kojarzy się ona z aloesem i jego pięknie wyglądającymi plantacjami. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć aloes z bliska, przekonać się jak wygląda po przekrojeniu, powąchać go, dotknąć. Jestem wielką fanką kosmetyków z aloesu. Mam bardzo wrażliwą, alergiczną skórę, a aloes zawsze ją koi i pomaga, np. po zbyt długim czasie spędzonym na słońcu. W odwiedzanych na wyspie sklepach ceny były jednak zbyt wysokie, chociaż wierzę, że 95% aloesu w składzie, bez dodatku chemii, mogłoby zdziałać prawdziwe cuda.
Pola aloesu wyglądają bardzo ładnie. Takie sympatyczne roślinki, żółto-zielone, stoją grzecznie w czarnym wulkanicznym piachu, na tle łysych gór. To jeden z wielu powodów, dla których warto odwiedzić tę wyspę.
Innym na pewno są psy pieszczochy ;) Ten był wyjątkowo miłym okazem.
TOP