28.1.11

Haga zimowym popołudniem

O ile Rotterdam nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia, to Haga podobała mi się bardzo. Byłyśmy tam zaledwie 3 godziny, więc nie poznałam jej dobrze, ale i tak ciepło wspominam. Była miłą odmianą po surowym, nieco chłodnym wizualnie Rotterdamie.
Starsza część Hagi jest bardzo klimatyczna. Proste kamienice, wąskie uliczki, ładne sklepiki. Jest też to, czego nie widziałam za wiele w Rotterdamie - kawiarenki, małe lokale, eleganckie restauracje.
Ponieważ dzień był wyjątkowo ciepły, wiele osób spędzało go na zewnątrz. Na rowerach, w knajpach, czytając książki lub po prostu spacerując bez pośpiechu.
 Trafiłyśmy nawet na mały targ, gdzie można było kupić używane książki.
Ponieważ zupełnie nie znam języka, poprzestałam na oglądaniu i robieniu zdjęć.
  Na ulicach ciągle unosił się klimat minionych świąt, trafiałyśmy na choinki i ozdoby.
Jak na kobiety przystało, nie mogłyśmy odmówić sobie małych babskich przyjemności. Jakich? Wyszukiwania rowerów z ozdobami (kwiatki!) i zapoznania się z ofertą wyprzedaży :)
 Co do rowerów, to słowo ROWER jest chyba synonimem słowa HOLANDIA.
 Jest ich tak dużo, a przy tym są tak ładne i stylowe, że można dostać oczopląsu.
Jeśli miałabym kiedyś wrócić do Holandii to głównie po to, aby zobaczyć Amsterdam. I może holenderską wieś w trakcie rozkwitu moich ukochanych tulipanów?

26.1.11

Wycieczka na Wzgórze Tibidabo w Barcelonie

Uparłam się, że w czasie tej wizyty w Barcelonie udam się w końcu na wzgórze Tibidabo. Towarzyszka podróży wybrała muzea, więc wyruszyłam samotnie. Zazwyczaj wszystko dokładnie sprawdzam - godziny otwarcia, dojazd, ale tym razem nie. Los się zemścił. Dojechałam metrem do stacji Av. Tibidabo i znalazłam słynny niebieski tramwaj. Odczekałam 35 minut po czym zobaczyłam napis (malutką czcionką), że kursuje on tylko w weekendy. Autobus miejski numer 192, który jeździ w tygodniu uciekł, a w kolejnym kierowca wprowadził mnie w błąd. Kazał kupić bilet, mimo, że pytałam czy mogę użyć karty miejskiej. Powiedział, że nie, a mogłam. Podjechał 3 przystanki i ... "koniec trasy". Przy kolejce na Tibidabo, która nie działała, gdyż park, jak się okazało, w styczniu park był czynny tylko w pierwszych dniach nowego roku... super początek!
Ruszyłam pod górę piechotą, ale się wycofałam - to ponad godzina drogi, a ja nie miałam tyle czasu. Wróciłam więc na Placa Funicular i zobaczyłam taksówkę. Wjazd na Tibidabo 10 euro. W tej całej swojej niedoli poznałam młodego Serba, który zdecydował się jechać ze mną. Taksówkarz wysadził nas i zwiał nim zdążyłam zapytać czy może poczekać 20 minut. Humor poprawił mi kościół p.w. Najświętszego Serca Jezusowego. Przepiękny!
Z jego tarasu rozciąga się piękny widok na miasto. Ograniczony karuzelami, ale jednak. Nie wiedziałam, że windą można wjechać prawie na sam szczyt... szkoda. Ale co się odwlecze... Póki co musiałam się zadowolić widokiem częściowym.
 Byłam zupełnie sama. Absolutnie żadnych turystów. Ja, kościół i w dole Barcelona.
Taki widok na całkowitą wyłączność - to nie zdarza się w życiu często, niestety. Najchętniej spędziłabym tam godzinę, po prostu patrząc przed siebie. 
Serb postanowił pójść na kawę (biedny, zmęczony :)), ja się kręciłam to tu, to tam. Z drugiej strony zabudowań można zobaczyć góry, o tej godzinie w pełnym słońcu.
Kiedy postanowiliśmy wracać, zauważyłam autobus numer 111. Jedyny w okolicy. Pan kierowca wysadził nas na trzecim przystanku, dokładnie po przeciwnej stronie niż łapaliśmy taksówkę. Zdębiałam. Bez mapy, wiedzy i sił zachciało mi się chyba płakać. Ale zobaczyłam stację. Ze stacji odjeżdżała mała kolejka wąskotorowa, dwukierunkowa, tak jakby. Dowiozła nas na inną stację, skąd w 30 minut dojechaliśmy zwykłym pociągiem do Barcelony. Na całą podróż w jedną i drugą stronę straciłam ponad 4h. Na górze byłam... 25 minut, ale nie żałuję. Wiem, że będę jeszcze kiedyś w Barcelonie. I już będę odpowiednio przygotowana. Z godzinami otwarcia parku, mapą i wiedzą na temat komunikacji.

24.1.11

Barcelona. Śniadanie w porcie

Port w Barcelonie dzieli się na stary (Port Vell), nowy i przeładunkowy. Dużo tam sklepów, restauracji, a także duże kino IMAX i oceanarium. To spokojne i idealne miejsce na nieśpieszne śniadanie.
Promenada przy porcie jest jednak atrakcją samą w sobie. Porośnięta palmami, szeroka, pełna ławeczek zapraszających by usiąść. 
W leniwe, ciepłe poranki można tu spotkać wielu mieszkańców miasta. Czytają gazety, spacerują, bawią się z psami albo uprawiają jogging.
Albo jeżdżą na rowerze. W ogóle w Barcelonie rowerów jest bardzo dużo. I własnych i z wypożyczalni, które spotka się na niemal każdym kroku.
Z samego rana poszłyśmy na otwarcie targu La Boqueria i kupiłyśmy różne produkty z których później zmontowałyśmy szybkie śniadanie.
Bardzo proste, w którego skład weszła chrupiąca, świeżutka bagietka, pachnąca szynka i ostry ser. Do tego szybka kawa na wynos. Połączenie idealne.
Poniżej widok na promenadę przy porcie, pełną palm i zacisznych miejsc.
Po śniadaniu rozstałyśmy się na jakiś czas, mając nieco inną wizję dnia. Ja pojechałam sama, gdzieś daleko. Ale to już osobna historia na kolejny wpis!

20.1.11

Barri Gòtic - dzielnica gotycka w Barcelonie

Lecąc do Barcelony miałam jedno, skryte marzenie - mieszkać w dzielnicy gotyckiej. Udało się, nasz hostel mieścił się zaledwie 5 minut wolnym spacerem od Katedry. Odbywał się przy niej kiermasz antyków - można było kupić książki, stare zegarki, biżuterię, wachlarze i wiele innych pięknych przedmiotów.
W Barri Gòtic, średniowiecznej dzielnicy zakochałam się już kilka lat temu. Głównym jej punktem jest właśnie Plaça de la Seu z Katedrą św. Eulalii, ale na spokojne przejście całej plątaniny uliczek potrzeba kilku godzin.
Albo i dni, bo na każdym kroku czekają niespodzianki - małe sklepiki, pachnące piekarnie, butiki vintage, kafejki.
Dzielnica gotycka to wiele zabytków (szczególnie kościołów), ale czy jest coś lepszego niż niedbałe wrzucenie przewodnika do torby i ruszenie przed siebie? 
Tak, zwyczajne zapomnienie o całym świecie i wtopienie w otaczająca scenerię, obserwowanie.
Lubię zabytki, to oczywiste. Wiele z nich zachwyca, ale mimo wszystko najbardziej lubię chodzić. Zupełnie bez celu, najchętniej sama. Obserwować ludzi, podglądać ich codzienność, chłonąć atmosferę.
W stolicy Katalonii jest to wyjątkowo przyjemne. Ludzie są po prostu piękni. Lubię rysy ich twarzy, gęste włosy, sposób poruszania się. Postawę. Widać, ze i kobiety i mężczyźni przykładają wagę do tego, co mają na sobie. Jest takie miejsce niedaleko katedry, przy którym zawsze kręcą się grupki turystów. 
Trafiałam na ulicznych muzyków i artystów, czasami zatrzymywałam się na dłużej, żeby ich posłuchać lub popatrzeć co robią. 
Uliczka Carrer del Bisbe i znajdujący się na niej "most" łączący dwa budynki. Kto był w Barcelonie, a jakimś cudem tam nie dotarł, ten zdecydowanie gapa ;)

19.1.11

Plaça Reial w Barcelonie

Plaça Reial - jedno z wielu popularnych miejsc w Barcelonie. To niewielki placyk ukryty wśród wąskich uliczek dzielnicy gotyckiej. Zacieniony, pełen palm. Główne wejście znajduje się przy La Rambla, ale i tak łatwo je przegapić. Znajdują się tu liczne kafejki, bary i popularne kluby.
W centralnej części placu stoi fontanna, miejsce wielu spotkań. Otaczają ją piękne, klimatyczne latarnie projektu Antoniego Gaudiego. Plaza Real jest miejscem świeżym i naprawdę przyjemnym.
Można tam wypić kawę albo obejrzeć jeden z licznych koncertów pod gołym niebem. Co jakiś czas odbywają się tam niewielkie targi z rękodziełem itd. Warto też usiąść i odpocząć przez chwilę w trakcie intensywnego zwiedzania.
Kto czytał "Cień Wiatru", pewnie pamięta, że właśnie tam mieszkała ze swoim wujem pierwsza platoniczna miłość głównego bohatera - Klara. Na placu znajduje się również bardzo lubiany ,niskobudżetowy hostel. Nazywa się Kabul i szukając noclegu natknęłam się na mnóstwo pozytywnych opinii na jego temat, niestety miejsca były już wyprzedane. Może ktoś jednak z tej informacji kiedyś skorzysta?

17.1.11

Targ La Boqueria - raj dla wszystkich zmysłów

Wstałam dziś rano, spojrzałam za okno w sypialni i głęboko westchnęłam. Szarość, wszędzie szarość... Na pocieszenie poszłam na bazarek, na którym znalazłam sterty smutnych, zziębniętych warzyw.  Jak to w styczniu. Zatęskniłam za wiosną i od razu wiedziałam, o czym dziś napiszę... La Boqueria, jeden z symboli Barcelony. 
Miejski bazar położony przy słynnych Ramblas w obecnej formie istnieje od 1914 roku. Od tak dawna cieszy wszystkie zmysły miejscowych i turystów, oferując im wszystko co można zjeść od razu lub przygotować w zaciszu własnej kuchni. Przy wejściu stoi pan z kolorowymi smoothies. Są obłędne. Za 2 EUR można wypić mix papai z mango, pomarańczy z kiwi, bananów z liczi, truskawek lub mango z prawdziwym kokosem i wiele, wiele innych kombinacji.
Chociaż ceny na targu do niskich nie należą, to codziennie starałyśmy się coś kupić. Świeżą bułkę, kilka plastrów szynki jamón, kiełbaskę chorizo czy kawałek aromatycznego sera. Wędliny i sery są tam zupełnie inne niż w Polsce. Świeże, pachnące, delikatnie suszone. Jeden cieniutki plaster wędzonej wędliny spokojnie wystarczy do całej półbagietki.
Sery były naprawdę pyszne, wyraziste w smaku, aromatyczne. Spróbowałyśmy kilku - żółtych, wędzonych i świeżych. 
Ryby i owoce morza - przy pomocy własnego nosa można szybko odszukać odpowiednie stoiska. Wielu z tych ryb nigdy wcześniej nie widziałam. Nie wiedziałam też, że istnieją krewetki wielkości mojej dłoni... a istnieją!
W hali można spędzić kilka godzin. Jest duża i fascynująca. Każde stoisko jest inne. Mnogość kolorów, zapachów, kształtów i nazw może zawrócić w głowie. Truskawki, czereśnie, piękne winogrona, figi... mimo zimy, każdy znajdzie to, czego szuka. Niektóre stoiska oferują tylko te owoce, które rosną w Hiszpanii.
Inne oferują egzotyczne, importowane owoce z całego świata. U tej pani prawie zasłabłam przed ladą :) Najchętniej wykupiłabym cały asortyment.
Ze względu na zasobność portfela ograniczyłam się jednak do soczystych mandarynek, zielonych fig i bananów kanaryjskich. Wpatrywałam się w różnorodność owoców jeszcze długo, wybór był niesamowity!
Bez problemu można dostać świeże sałatki, pakowane w plastikowe pudełka z łyżeczką, a także połówki papai, mango czy owoców smoczych, zawinięte w folię i położone na lodzie. Tak aby kupić, pójść do parku i od razu zjeść, na ławce, w cieniu dużego drzewa. 
Najlepiej przyjść na targ z samego rana, kiedy sprzedawcy rozkładają stoiska. Patrzyłam oczarowana jak wyjmują owoce, warzywa, czekoladki, ryby. Układają je równiutko, jeden obok drugiego, z wielką troską. To ciężka praca. Ale widok jest wspaniały. Natomiast wieczorem można liczyć na rabaty. Wiele świeżych produktów, szczególnie owoców, w głębi targu można kupić za pół ceny.
Awokado, melony, arbuzy, lekko podsuszane figi i daktyle, kokosy, orzechy. Ręcznie robione czekoladki, żelki i inne słodycze. Nic tylko kupować i jeść. Albo chociaż popatrzeć. Ale coś kupić trzeba, wspaniałe doznania gwarantowane! :)
Czy muszę Was jeszcze jakoś zachęcać do odwiedzenia Barcelony? A to tylko jeden z bardzo licznych powodów by zwiedzić to cudowne miasto!
TOP