18.10.12

Kuchnia maltańska cz. I

Każdy, kto czyta moje relacje na blogu mógł zauważyć, że przy każdym kierunku pojawia się przynajmniej kilka zdań o lokalnej kuchni. Jedzenie w podróży jest dla mnie bardzo ważne, uwielbiam poznawać nowe smaki, a wizyty w miejscowych knajpkach sprawiają mi ogromną przyjemność. Dlatego staram się wybierać hotele z samym śniadaniem i jeść na mieście. Kuchnia maltańska dała mi możliwość spróbowania wielu nowych rzeczy.


Kuchnia narodowa na wyspie występuje, trzeba jednak poświęcić trochę czasu i energii aby ją odkryć. Niestety, pierwsze co rzuca się w oczy toobecne wszędzie lokale dostosowane do dość niewyszukanych potrzeb Brytyjczyków. Angielskie śniadania serwowane cały dzień (!), fish&chips z mrożonek, tony frytek, litry keczupu i mnóstwo butelek piwa i coli. Na szczęście, nam udało się znaleźć prawdziwy smak Malty o którym z radością Wam opowiem, wspominając w myślach te pyszności. Podam też ceny, żeby ułatwić Wam podjęcie ewentualnych decyzji wyjazdowych.
Podstawą żywienia przy południowoeuropejskich wojażach są dla mnie zawsze ryby. W domu nie jem ich często, bo w Warszawie i ciężko kupić naprawdę świeże i nie lubię ich przygotowywać przez póżniejszy zapach w mieszkaniu.. Dlatego jak tylko uda mi się wyrwać w nadmorskie rejony, ryba na moim talerzu ląduje regularnie, w różnych postaciach. Na portugalskiej Maderze po raz pierwszy jadłam espadę, na Sycylii miecznika, a na Malcie lampukę.
Ta biała, delikatna, niezwykle smaczna ryba migruje u wybrzeży wyspy jesienią, zwykle od października do grudnia, czasem stycznia. Bardzo krótko, więc za wielkie szczęście uważam fakt, że miałyśmy okazję się zapoznać :) W każdej restauracji serwowana była inaczej, co było dodatkowym plusem. Codziennie wyszukiwałyśmy małe knajpki, niezbyt rzucające się w oczy, zwykle skromne w wystroju lub lekko kiczowate. I nie zawiodłyśmy się.
Nasza pierwsza lampuki, w Sliemie została przyniesiona razem z folią w której była pieczona. Zapach zwalił mnie z nóg. Idealnie przyprawiona, z ziołami, świeżym czosnkiem i pomidorkami koktajlowymi. Serwowana ze świeżo smażonymi frytkami i prostą sałatą z sałaty, cebuli i pomidorów. Danie było przepyszne i wiedziałyśmy już, że to nie nasza ostatnia ryba. Okazało się później, że była najdroższa ze wszystkich (15,95EUR/1os), ale za to wino było niedrogie (4EUR/pół dzbanka) i nie żałowałyśmy tego wydatku. Zresztą tę konkretną lampukę wspominam do dziś.
Wybierając się na rejs na wyspę Comino postanowiłyśmy zabrać ze sobą coś na lunch, obawiając się, że po przypłynięciu zastaniemy jedynie fast-food. Nie pomyliłyśmy się, na miejscu można było kupić głównie hamburgery... Byłyśmy jednak przygotowane. To co widzicie poniżej, to tradycyjna bułka. Nazywa się ftira, jest zbita, dobrze wypieczona, lekko pachnąca piecem. Podobnie jak najpopularniejsza na wyspie kanapka hobza (inne pieczywo) była ona natarta pomidorami z oliwą i czosnkiem, a farsz tworzyło pyszne połączenie kawałków tuńczyka, cebuli, korniszonów, oliwek i sałaty. Te kanapki są szybkim daniem, często wybieranym jako przekąska, przy czym dla nas ten rozmiar był pełnym obiadowym posiłkiem tego dnia. W marketach świeżo zrobiona ftira/hobza kosztuje ok. 3EUR, w barach z lodówki "na wynos" 3-4EUR, w restauracjach jako posiłek do 5EUR.
Kolejnego dnia znów jadłyśmy w Sliemie, po powrocie ze zwiedzania. Ten lokal wypatrzyłyśmy już pierwszego dnia, ale za każdym razem byłyśmy głodne zanim go otworzyli (17.00). Ale w końcu się udało. Jakoprzystawkę zamówiłyśmy tradycyjne sery maltańskie (ġbejna), porcja bardzo degustacyjna. Podane na sałacie, z pomidorem, ogórkiem oraz tradycyjnymi, niezbyt słonymi krakersami, polane majonezem (7EUR). Ceny win lokalnych są bardzo różne, tutaj pół dzbanka ok. 6.5EUR.
Jako główne danie ponownie lampuki. Znów podane inaczej. Sylwia zamówiła grillowany filet w sosie pomidorowym z oliwkami i kaparami.
Ja natomiast grillowany filet w sosie cytrynowym z czosnkiem i ziołami. Obydwie wersje były fantastyczne, a sosy aromatyczne i doskonałe. Każda z ryb serwowaną z chlebem i sałatką kosztuje 14EUR.
O serze wspominałam przy okazji przystawki. Według przewodnika te sery są zawsze kozie, jednak i w sklepach i restauracjach pod tą samą nazwą kryją się też krowie i owcze. Ten poniżej był krowi, wędzony z czosnkiem i ziołami. Popularna jest też wersja z pieprzem oraz ser świeży, niewędzony.
Jedną z kolacji zrobiłyśmy same, na dachu naszego hoteliku, gdzie stało kilka stołów i krzesła. Kupiłyśmy maltańskie wino stołowe (4.5EUR/butelka), świeże pomidory których brakowało nam bardzo, ser krowi świeży oraz wędzony z ziołami, galletti czyli krakersy o których już pisałam wcześniej. Same nie są zbyt smaczne, ale użyłyśmy ich do jedzenia kolejnej maltańskiej specjalności jaką jest bigilla - pasta z bobu, intensywnie doprawiona chilli, czosnkiem, pietruszką, oliwą i ziołami. Serki kosztowały w markecie po ok. 0,90EUR każdy, krakersy jakieś 0.50EUR, a 200g bigilii 1,255-2EUR.
W restauracjach próbowałyśmy wyłącznie białych win maltańskich. Zakres cen jest duży. Od 4EUR za pół dzbanka po 7EUR za pół dzbanka. Od 8EUR za butelkę do 18EUR za butelkę. Kieliszek zazwyczaj kosztuje 3-4EUR.
Poniżej jedno z najsmaczniejszych wg nas win. Piłyśmy je dwa razy. Butelka kosztowała w restauracji o ile pamiętam 12EUR, pół 6EUR.
I na koniec pierwszej części jeszcze dwa tradycyjne maltańskie napoje. Kinnie, będący lokalną alternatywą  dla coca-coli.  Za pierwszym razem zupełnie mi nie smakował, ale za drugim było już lepiej. Dla mnie jest to połączenie lekko wygazowanej coli z gorzką skórką pomarańczową i różnymi ziołami. Dobrze gasi pragnienie w upalne dni i nie jest bardzo słodki. Jest też piwo CISK, bardzo lekkie i słabe. 0,5l Kinnie kosztuje ok. 1,3EUR w sklepie, piwo od 1EUR za puszkę w sklepie do 3.5EUR w restauracji. 
To koniec pierwszej części a w kolejnej ponownie pojawi się lampuka a także specjalność wyspy - królik oraz boski obiad na Gozo i desery :)

17 komentarzy:

  1. masz rację, żeby poczuć klimat, trzeba nie tylko rozkochać się w miejscu, przecisnąć uliczkami, odwiedzić lokalny targ, ale przede wszystkim zakosztować kuchni :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Narobiłaś nam smaku. Kuchnia maltańska należy do tych mało odkrytych i mało znanych, ale twój post mi ją przybliżył. Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie lokalne jedzonko samemu przygotowane jest zawsze fajne, ja ciągle miło wspominam naszą "ucztę" hiszpańską u mnie w domu :)

    Z ciekawości - czemu tylko białe wina? Na Malcie nie ma czerwonych, czy akurat nie miałyście ochoty?

    OdpowiedzUsuń
  4. Aga - jeszcze ciąg dalszy przed Tobą :) w przygotowaniu

    Ewa - nie przepadam za czerwonymi winami w dzień/do obiadu. Lubię białe, lekkie, chłodne, orzeźwiające w upalny dzień. Poza tym do ryby zdecydowanie najbardziej mi pasuje. A nasza uczta hiszpańska była wyśmienita:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Z Tobą to ja bym z głodu nie umarła. Zawsze bierzemy all inclusive, bo mój mąż wiecznie głodny i chce mieć szybko ;) bardzo przydatne informacje i jeśli tylko wyląduje kiedyś na Malcie skorzystam z Twoich podpowiedzi, czyt. pójdę na łatwiznę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zobaczyłem tę ftirę i od razu zgłodniałem. Po opisie i zdjęciu już wiem, że na pewno by mi smakowała :D

    OdpowiedzUsuń
  7. jak ja zawsze po podroży tęsknię za fajnym jedzonkiem...I często próbuję robić coś sama i nigdy nie wychodzi :( Brakuje klimatu miejsca

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja poprosze te osmiorniczki i tego kota ;)
    Z twojego posta i zdjec wnioskuje, ze Malta jest... przepyszna! :=)

    OdpowiedzUsuń
  9. Aż ślinka leci, takie to wszystko kolorowe i apetyczne:)))

    OdpowiedzUsuń
  10. Próbowanie lokalnej kuchni to podstawa. W Bretanii żywiłam się głównie owocami morza na zmianę z galettes czyli gryczanymi naleśnikami. Na Korsyce spróbowałam piwa kasztanowego, a piwa nie pijam. W Prowansji piłam różowe wina zagryzając słynnymi melonami z okolic. W RPA głównie mięso wołowe i z dzikich zwierząt. Na miejscu jem to, co trudne do transportu, ale kupuję też masę produktów. Wspaniałe są kuchnie Bliskiego Wschodu, ale mimo,że od wielu lat tylu Polaków tam wyjeżdża mało się przyjęło. Taki bulgur w Turcji kosztuje grosze, fantastyczna jest ich papryka pul biber i syrop z granatów do sałat. Z podróży na południe Europy przywożę oliwki, oliwę, sery te twardsze, sosy balsamiczne, sardynki z Portugalii, przyprawy (najlepszej jakości są te w zwykłych sklepach dla tubylców, a nie dla turystów). Bardzo lubię podróżować i gotować, dlatego podczas podróży ważne jest dla mnie poznawanie kultury kulinarnej. Myślę,że wielu traktuje to po macoszemu jako coś gorszego niż zwiedzanie muzeum.

    coralin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz! Ja również z podróży przywożę dużo jedzenia, przypraw i kulinarnych pamiątek!

      Usuń
  11. Witam,
    planuję wybrać się na Maltę, dziekuję za mnóstwo praktycznych informacji, które zamieszczasz na swoim blogu. Jestem pod wrażeniem Twoich podróży. Co do Malty, chciałabym sie zapytać czy pamiętasz może nazwy jakichś restauracji, w których byłyście/ lub innych lokali? pozdrawiam,
    K

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że nie bardzo! Wybierałyśmy na wyczucie miejsca, które nie wyglądały bardzo turystycznie (w Sliemie właściwie większość była super, Valetta jest raczej turystyczna, najgorsze jedzenie było w Marsaxlokk). Na Gozo znajpa nazywała się Ta'Rikardu i była bezbłędna! Pyszne jedzenie, wspaniałe wino.

      Usuń
  12. Hmm, jeszcze Wam zostaje do spróbowania potrawka z królika i pastizzi. Miło powspominać słoneczną Maltę. Dziękuję za ten wpis :)

    OdpowiedzUsuń

TOP