30.5.12

Praskie Peace & Love

Pragę, jak wiele innych miast zwiedzałam bez gotowego planu i bez użycia przewodnika. Miałam go co prawda w torbie, ale już szybka analiza pozwoliła stwierdzić, że poza nudzącymi mnie szczegółami historycznymi zabytków nie znajdę tam nic bardziej fascynującego.

Zasadę mam taką, że wszelkie przewodnikowe "must see" zwykle odwiedzam jako pierwsze, w trybie przyśpieszonym. Część w ogóle omijam szerokim łukiem, czasem "zaliczam" dla przyzwoitości. Mało z nich zostaje głęboko w mojej pamięci (poza Barceloną i Gaudim). Miasta lubię za to poznawać włócząc się po nich z dala od tłumów.
W minioną sobotę było podobnie. Najpierw, przedzierając się przez setki turystów przemknęłyśmy przez Most Karola. Piękny, owszem, ale zapchany do granic przyzwoitości. Jak tylko most się skończył, skręciłyśmy w lewo i zeszłyśmy po schodach w uliczki Malej Strany.Nie przesadzę  mówiąc, że weszłyśmy w inny, pozbawiony ludzi świat.
Posiedziałyśmy na ławce obserwując ewidentnie zakochane gołębie, po czym rozpoczęłyśmy spacer po labiryncie wąskich ulic. Ta część miasta jest dla mnie najpiękniejsza, ale to temat godny rozwinięcia przy kolejnej okazji. Dziś o miejscu w które trafiłyśmy zupełnie przypadkiem.
Ściana Johna Lennona, bo tak się właśnie nazywa, to wcale nie nowa atrakcja. Już od lat 80-tych zapełniana jest cytatami i malunkami. Na początku, w czasach komunistycznych młodzi ludzie przelewali na nią swoje żale i różne hasła sprzeciwu wobec panującej władzy i ustroju.
Dziś zapełniają ją graffiti w większości nawiązujące do szeroko rozumianej filozofii ""peace and love". Bo miłość (do ludzi i Ziemi), pokój i szacunek to hasła przewodnie. O ile uda się cokolwiek odczytać przy tej ilości wpisów. Mi zajęło sporo czasu wyszukanie czytelnych, pełnych zdań lub cytatów. Ale samo szukanie to frajda.
Oprócz nas jedynymi turystami była grupa "rowerowych zwiedzaczy" jak zwykłam ich nazywać. Widziałam kilka biur oferujących taką formę zwiedzania miasta z przewodnikiem. Podoba mi się to bardzo.
Przewodniczka grupy mówiła, że ściana zmienia się każdego dnia i nie jest nigdy taka sama. Większość odwiedzających zostawia na niej ślad, chociaż z tego co zauważyłam, większość pisze długopisem lub flamastrem swoje inicjały, co nie jest zbyt kreatywną działalnością.
Sam pomysł takiej ścianki-mazajki uważam za bardzo ciekawy. Odniosłam jedynie wrażenie, że z tzw. "niczego" ciężko wyłowić coś naprawdę fajnego i oryginalego. Szkoda. Ale pocieszam się tym, że skoro ściana nie jest nigdy taka sama, to jeszcze nie raz w czasie wizyt w Pradze będzie mogła mnie czymś zaskoczyć.

6 komentarzy:

  1. Czekam na zdjęcia z Pragi. Mam nadzieję że moja relacja trochę pomogła. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. milo - no właśnie się zaczeła Praga powyżej ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakże kolorowo!Powinno być dużo więcej "legalnych" ścian do malowania.Nie jedna dzielnica czy miasto by zyskało na urodzie:)
    Nie straszyły by na murach bezsensowne esy floresy pt "1,2,3...próba sprayu".

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale pięknie! To prawda, że trudno cokolwiek dostrzec, ale i tak mi się podoba :) Już lepsze takie graffiti niż wiadomo jakie w Polsce... ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. założę się, że Lennonowi ta ściana, która się ciągle zmienia i jest pełna chaosu.. podobałaby się! (nieskromnie powiem, że na Lennonie znam się jak mało kto:P)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja muszę przyznać, ze bazaru nie znam, ale po takiej rekomendacji na pewno odwiedzę... ;)
    Dziękuję za komentarz u nas :*
    Jestem niezmiennie zachwycona tym obrazkiem w nagłówku Twojego bloga...
    Pozdrawiam
    Sol

    OdpowiedzUsuń

TOP