19.10.12

Kuchnia maltańska cz. II

Sądząc po komentarzach pod ostatnim wpisem o maltańskich smakach, przypadło Wam do gustu lokalne jedzenie, przynajmniej wizualnie :) Cieszę się, bo mam jeszcze trochę przysmaków zostawionych na dziś. Będzie królik, będą fast-foody, specjalność Gozo, słodkości i kawa.
Na start dwie chyba najczęściej spotykane na wyspie przekąski, do szybkiego złapania w rękę i schrupania jeszcze gorących. Na zdjęciu górnym Qassatat - kruchy lub półfrancuski placek z różnymi nadzieniami. My jadłyśmy widoczne na zdjęciu: z serem ricotta na słono (wspaniały!) oraz z zielonym groszkiem. Jest to BARDZO sycąca i ciężka przyjemność, za drugim razem kupiłyśmy jeden placek z serem na pół i się najadłyśmy. Kosztują 0,9-1EUR/1szt. Poniżej pastizzi - pieczone pierogi z ciasta zbliżonego do greckiego filo, z takimi samymi farszami jak quassatat. Są mniejsze ale i tańsze, po ok. 0,3-0,5EUR/1szt. Nazywam je fast-foodami, bo są szybkie, kaloryczne i niezbyt zdrowe.
Kiedy w kwietniu brałam udział w audycji radia WNET, jednym z gości był  Dawid Rosenbaum, autor książki "Zapachy miast". Na antenie mówiliśmy m.in. o zapachach podróży, ale też o smakach i Dawid zaczął wspominać maltańską kuchnię i królika z la Valetty a oczy świeciły mu się wesoło. Nie miałam ochoty jeść mięsa, ale w końcu złamałam się bo to symbol wyspy. Znalazłyśmy mały lokal w stolicy, w którym siedzieli wyłącznie maltańczycy. Kartka na drzwiach nieśmiało wspominała iż "fenek jest u nas dostępny". Maltańska nazwa królika kojarzy mi się wyłącznie z fenkiem, pieskiem pustynnym, ale musiałam zmienić myślenie :) Ja zamówiłam widocznego poniżej królika w sosie na bazie wina i czosnku z pieczonymi warzywami.

Sylwia natomiast wybrała królika w sosie pomidorowo-piwnym, także z warzywami. To był mój pierwszy królik w życiu. Smakował mi, ale nie zostanę wielką fanką. Mięso jest delikatne, smaczne, ale trudne w jedzeniu. Porcja kosztuje od 14EUR w górę, taniej można zjeść np. ravioli czy spaghetti z królikiem (do 10EUR) albo gulasz z mięsem królika, zwykle kosztuje około 12EUR.
Na Malcie nie ma chyba kultury jedzenia przystawek przed posiłkiem, jak np. w Portugalii. Mam na myśli drobiazgi-niespodzianki, które stawia przed nami kelner. Codziennie coś innego, wszędzie coś innego. Tutaj jeśli się zdarzyło (2 razy) to za każdym razem była to bruschetta maltese czyli po prostu chleb z oliwą i czosnkiem oraz siekanymi pomidorami i cebulą.
Ta konkretna ze zdjęcia, była wstępem do najgorzej lampuki jaką na wyspie jadłyśmy. Marsaxlokk, mała rybacka wioska, kojarzyła mi się z rybakami, łodziami i świeżą, pyszną rybą w dobrej cenie. Niestety, poza ceną (9,95EUR za rybę, frytki, sałatkę, ziemniaki, bruschettę/1os) nie znalazłam żadnych plusów. Pociachana ryba, bez przypraw, marynaty. Uzmażona na szybko i tłusto, podana z pozbawionymi smaku dodatkami. Była gorzka, niezbyt smaczna. Jedynie frytki jakoś ratowały to danie...Po raz kolejny potwierdza się zasada, że mniej znaczy lepiej i że lepiej nie szukać oszczędności tam, gdzie może się to odbić na jakości.
A teraz przechodzę do dnia, na wspomnienie którego uśmiech sam się pojawia na mojej twarzy. Na Gozo postanowiłyśmy wybrać się do ciekawie opisanej w przewodniku restauracji Ta'Rikardu znajdującej się w obrębie Cytadeli w stolicy, Victorii. Zwykle nie chodzę do takich miejsc, ale opis bardzo nam się spodobał więc uznałyśmy, że można zaryzykować. Zajrzałyśmy do środka i stwierdziłyśmy, że zostajemy.
Na piętrze, o ciekawym wystroju nie było nikogo oprócz nas. Wczesne popołudnie, mega upał i wiatr wpadający przez otwarte okna i słońce rzucające cienie na podłogę. Wymarzone warunki na chwilę relaksu. Kiedy zamówiłyśmy wino (produktowane przez właścicieli restauracji, w cenie 9.5EUR za butelkę) wiedziałam, że to będzie długa chwila :)
Wino smakowało wybornie. Do niego dostałyśmy świeży chleb, oliwę i parmezan. Na obiad zamówiłyśmy specjalność Gozo, czyli ravioli z serem z Gozo i zieleniną, w sosie pomidorowo-czosnkowym. Czekałyśmy ponad 30 minut, ponieważ wszystko przygotowywane jest i gotowane na miejscu, po złożeniu zamówienia. Ravioli było zjawiskowe. Nie mam więcej słów.
Ostatniego dnia wybrałyśmy ponownie na obiad jeden z lokali w Sliemie. Wyglądał miło i miał ciekawą kartę. Zamówiłyśmy mix owoców morza, w skład których weszła lampuka (a jakże!) w marynacie czosnkowo-ziołowej, kalmary i ośmiornica (perfekcyjnie przyrządzone) i jedna wielka krewetka. Do tego sałatka z baru sałatkowego - do wyboru i frytki (jak wszędzie). Danie było ogromne, kosztowało 16EUR/1os + butelka wina za 10EUR. W ogóle porcje na Malcie są gigantyczne, wręcz nie do przejedzenia.
Tyle z dań wytrwnych, czas na desery. Ostatnio moja potrzeba słodyczy spadła gwałtownie. Mając do wyboru czekoladę lub jajko wybieram jajko :) Ale na Malcie postanowiłam chociaż spróbować kilku przysmaków.
W Mdinie znajduje się jedyna większa restauracja Fontanella. Mimo tłumu turystów, trzyma wysoki poziom i przyzwoite ceny. Zagraniczne źródła doniosły nam, że trzeba u nich spróbować pieczonych na miejscu ciast. Nie przepadam za tortami, ale zarówno widoczny na zdjęciu tort migdałowy z wiśniami i marcepanem jak też niewidoczny na zdjęciu tradycyjny tort z gorzkiej, czarnej czekolady były przepyszne. Cena porcji tortu to 3EUR, kawa ok. 1,8EUR. Warto spróbować!
Ciasto z gorzkiej czekolady jest bardzo popularne, można je kupić chyba wszędzie. To powyżej jadłyśmy w małej budce w Sliemie, przy samej promenadzie. Kosztowało 2EUR i było również bardzo smaczne. Poniżej krucha babeczka z migdałami. Kosztowała 2EUR i nie była dość nijaka.
Codziennie raczyłyśmy się pyszną kawą. Jeśli w danym dniu byłyśmy w stolicy lub chociaż zmieniałyśmy w niej autobus, biegłyśmy do naszej ulubionej kawiarni Kantina na ładnym placyku przy St. John's Street. Ceny kaw są wszędzie podobne, ok. 1,5EUR za espresso, 1,80EUR za cappuccino, 3.5EUR za kawę mrożoną. Bardzo ucieszyły mnie filiżanki z napisem "I left my lips on you". Mała rzecz, a taka przyjemna. To już koniec opowieśni kulinarnych. Mam nadzieję, że chociaż trochę przybliżyłam Wam dość nieznaną w Polsce kuchnię maltańską. Teraz czas ruszyć w podróż!

16 komentarzy:

  1. dziękuję Ci bardzo, na prawdę, dziękuję... przed moim polskim obiadem (zupa kalafiorowa i mielone z ziemniakami) Ty mi machasz przed nosem zdjęciami takiego pysznego jedzenia. w przeciwieństwie do Ciebie jestem mięsożerna i tego króliczka to bym schrupała. ale mi ślinka cieknie ;) najbardziej ze słodkości lubię kiełbasę więc pewnie bym skubnęła od kogoś takiego torcika ale całej porcji bym nie zjadła, never. fajna relacja i czekam teraz na widoczki i detale miastowe. miłego dnia!

    OdpowiedzUsuń
  2. A na samym dole Twoja kartka i iced coffee o której na niej pisałam ;) Smacznego obiadku! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. faktycznie, moja kartka :))) ale gapa ze mnie hihi. i jeszcze mnie szczujesz tą iced coffee...grrr

    OdpowiedzUsuń
  4. fajne te słodycze, chyba dla mnie najbardziej kuszące
    królika parę razy jadłam, dla mnie trochę za gąbczaste ma mięso, lubię tylko w pasztecie
    życie & podróże
    gotowanie

    OdpowiedzUsuń
  5. Ravioli i ośmirornica wyglądają wspaniale!

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak to dobrze, że jestem po obiedzie :) Co za rozpusta, dwa jedzeniowe posty dzień po dniu... Aż chce się wsiąść do samolotu i polecieć na Maltę. Gdzie już niby byłam, ale dawno i nieprawda, bo te kilka lat temu jedzenie nie było dla mnie ważnym punktem podróży i zwiedzania. Jak to się ludzie zmieniają :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale to dobrze Aga że się zmieniają ;) Ja przy pierwszych wyjazdach też byłam usatysfakcjonowana jak miałam pełny brzuszek czegokolwiek, ale teraz już jest inaczej i bardzo się z tego cieszę!

    OdpowiedzUsuń
  8. Malta jak widać powyżej, jest bardzo apetyczna !

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale wspaniala kuchnia na Malcie, no i widze wiele potraw i deserow jak z poludnia Italii, te ciasteczka francuskie z riccota, ravioli z roznorakim nadzieniem, owoce morza grilowane, bruschetta o winach i kawie nie wspomne ... mysle, ze granic zadnych na pld Europy nie ma i mieszaja sie zwyczaje kulinarne i nie tylko.
    Serdecznie pozdrawiam, oblizujac sie ze smakiem :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Droga Pani Ajko,
    jest Pani nieludzka. Takie rzeczy na talerzach, takie pyszne, ładne, świeże i pachnące, a człowiek siedzi przed monitorem komputera i pracuje. A w perspektywie zwykła kanapka z szynką (:.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ajka złym człowiekiem jest :D ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Mialam Malte w moich jakis tam blizej niesprecyzowanych planach, teraz koniecznie bede musiala uwzglednic jescze Malte od kuchni.

    OdpowiedzUsuń
  13. Mieszkałam przez kilka miesięcy na Malcie, pisałam tam pracę magisterską. Mam tam wielu przyjaciół - rodowitych Maltańczyków, którzy pokazali mi każdy zakątek na Malcie, Gozo i Comino. To, co piszesz jest bardzo ciekawe, ale nie do końca prawdziwe. Pastizzi nie mają różnych nadzień, tak jak qassatat. Mają tylko dwa - jedno z ricotty, a drugie z pasty z groszka, a nie ze szpinaku. Jeśli widziałaś inne, udowodnij mi proszę :) w Champie stołowałam się prawie codziennie, jak na typową studentkę przystało. Artykuł przywołał miłe wspomnienia. Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. Nie będę Ci udowadniać, bo nie mam jak. Ponad wszelką wątpliwość to co jadłam nie było groszkiem a szpinakiem bo było podpisane cheese&spinach i dokładnie tak złożyłam zamówienie. Pytając w sklepach o nadzienia, sprzedawcy wymieniali mi te o których pisałam m.in. kurczak, warzywa i tuńczyk, w wielu miejscach były nawet podpisane. Nie neguję, że tradycja mówi o serze ricotta i groszku (chociaż ja wersji z groszkiem nie jadłam, bo później brałyśmy już wyłącznie z ricottą), ale zapewne pod turystów rozszerzają ilość smaków.

      Usuń

TOP