16.10.11

Notting Hill. Pożegnanie The Travel Bookshop

Kiedy usłyszałam, że znana z filmu Notting Hill księgarnia z książkami podróżniczymi zostanie zamknięta jesienią tego roku, zrobiło mi się trochę smutno. Właściciel nie jest w stanie już jej prowadzić, a jego dzieci nie mają na to ochoty. Uwielbiane przez turystów i miłośników filmu miejsce przestanie istnieć. Co ciekawe, wydaje mi się, że z zewnątrz pokazywano w ujęciach inną księgarnię, na Portobello Road, a w tej kręcono jedynie sceny wewnątrz sklepu.
Szukałam na ten temat informacji, ale muszę przyznać, że są bardzo sprzeczne. Jedni twierdzą, że film był kręcony w środku, inni, że na zewnątrz też, jeszcze inni, że był jedynie inspiracją a wnętrza widoczne w filmie nie są prawdziwe.
Ale jakie to ma znaczenie? Dla fanów to miejsce i tak jest kultowe. Jak byłam w Londynie we wrześniu trwały ostatnie dni wyprzedaży książek. Wielka szkoda!Oczywiście do Notting Hill wybrałyśmy się w sobotę, kiedy największe tłumy odwiedzają Portobello Market o którym pisałam już w zeszłym roku.
Jedno z tych londyńskich miejsc, które obowiązkowo należy odwiedzić.
Uwielbiam tę okolicę za kolory, niemalże bajkowe. Dla mnie cała dzielnica wygląda jak wyjęta z książeczki dla grzecznych dziewczynek.
Lubię detale, których jest tu mnóstwo. Drobiazgi, jak ozdoby, kwiaty, donice. Ciekawe zasłonki, lampy, niespodzianki w ogródkach. Trzeba się rozglądać. 
Poniżej - wystawa jednego ze sklepów bodajże odzieżowych. Cała witryna to dziesiątki starych, fantastycznych maszyn do szycia. Zawsze patrzę urzeczona.
Tłumy, tłumy, tłumy... Z jednej strony jest to fajne, bo bez ludzi, nie ma też straganów. Ale z drugiej strony trzeba przygotować się na przepychanie między spacerowiczami. I koniecznie pilnować swojej torby i portfela.
 I znowu przykład pastelowych kolorów jakimi Notting Hill jest wymalowane.
Wystarczy odejść kilkaset metrów od targu, w okolicę, gdzie zaczynają się dzielnice imigrantów. Na Golborne Road  57 znajduje się prawdziwa lizbońska kawiarnia. Jakby byłą przeniesiona ze stolicy Portugalii na latającym dywanie :)Pracują w niej Portugalczycy. Jest skromna i prawdziwa. Pachnie kawą serwowaną w prostych filiżankach przy szklanym blacie. Szybką kawą. A do niej ciastko, jeszcze ciepłe. I soki Compal. I Sumol. I ta niezwykła atmosfera...
Pasteis de nata smakują tam jak te w moim ukochanym kraju. Bardzo lubię odkrywać takie miejsca. Za to między innymi tak uwielbiam Londyn. Jest dla mnie wielką zagadką, pełną niespodzianek czekających by ich odszukać.

5 komentarzy:

  1. Wszędzie wypatrzy Lizbonę - nawet w Londynie ! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Frumos reportaj cu fotografii infatisand diverse forme de comert!

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda miejsc z duszą, a Lizbona okazuje się może być...wszędzie /choć w symbolach, kolorach, zapachach../.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pastel de nata apetycznie wyglądający - skonsumowałabym z radością :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Janusz - wypatrzę, wywącham ;)

    Mażena - Lizbona jest zawsze przy mnie w sercu ;)

    Ewa - smaczna była i ładnie pachniała :)

    OdpowiedzUsuń

TOP