28.2.11

Azulejo - magia w kafelku zaklęta

Azulejos. Symbol Portugalii i południa Hiszpanii. Kolorowe płytki, które zachwycają. Małe i wielkie dzieła sztuki. Czasem pojedyncze, niepowiązane wzory, w odcieniach niebieskiego i bieli.
Innym razem barwniejsze, tworzące razem symetryczne i ciekawe mozaiki. Zazwyczaj kwadratowe -te tradycyjne w Portugalii są o wymiarach 14cm x14cm*.
Gładkie lub nie, są malowane, a następnie pokrywane nieprzemakalnym szkliwem. Wbrew pozorom, ich nazwa nie pochodzi wcale od koloru niebieskiego - azul.
Wywodzi się z języka arabskiego (al zulaycha) i oznacza "mały, polerowany kamyk". Przybyły one na Półwysep Iberyjski razem z Maurami, w XV w. i zostały już na zawsze. Znajdziemy je wszędzie. Są naturalnym elementem krajobrazu, nie tylko w miastach.
Ozdabiają pałace, kościoły, domy. Ich zewnętrzne fasady, a także wewnętrzne ściany. Wewnątrz budynków pomagają utrzymać temperaturę - latem niską, zimą wyższą.
Dostrzec je można na klatkach schodowych, dworcach, sufitach, podłogach. Początkowo przedstawiały wzory geometryczne. Potem rośliny, następnie obrazy. 
Co na nich było? Wydarzenia historyczne, religijne, legendy, niezwykłe historie. Za nimi pojawiły się motywy kwiatów, owoców, symboli Portugalii i wiele innych.
Dziś azulejos produkowane są masowo, a wzorów są tysiące, jeśli nie więcej. Wiele zorganizowanych grup ma w planie zwiedzania Lizbony warsztaty z tworzenia azulejo - mogą pomalować i utrwalić własną płytkę, a potem zabrać ją do domu.
Kafle można też kupić. Na targach, w sklepach z pamiątkami. Jako ozdobę na ścianę, podstawkę pod gorące garnki, małe płytki w oprawie z korka. Wzory z azulejo ozdabiają także ceramikę - cudowne, ręcznie malowane dzbany, miski, zastawy stołowe.
Elementy azulejo można też odnaleźć w tabliczkach z nazwami ulic. Jedno jest pewne - są niesamowite. Często staję przed jakąś ścianą i patrzę jak zaczarowana. Jest ich tak dużo, że czasami przestaje się je zauważać, tak bardzo stają się oczywiste.
Ale warto je dostrzegać. Podziwiać. Doceniać. Są symbolem. Tworzą klimat, którego nie da się zapomnieć już nigdy. Zawsze przywołują wspomnienia. Potwierdzi to chyba każdy, kto miał okazję być w tym kraju. A kto nie był - niech jedzie, zobaczy, dotknie, zachwyci się...
*źródło: tablica informacyjna w Museu Nacional do Azulejo w Lizbonie

17.2.11

Park Güell w Barcelonie cz. II

Wracamy dziś do Parku Güell. Słynna ławka z ostatniego wpisu położona jest w górnej jego części, na tarasie widokowym. Tuż pod nim znajduje się piękna i rozległa sala kolumnowa, której nie sfotografowałam. Stało tam kilkunastu sprzedawców i dwa razy więcej turystów. Dla chętnych - jej zdjęcia tutaj. Od kolumn prowadzą schody w kierunku kolejnych symboli parku. Pierwszym jest kamienny pępek. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, owy pępek umieszczony w "statywie" według informacji z przewodnika* może nawiązywać do wyroczni delfickiej (grecy uważali sanktuarium za pępek świata - źródło).
Kilka kroków dalej spotykamy kolorową salamandrę. Znaną też jako mozaikowy smok. Wokół niej zawsze kłębi się tłum. Większość osób wkłada bidulce dłoń do pyska. Ja nie próbowałam, zawsze się boję, że w końcu się zezłości i mocno ugryzie akurat mnie :)
Znacznie bardziej lubię węża. Mniej popularny, a wcale nie gorszej urody. Nie wiedziałam, że to wąż. Wyczytałam to w kupionej w Barcelonie książeczce o Gaudim*. Jego głowa otoczona jest owocami eukaliptusa - są to dwa symbole zdrowia i medycyny*.
U Gaudiego niesamowite jest zamiłowanie do szczegółu. Wszystko jest perfekcyjne. Każdy mały kafelek, każdy szczegół, dachy, balkony, pojedyncze ściany, kraty w oknach.
Położone najniżej domki (widoczne na pierwszym zdjęciu) wyglądają jak z bajki. Takiej dla grzecznych dzieci. Asymetryczne, falujące, pełne oryginalnych detali.
W jednym z budynków uwagę zwraca wysoka, wąska wieża zakończona krzyżem. W drugim dach, którego kominy wyglądają jak wielkie grzyby. Jego architektura ma symbolizować połączenie ze światem magii i baśni, krainą druidów i szamanów, a także gnomów i czarownic*. Wyobraźnia Gaudiego pracowała chyba na pełnych obrotach.
Między budynkami znajduje się główna brama do parku. Wejść nią to jak zacząć obiad od deseru. Ja wolę górne wejście, przejście zieloną częścią parku, odpoczynek na zakręconej ławce. Potem dopiero zejście do sali pełnej kolumn i odkrywanie smoka oraz jego towarzyszy. Które wejście wybierzecie - zależy od Was. Ale Park Güell w swoim życiu odwiedzić musicie!
--------------------------------------------------------------------------------------
* owe teorie pochodzą z kupionej w Barcelonie książki "GAUDI - Introduction to his archeticture"
tekst: Juan-Eduardo Cirlot,  zdjęcia: Pete Vivas, Ricard Pla / wyd. Triangle Postals

14.2.11

Park Güell w Barcelonie cz. I

Gaudi. Jego dzieła mnie zachwycają. Park Güell jest jednym z najpopularniejszych wśród turystów, także jednodniowych. To duży ogród z obiektami projektu katalońskiego mistrza wybudowany dla Eusebio Güella. Chciał on miejsca inspirowanego naturą, zdrowiem, ucieczką od przemysłowej części miasta. Prace nad parkiem trwały ponad 14 lat, a niewiele później władze miasta przekształciły go w przestrzeń publiczną, dostępną dla każdego mieszkańca. 
Park położony jest w północnej części miasta, na znacznym wzniesieniu, w okolicy znanej jako Muntanya Pelada (Łysa Góra). Znajdują się tu liczne skwerki i uliczki, tereny zielone, wiadukt (pierwsze zdjęcie), schody, budynki, główny plac. 
To świetne miejsce widokowe, z szeroką panoramą Barcelony i morza. Byłyśmy tam tuż po południu i niestety miałyśmy słońce przed samym nosem.
Placyk otacza asymetryczna, zakręcona, kolorowa, najpopularniejsza ławka świata. Podobno także najdłuższa, ale co do tego nie mam pewności ani 100% źródła.
Do niej się dzisiaj ograniczę, ponieważ dla mnie jest absolutnym arcydziełem. Falująca, jakby unosiła się na wodzie. Idealnie wykończona, barwna niczym motyl. Myślę, że można spędzić w parku cały dzień, oglądając dokładnie każdy jej fragment. Stworzona jest w całości z tysięcy różnych, potłuczonych płytek ceramicznych. Każdy kawałek jest inny, fascynujący, a razem tworzą niezwykłą całość.
Z pozoru różnorodne, tworzą pasujące do siebie obrazki, o podobnej tonacji. Starałam się wyłapać każdy szczegół, każdy drobiazg, ale to chyba niewykonalne.
Nie umiem sobie nawet wyobrazić, ile pracy, czasu i chęci wymagało stworzenie tej mozaiki. Ławka ma ponad 130 metrów, a kafelki szczelnie ją pokrywają.
Zarówno siedzenie, jak też oparcie i wykończenie. Miliony małych kawałków. Każdy milimetr ławki łączy jedno - oszałamiające wręcz nasycenie barw.
Kolory są radosne, słoneczne, optymistyczne. Jak namalowane farbami przez dziecko z nieograniczoną jeszcze niczym wyobraźnią. Cudowne. Park Güell był jak dotąd miejscem, które w Barcelonie lubiłam najbardziej. Nie wiem czemu i kto się na to zgodził - zamienił się teraz w gigantyczny bazar.
Kiedyś widywałam 2-3 sprzedawców, a teraz... tylko na górze doliczyłam się ponad 30! Straszne. Wachlarze, pocztówki, bransoletki, płytki, kolczyki, koraliki, breloczki, magnesy i inna tandeta. Szkoda, to bardzo psuje urok tego miejsca.

11.2.11

Opowiem Wam bajkę, jak Gaudi oczarował Ajkę...

Barcelona jest pięknym miastem. Ale według mnie gdyby nie Antonio Gaudi, byłaby po prostu pięknym miastem, jakich wiele. Lubię sztukę nieoczywistą, zachwycającą barwami, płynnością. Fascynują mnie kolory, fantazyjne kształty, mozaiki, ciekawe pomysły. Podziwiam ludzi, którzy mają swoją wizję i bronią jej pomimo oporu innych osób. Dzięki Gaudiemu Barcelona jest dla mnie jak bajka. Jak zdumiewający sen. Sen, w którym wszystko zdarzyć się może, jeśli tylko mocno się pragnie. Jest jak marzenie, w którym można się zatracić i stracić kontakt ze światem. Dzięki Gaudiemu, Barcelona jest dla mnie taka, jak ją ją odbieram - niezwykła. c.d.n.

3.2.11

Plaża Barceloneta i promenada nadmorska w Barcelonie

"Take me back to the place that I know ... on the beach". Śpiewał dawno temu Chris Rea, a dziś nucę i ja. Posiedziałabym chętnie na plaży, poczytała jakąś książkę, pobiegała po piasku. Zdecydowanie mogłaby to być Barceloneta w słoneczny dzień.
To nie tylko plaża, ale właściwie dzielnica Barcelony. Dawniej mieszkali tu głównie rybacy i marynarze, a okolica raczej nie należała do najbezpieczniejszych. Dziś, mimo wielu nowoczesnych budynków, wciąż miejscami zachowała dawny klimat.
Już od rana można spotkać mieszkańców na rowerach, rolkach, deskorolkach. Niektórzy biegają, inni spacerują z psami albo siedzą na ławkach i patrzą w morze. Podoba mi się zabudowa początkowej części promenady, dość stara, kolorowa.
Nadmorski deptak jest szeroki i wyłączony z ruchu samochodowego. W tle: zabudowa Vila Olímpica oraz wielka złota ryba według projektu Ghery'ego.
Sama plaża jest dość szeroka i całkiem długa. Z jasnym, ale szarawym piaskiem. Rosną na niej pojedyncze palmy. W wodzie widać dużo muszelek i kamyczków. 
Woda w moim odczuciu jest teraz zimna, ale i tak widziałam kąpiących się ludzi. Niby do odważnych świat należy, ale ja chyba bym jednak podziękowała....
Najbardziej charakterystycznym punktem jest rzeźba R. Horn "Hołd dla Barcelony". Panowie z poniższego zdjęcia usadowili się w jej cieniu, aby lepić zamek z piasku. Wyszło pięknie.

1.2.11

Teneryfa. U stóp wulkanu Teide

Niewiele jak dotąd było wpisów o Teneryfie. Powód? Mam z niej mało zdjęć. Ale o wulkanie Teide koniecznie muszę napisać chociaż kilka słów. Nie byłam w kraterze, nie wspinałam się... Niestety, to była zwykła wycieczka. Autokarem po serpentynach, w górę, tam, gdzie robi się coraz cieplej. 
Wcześniej kilkanaście minut jechaliśmy w mgle gęstej jak bita śmietana. Aż tu nagle... pełna widoczność, słońce, niesamowite ciepło. Krajobrazy dookoła niemalże księżycowe. Czarne. Łyse. Wypalone.
Pico del Teide jest najwyższym szczytem całej Hiszpanii (3718 m.n.p.m). Ten nadal aktywny wulkan jest dla wielu największą atrakcją Teneryfy. A na pewno jej symbolem. Widać go z większości miejsc na wyspie, a także z sąsiedniej La Gomery w słoneczne, bezchmurne dni.
Chciałabym pokazać Wam więcej zdjęć, ale ich nie posiadam. Na Teneryfie zbuntowałam się i nie sięgałam zbyt często po aparat. Bardzo tego żałuję z perspektywy czasu, bo wyspa jest piękna.
TOP