30.7.13

Co kupiłam w Budapeszcie czyli wizyta w Wielkiej Hali Targowej

Madame Edith w swoim dzisiejszym wpisie napisała dokładnie o tym, od czego ja miałam zacząć swój wpis. Z wyjazdów przywożę głównie pamiątki kulinarne, charakterystyczne dla danego miejsca smaki. Sery i makarony z Włoch, zioła i przyprawy, z Korfu była to nalewka i dżem z kumkwatu, z Turcji chałwa z pistacjami a z Rodos miód z orzechami, z Teneryfy sos mojo verde. Wiele osób wie, co Ajka lubi najbardziej, dlatego z Prowansji dostałam świeże zioła prowansalskie (niezapomniane!), miód z małej pasieki i wino, z Toskanii pecorino i zioła do pizzy. Ku mojej wielkiej radości od Madame Edith dostałam herbatę z jedynej w Europie plantacji herbaty, która znajduje się na Azorach! Dziękuję! Z Portugalii przywożę co roku dżemy z fig i z dyni oraz ukochaną herbatę cynamonowo-jabłkową, na Gozo kupiłam lokalne wędzone sery z różnymi ziołami a na Sycylii suszone pomidory i ostrą mieszankę ziół do makaronu. Takie pamiątki pozwalają przywołać wspomnienie wyjazdu na długo po powrocie do domu np. w środku zapyziałej zimy.
W związku z powyższym, przed każdym wyjazdem dokładnie zapoznaję się z informacjami, co w danym miejscu można ciekawego kupić. I gdzie można kupić. Spisuję główne adresy a potem na miejscu jeszcze zaglądam do małych sklepików, mniej i bardziej komercyjnych.
Lecąc w czerwcu do Budapesztu wiedziałam, że muszę odwiedzić Wielką Halę Targową Vásárcsarnok, która jest największą i najstarszą zamkniętą halą targową w tym mieście. Miałam kilka zamówień złożonych przez rodzinę i znajomych na m.in. słodką paprykę i pastę gulaszową. Orientowałam się w cenach chodząc po mieście, a do hali poszłam  ostatniego dnia. Muszę przyznać, że ceny były tu zdecydowanie najbardziej korzystne.
Oczywiście wiadomo, że najpierw trzeba przejść całą halę, porównać ceny i produkty, a dopiero później dokonać zakupu, jeśli nie chce się przepłacić. W głównej alejce ceny za te same rzeczy są nawet 60% wyższe niż w bocznych, trochę oddalonych od wejścia.
Hala nieco rozczarowała mnie rozmiarem, nie jest taka duża na jaką z zewnątrz wygląda i po jednym jej przejściu od razu bez problemu można wrócić w wybrane wcześniej miejsca.
Hala skojarzyła mi się z targami, które widziałam dawno, dawno temu w czasie wycieczki na Litwę i Białoruś. Jest w starym stylu i to dotyczy zarówno wystroju, jak też reklam, zachowania kupujących. Długie kolejki, dziesiątki kartek z ofertami.
Klimat jest dość specyficzny, zachowanie sprzedawców również, przynajmniej w moim odczuciu. Staram się to zrozumieć, ponieważ wiem, że sytuacja w ich kraju nie jest łatwa a kryzys widać na każdym kroku, ale dziwnie się czułam, kiedy mi z ręki wyrywano siłą zakupy, kiedy niechcący dałam zły banknot (ale jeszcze nie  odchodziłam od stoiska) albo patrzono na mnie ze zniecierpliwieniem, kiedy sobie porównywałam te same produkty różnych marek. Jak dla mnie, tym się różni targ od zakupów on-line - mam prawo towar obejrzeć i podjąć decyzję do chcę kupić.
Nie mówię oczywiście o dotykaniu warzyw czy owoców, tylko produktów opakowanych.
Zdjęcia robiłam z dużej odległości, ponieważ nie było to mile widziane. Nawet kiedy coś kupowałam na stoisku i mówiłam sprzedawcy, że jest one piękne i czy mogę je sfotografować, zazwyczaj sam wzrok był dość jasną, odmowną odpowiedzią. Szkoda.
Nie mam w zwyczaju fotografować ludzi - sprzedawców, klientów, ze zbliżenia. Nie wiem natomiast, co może komuś przeszkadzać zrobienie zdjęcia jego produktów?

W weekend, który spędziłyśmy w Budapeszcie, w hali trwały Dni Chorwackie. Widać na zdjęciach plakaty, flagi. Ponad to chorwacki zespół grał chorwackie, tradycyjne pieśni, a przy licznych stolikach siedziały osoby, które odpowiadały na pytania Węgrów dotyczące urlopu w Chorwacji. Można też było wziąć pełne zdjęć prospekty, w niektórych tekst był w języku polskim :) Uwielbiam Chorwację, więc ucieszył mnie ten "dodatek" do zakupów.
 Parter zwiedziłam dość dokładnie, poziomu -1 nie zauważyłam a na górze spędziłam kilka minut.
Na parterze są wszystkie stoiska spożywcze, warzywa, owoce, pieczywo, nabiał, bardzo dużo sklepów z mięsem, wędlinami i paprykową, ostrą, węgierską kiełbasą.
Przede wszystkim liczyłam na możliwość zrobienia zdjęcia hali z piętra, aby pokazać jej rozmiar, okazało się to jednak niemożliwe, ponieważ absolutnie wszystkie miejsca, skąd można by było zrobić zdjęcie są szczelnie zasłonięte straganami z różnymi ubraniami,  biżuterią, obrusami, ręcznikami. Na górze jest też kilka stoisk z jedzeniem, które mnie odstraszyło zapachem i wyglądem. Może niektórym podpadnę tą wypowiedzią, ale  kuchnia węgierska w wersji którą widziałam w ciągu tych 3 dni zrobiła na mnie jak najgorsze wrażenie. Zarówno wszystkie przekąski na szybko - np. langosz, którego bym nie tknęła, jak też dania obiadowe - na gulasz skusiłam się raz i była to zła decyzja.
Każdy lubi inne smaki. Ja np. nie mogę jeść papryki, pomimo, że bardzo ją lubię, więc duża część lokalnej kuchni z góry odpada. Pozostałe dania wyglądały na tak ciężkie i tłuste, że to po prostu nie moja bajka. Dlatego stołowałam się u Greka ;)
Udało mi się kupić trochę pamiątek, ale głównie tych, które zostały zamówione przez inne osoby. Sobie tym razem nie kupiłam nic. Halę Vásárcsarnok warto jednak odwiedzić, jest charakterystycznym miejscem, do tego w świetnej lokalizacji. Mnie nie urzekła, ale  to kwestia gustu, bo znam wiele osób, które były nią zachwycone, także jest to tylko moja subiektywna opinia, najlepiej, żeby każdy sam sprawdził i wtedy ocenił. 
Tym, którzy wyjdą z Hali i będą mieli ochotę na coś zimnego i pysznego, polecam udać się w górę ulicy przy której znajduje się hala, oddalając się od mostu w kierunku stacji metra Kalvin Ter. Jakieś 100m od hali, po lewej stronie znajduje się jedna z kilku lodziarni Lavendula. Ta jest akurat dość duża, ale blisko miejsca w którym spałam, była malutka, w środku mieściły się 3-4 osoby, a zawsze stała przed nią kolejka, od rana do samej nocy.
Nie dziwię się, ponieważ lody przebiły smakiem te, które jadłam w Rzymie. Wybór jest ogromny, codziennie są nieco inne smaki. Próbowałyśmy m.in. różanych, lawendowych, lawendowych z cytryną, lawendowych z ciemną czekoladą, o smaku szampana, malinowych (mniam!) oraz morelowych. Pycha, pycha i jeszcze raz pycha! :)

36 komentarzy:

  1. Jak ja lubię takie targi... Jakoś nie wiem czy tylko mnie się wydaje, ale mają więcej klimatu i koloru niż w Polsce... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie pyszne tam są rzeczy !
    A w ogóle to kocham Budapeszt ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Na mnie kuchnia węgierska również nie zrobiła szczególnego wrażenia podobnie jak hala targowa chociaż obiektywnie trzeba przyznać, że miejsce jest okazałe i wybór bardzo duży. Najbardziej podobały mi się (i smakowały bardzo) pikle oraz salami.
    A co do pamiątek z podróży to ja również preferuję kulinarne i zawsze coś smacznego przywożę do domu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj te lody brzmią i wyglądają pysznie! A postawa sprzedawców? Wiesz co, piszę i kasuję, piszę i kasuję. Dopowiedz sobie sama, co o tym myślę

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeśli chodzi o Węgry, to zawsze wszystkich męczę o super pikantną pastę paprykową w tubce, którą pochłaniam w ilościach hurtowych. Też sobie zawsze przywożę kulinaria i smaki związane z danym miejscem, szkoda tylko, że nie wszystko smakuje tak jak na miejscu...Nie wszystkie smaki da się odzwierciedlić. Czytałam nawet o tym ostatnio artykuł Beaty Pawlikowskiej i Ona też tak ma :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja próbowałam tej pasty, co babcia o nią prosiła, ale niestety dla mnie była zbyt napakowana glutaminianem albo innym wzmacniaczem smaku...

      Usuń
  6. Bylam pod ta hala targowa, ale juz byla zamknieta. Imponujace ilosci ciekawych artykulow do spozycia!!!Tez lubie odwiedzac takie miejsca kiedy podrozuje...pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  7. Mi też kuchnia węgierka nie za bardzo podeszła w czasie mojego krótkiego pobytu w Budapeszcie. Może po prostu nie trafiłam w odpowiednie miejsca, ale nie usmiechało mi sie jedzienie tak ciężkich potraw, kiedy na dworze ponad 30 stopni. Tylko langosza spróbowałam w paru miejscach, bo langosze po prostu kocham. Niestety muszę przyznać, żze lepsze jadłam chociażby na Słowacji, czy w Czechach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te langosze, które widziałam w Budapeszcie wyglądały jak przetłuszczona bułka, zupełnie inaczej niż na zdjęciach w Internecie..

      Usuń
  8. Co do targu- to raczej nie moja bajka. Nie lubię takich miejsc i nie czuję się tam dobrze. Wolę wejść do cichego sklepu, gdzie nikt nie krzyczy naokoło i wybrać to, co mi pasuje. A co do robienia zdjęć- nie potrafię robić zdjęć w takich miejscach. Czuję się strasznie źle, gdy mam wyciągnąć aparat na targu czy w restauracji. Próbowałam ostatnio i cały czas mówiłam sobie, że następnym razem zrobię fotkę przed zjedzeniem. Jakoś nie potrafię, sama nie wiem czemu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z restauracjami mam podobnie, dlatego robię zwykle komórką ;)

      Usuń
  9. Faktycznie wybór lodów ciekawy. Nie spotkałam się z takimi intrygującymi smakami przyznam. Rzymskie lody w każdym bądź razie nie powaliły mnie na kolana. Chorwację również lubię. Odwiedziłam ją w 2005 roku i w pamięci pozostały interesujące widoki: wodospady, czysta woda, pod którą można zobaczyć pływające ryby itd. Planujemy się tam wybrać z mężem za dwa lata i przy okazji nawiedzić Czarnogórę/ Zdjęcia bardzo ciekawe:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Vásárcsarnok to jedno z moich ulubionych miejsc w Budapeszcie. Ale panują tam pewne zwyczaje np. nie można samemu wybierać owoców ze starannie poukładanych "kupek". Trochę mnie to dziwiło, szczególnie kiedy raz wzięłam dwie brzoskiwinie do ręki pani sprzedawczyni na mnie fuknęła, a potem się niemal wydarła że co ja sobie niby myślę... Coż, co kraj to obyczaj.

    Dlatego nie do końca lubię tam kupować właśnie owoce, bo nie można ich samemu wybrać. Na szczęście z innymi artykułami jak papryka w proszku, czy w paście, nie ma tu takiego problemu ;-)
    Warto też spróbować gulaszu sprzedawanego w barze na pierwszym piętrze.

    Serdecznie pozdrawiam i mam nadzieję, że azorska herbata Ci smakowała :-)
    E.

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak zobaczyłam na końcu te lody to wymiękłam. Uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. blog prowadzony z ogromną pasją :) cieszę się, że tu trafiłam i na pewno będę zaglądać :)
    pozdrawiam i kibicuję w dalszym prowadzeniu tego wspaniałego bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ależ żałuję, że nie weszliśmy do tej hali a przechodziliśmy obok niej. Myślę, że jednak da się to nadrobić , bo do Budapesztu mamy zamiar wrócić.

    OdpowiedzUsuń
  14. Z Budapesztu - sproszkowana i suszona papryka! i wędzona i słodka - i ostra, starcza na długo. Pasty paprykowe węgierskie już są u nas dostępne. Pamiętam węgierski deser, nie wiem jak to się pisze "szmloj galuszka", zawsze Węgrzy zamawiają to dla cudzoiemców..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie słodkie ostatnio za bardzo nie ciągnie, więc poza jednym rodzajem ciasta nie próbowałam nic..

      Usuń
  15. Targ jak targ, ale te lody wyglądają wspaniale!

    OdpowiedzUsuń
  16. Pamietam takie puszki papryki jeszcze z domu sprzed czasow 'dobrobytu'. Ja tez, jesli juz cos przywoze, to jedzenie, pewnie nie raz juz o tym wspominalam:) Budapeszt, jest na mojej liscie 'blizej nieokreslone future'. Hale targowe, markety na swiezym powietrzu, to zawsze stale punkty programu, gdziekolwiek bym nie byla. Co do zdjec, tez nie rozumiem, co to komu przeszkadza, szczegolnie, jak robie zdjecia czegos nie kogos, bo kogos -roumiem, tez sobie nie zycze. Zdarzyla mi sie kiedys bardzo nieprzyjemna sytuacja na Moscie Karola, kiedy to zostalam doslownie okrzyczana, za to ze robilam zdjecia czegos, co bylo na sprzedaz i wystawione na widok publiczny. Co do zakupow, najczesciej kupuje kawe i sery, szczesliwie sie sklada, ze mieszkam w kraju, gdzie mozna dostac produkty z calego swiata, w cenach normalnych. Zaluje tylko, ze nie przywiozlam z Wloch, ciasta do pizzy i sera mozarella, takiego specjalnego do pizzy, bo tutaj jeszcze sie nie natknelam, co nie znaczy, ze nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nawet nie wiesz jak ja Ci zazdroszczę tego gdzie mieszkasz! Dałabym się pokroić za kulinarne zakupy w Londynie!

      Usuń
  17. strasznym sentymentem darzę Budapeszt, ale to zupełnie inne czasy były - wtedy był wielkim światem, takich sklepów jakie tam widziałam u nas jeszcze nie było i tak im się pozmieniało ... dużo zapachów w mojej pamięci ... chyba będę musiała kiedyś tam wrócić

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byłam zaskoczona Budapesztem. Wyobrażałam sobie to o czym piszesz, miasto dostojne i eleganckie na miarę Pragi czy Wiednia, niestety zastałam bardzo biedne miasto, z opuszczonymi głównymi ulicami, witrynami sklepów jakie pamiętam z Polski sprzed kilkunastu lat.

      Usuń
  18. ja byłam zaskoczona, gdy kuzynka z urlopu na Węgrzech przywiozła mi robione przez tamtejsze gospodynie dżemy z orzechów włoskich ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Też byłem na tej hali targowej. Zrobiła na mnie mieszane uczucie. Oczywiście wybór towaru ogromny. Gorzej to wyglądało, jeżeli chodzi o wygląd miejsca. Moim zdaniem hala była dość zaniedbana. Możliwe, że coś się zmieniło bo byłem tam kilka lat temu.

    OdpowiedzUsuń
  20. Mmmmm. pyszności :-) Trafna fotorelacja, aż zatęskniłam za Budapesztem. Gdy będę tam ponownie na 100% odwiedzę ten targ. Również uwielbiam takie klimatyczne miejsca. W zeszłym miesiącu odwiedziłam bazar La Boqueria w Barcelonie. Przysięgam, że nie mogłam przestać robić zdjęć ;-)

    OdpowiedzUsuń
  21. Aż chce się tam być! Teraz, zaraz :D chyba bym w takim miejscu większość kasy przepuściła

    OdpowiedzUsuń
  22. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  23. Oj, pierwszy raz mi się zdarzyło, że ktoś ma podobne odczucia dotyczące Budapesztu co ja ;) Tak, miasto świetności..... tylko że te lata ma daaawno za sobą. Miałam wrażenie ze Polska poszła od tego czasu dalej, a Budapeszt się niestety zatrzymał. Dla mnie to miasto było pokryte kurzem, dosłownie i w przenośni. Ludzie nie zawsze uprzejmi, często negatywnie nastawieni, jedzenie dla mnie za ciężkie i tłuste (okropny gulasz w którym nie było świeżej papryki! a suszona). To również w Budapeszcie spotkała mnie bardzo nieprzyjemna "przygoda". Zostałam okrzyczana za zrobienie zdjęcia na ulicy przez Panią która, w stroju ludowym robiła tam za dekorację i ZMUSZONA do skasowania zdjęcia i udowodnienia że go na aparacie nie posiadam. Bałam się, że mi aparat potrzaska :/ No cóż...

    OdpowiedzUsuń
  24. Hala akurat mi się spodobała, ma swój taki specyficzny klimat. :) Co do kuchni węgierskiej próbowałam tylko langoszy (były bardzo dobre, nie były wcale mocno tłuste) ale nie w Budapeszcie, tam rzeczywiście nie wyglądały zbyt zachęcająco...
    Bardzo zachęciłaś mnie do spróbowania tych lodów :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Kuchnia wegierska jest z grubsza bardzo podobna i tak samo malo ciekawa jak polska a przy tym bardziej skomplikowana. Trzeba pojsc do lokali naprawde z wyzszej polki jak Gundel aby takie potrawy jak paprykaz nabraly wymiaru ale to wydatek rzedu 400-500 zl za dwie osoby bez wina.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na lokale z wyższej półki mnie nie stać, a nawet jakby było stać, to obiad dla 2 osób za 500zł uważam za szaleństwo ;) Zostanę przy lodach lawendowych ;)

      Usuń
  26. Już sobie siebie tam wyobrażam :D Uwielbiam takie miejsca!

    OdpowiedzUsuń

TOP