18.7.13

Konkurs z Portugalią w tle!

Przed weekendem pokazałam Wam Lizbonę, za którą tęsknię każdego dnia. To jedno z tych miejsc, do których się jedzie nie licząc na nic wielkiego, a niespodziewanie zostawia się w nich jakąś cząstkę swojej duszy. Niedawno też pisałam o Irlandii, do której moje serce wyrywało się od lat, prosząc wytrwale, abym je zabrała na Zieloną Wyspę. Wspominałam o tym niezwykłym uczuciu - napięcia, oczekiwania i szczęścia, gdy w końcu udało mi się polecieć do Dublina, zwiedzić różne zakątki wyspy i zweryfikować swoje wyobrażenia. Każdy ma taki  miejsca, które zostawiły w nim ślad już na zawsze, które nigdy nie zostaną zapomniane a ich wspomnienie nie będzie zamazane. Dla każdego to może być inny zakątek ziemi i zachwycić mogło coś zupełnie innego. Myślę też, że każdy ma w swojej głowie miejsca o których myśli pomimo, że jeszcze tam nie był, ale wie, że w końcu marzenia staną się rzeczywistością.
=
 Jestem bardzo ciekawa Waszych miejsc. Czy zdarzyło się Wam kiedyś wyjechać i
zakochać się bez pamięci a uczucie zaskoczyło Was samych? Czy może czekaliście
wiele lat na to, aby gdzieś dotrzeć i w końcu się udało? Co czuliście i co przyniosły dni tam
spędzone? Radość, spełnienie czy niestety rozczarowanie? Napiszcie o tym, a ja wg mnie
najciekawszy komentarz nagrodzę czymś bardzo fajnym i bardzo, bardzo portugalskim!
.Każdy może wziąć udział w konkursie, osoby anonimowe proszone są o podanie
adresu e-mail w komentarzu, a do osób, które mają bloga mam prośbę o wrzucenie
u siebie informacji o konkursie. Nie jest to wymagane, ale będzie mi bardzo miło :)

Zaskoczcie mnie proszę! A ja z przyjemnością oddam w dobre ręce paczkę z:

* 3 płytowym albumem "Fado & The City" - nowym, ale bez folii, z ponad 40 utworami
* Dwoma zakładkami: z mapą wybrzeża Algarve oraz sardynką od Smaków Porugalii
* Puszką sardynek portugalskich, świetnej marki Ramirez (również od Smaków Portugalii)
* Składaną, dość dużą po rozłożeniu, nieużywaną mapą Portugalii
* Folderem anglojęzycznym "Portugal and it's culture" i małym folderem o Maderze
* Dodatkowo zwycięzca może liczyć na pocztówkę z Lizbony w październiku! :)

 Jeśli pojawi się ponad 15 odpowiedzi i będę miała trudniejszy wybór, dodatkowo
Smaki Portugalii dorzucą moją ukochaną kawę Nicola, o której wiele razy pisałam.
Dzień bez Nicoli to dzień stracony i myślę, że zwycięzca też się w niej zakocha! :)

---------------------

WYNIKI

Dwa tygodnie temu ogłosiłam na blogu konkurs. Udało mi się zaprosić do współpracy 
Smaki Portugalii, dzięki uprzejmości których zwycięzca otrzyma sardynki Ramirez oraz
 moją ulubioną kawę Nicola. Dodatkowo, każda osoba, która brała udział w konkursie
otrzymuje rabat 10% na zakupy w ich sklepie on-line na hasło Całe życie w Podróży!
 To dla mnie wielki zaszczyt, że chcieliście podzielić się ze mną swoimi wspomnieniami,
miejscami, które wiele dla Was znaczą i coś wniosły w Wasze życie. Zgłoszeń było dużo
więcej niż się spodziewałam a wybór bardzo trudny i nie umiałam sama podjąć decyzji.

Zabraliście mnie do nowych dla mnie miejsc: Buenos Aires pełnego wyrazistych smaków
i zapachów; maleńkiej Słowenii, której mieszkańcy to prawdziwi szczęściarze bo mają góry,
jeziora, morze i zamki. Do Jerozolimy, która jest miastem o dwóch twarzach; do uczącego
cierpliwości i pełnego chaosu Lwowa; do Sevilli, która budzi tak wielkie emocje, że można
o niej pisać przepiękne wiersze. Do płynącej winem Burgundii. Do Tajlandii, gdzie ludzie się
uśmiechają zupełnie bez powodu i jej stolicy, Bangkoku, gdzie zapach spalin miesza się z
aromatem cytrynowej trawy. A także do Las Vegas, miasta które jest "miniaturą świata".
Sylwia zabrała mnie w imponującą podróż złotym rydwanem po Egipcie, a Magdalena 
upewniła mnie, że Granada jest miejscem, które muszę odwiedzić prędzej czy później. A
w ostatniej chwili pojawiła się też Brazylia, którą można pokochać od pierwszej chwili.

Wskazaliście też nazwy bardzo bliskie mojemu sercu: Sycylia i jej niezwykle serdeczni
mieszkańcy; pełen atrakcji i zawsze na czasie Rzym; Barcelona - miasto, za którym się
tęskni. Okazało się, że Hiszpania szybko rozkochuje w sobie fikusami, aloesami, cudnymi
widokami, klimatycznymi miasteczkami, świetną kuchnią. Mogłam też na chwilę wrócić do
ważnych dla mnie zakątków Portugalii. Padła też odpowiedź, że najlepiej jest Tu i Teraz...

Odpowiedzi były tak różne i zwracające uwagę na tak zróżnicowane kwestie, że dość
szybko pożałowałam, że w ogóle ogłosiłam ten konkurs. Jak mam wybrać jedną, skoro
każda z nich jest piękna, bo kryje w sobie kawał uczuć i emocji, które pisząca je osoba
przeżywała w przeszłości a które pewnie towarzyszą jej do dziś? Zrozumiałam wtedy,
czemu Justyna Steczkowska zalewała się łzami mając przed sobą kilku zdolnych ludzi
w The Voice of Poland i musząc podjąć decyzję kto nie idzie dalej ;) Wtedy się z niej 
trochę śmiałam, teraz nie było mi do śmiechu, bo tak naprawdę nie ma jednej dobrej
decyzji, ale po prostu "ktoś musi iść dalej". Wtedy udałam się do Marzeny ze Smaków
 Portugalii prosząc o pomoc. Długo rozmawiałyśmy o tym, czego we wpisach szukamy:
 inspiracji, wiary w to, że podróż rozwija, zmienia w nas coś. Że zostawiając kawałek 
siebie w jakimś miejscu, jednocześnie wychodzimy bogatsi. Wiem, że wstęp jest tak
 długi, że pewnie nikt z Was nie doszedł do tego momentu....Nie przedłużając więc:


Pierwsze miejsce i główną nagrodę zdobywa Nulek, której Kraków nas poruszył:

"Tam dorosłam. Tam poznałam smaki życia. Tam odkryłam, kim jestem i czego
 potrzebuję, dowiedziałam się o sobie rzeczy, które chciałam i których nie chciałam.
To moje miasto inicjacji. Miasto-sen. Miasto-marzenie. Jeden z moich domów.

Poczułyśmy, że to jest to. Nie chodzi o miejsce, a o to, co ono zmieni w nas. Najważniejsze
 podróże to te, które pozwalają spojrzeć na siebie i swoje życie z innej perspektywy, rozwijać się. 

Kiedy doszłyśmy do wpisu Tomka, postanowiłyśmy, że dostanie małą nagrodę - wyróżnienie za:

"Dla mnie sercem wszechświata staje się każde miejsce gdzie mogę zmierzyć się z siłą natury,
 czymś większym ode mnie, innym. Nie ważne czy jest to piękno potężnych gór, prześmiewczo 
patrzących na świat okiem lodu i czap śnieżnych, czy wysokie zbocza sięgających nieba gór 
Szkockiej wyspy Isle of Skye... czy tez równiny Ukrainy, mury Santiago de Compostela.
Każde z tych miejsc odkrywa bardzo ważny element siebie. To nie tylko orgia kolorów i form.
 Ale zmierzenie się ze sobą które czyni mnie człowiekiem, lepszym, bardziej świadomym, głębokim.
W tym naszym szybkim świecie, makabra jakiegoś wyzwania jest bliskim przyjacielem, gdy uda 
się przejść dalej bezpiecznie. To osobiście jest dla mnie ukryte miejsce którego zawsze szukam
 i nigdy nie zapominam. świat jest wyzwaniem. Piękno rzuca rękawicę. człowiek spotkany 
w biednym rejonie świata rzuca rękawicę świadomości, Góry chcą Cię zetrzeć ze ściany na
 na dol, ale dajesz rade. Każde z tych miejsc jedyne u ulubione, bo prowadzi dalej.
do ulubionej równiny pełnej słońca"

Nulek i Tomku - proszę o przesłanie na ajka_k@wp.pl danych do wysyłki nagrody. Wszystkim
 dziękuję za udział w konkursie i oświadczam, że więcej nie wezmę na siebie takiej odpowiedzialności! :)

33 komentarze:

  1. Ludzie często mówią, że od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok. Myślę, że wędrówka w drugą stronę odbywa się na podobnych zasadach i niechęć od miłości też może dzielić bardzo cieniutka granica...

    Tak było właśnie z miejscem, o którym chcę napisać, czyli z... Krakowem. :)

    Pierwszy raz trafiłam tam jako nastolatka w ramach stypendium dla zdolnej młodzieży. Pojechałam na tydzień i szczerze znienawidziłam to miasto. Zapewne ze względu na duszącą, okropną atmosferę panującą podczas wyjazdu - dookoła same kujony przechwalające się osiągnięciami lub marudzące na stan zdrowia, choroby, problemy itd. Staruszkowie przyodziani w skórę nastolatków. Horror.
    Wytrzymałam 3 dni i zwiałam do domu - nie dla mnie zloty kujonów, jak się okazało... Pamiętam jednak, że przed moją ucieczką brałam udział w spacerze po - zaśnieżonym wtedy i zachlapanym śniegowym błockiem centrum miasta. Ustawiono nas na stopniach Collegium Novum i powiedziano nam coś w stylu: "I wy, drogie dziatki, będziecie mogły tu kiedyś studiować...". Pomyślałam wtedy jedno: "Nigdy w życiu!".

    3 lata później, po skończeniu technikum ekonomicznego i dostaniu się do ścisłego finału olimpiady polonistycznej, wylądowałam na studiach filologicznych... no, gdzie? W KRAKOWIE WŁAŚNIE!

    Podszepnął mi to pan od polskiego. A ja - dziewczę podatne na sugestię - posłuchałam, choć wcześniej wcale nie miałam pomysłu na tak daleki wyjazd.

    I wiecie co? Zakochałam się w tym mieście. Ot tak, po prostu. Zapominając zupełnie o młodzieńczych deklaracjach i niechęci. A co więcej - znalazłam tam wielu przyjaciół. :)

    Mieszkałam w Krakowie 8 lat i gdyby nie to, że znalazłam pracę w Poznaniu, pewnie zostałabym tam już na dobre. Zawsze jednak będzie to miasto ukochane i najważniejsze w moim sercu. Tam dorosłam. Tam poznałam smaki życia. Tam odkryłam, kim jestem i czego potrzebuję, dowiedziałam się o sobie rzeczy, które chciałam i których nie chciałam poznać. To moje miasto inicjacji. Miasto-sen. Miasto-marzenie. Jeden z moich domów.

    I choć nie zanosi się na to, że wrócę tam na dobre, to jednak wracam wciąż - na chwilę, na weekend, na kilka dni... Wracam, oddycham tym cholernym krakowskim smogiem, wściekam się na korki - zawsze w tych samych miejscach, rzucam się w wir krakowskiego życia, idę na spacer do Smoka, uścisnąć mu koślawą łapę, zagłębiam się w plątaninę podgórskich zaułków i chłonę, chłonę tę atmosferę, w której dorastałam. A później - naładowana energią (w końcu to w Krakowie mamy czakram) - wracam w moje nowe życie silniejsza i radośniejsza.

    Nigdy nie przypuszczałam, że tak się skończy historia mojego nieszczęsnego stypendium. Ale los bywa przewrotny, jak widać. :)

    Pozdrawiam!
    anulawawrzyniak@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Szalona krowa, inny rodzaj słodyczy i czerwona pomoc edukacyjna

    Takie moje miejsce to Buenos Aires. Odwiedziłam je podczas konferencji studenckiej i już po tygodniu oddychałam tym miejscem. Wszystko było wielkie, ale nieprzytłaczające.

    Za każdym rogiem czyhał na mnie nowy kolor w dzielnicy La Boca, czarno-biała elegancja tanga, zapach parilla, czyli grillowanego mięsa i gdybym została tam jeszcze trochę, dostałabym kartę stałego klienta w restauracji La Vaca Loca, czyli w „szalonej krowie”.

    Wszystko było wyraziste i miało smak. Zaskoczył mnie inny niż w Polsce rodzaj smaku słodkiego w alfajores i ogólnie w bułeczkach i ciasteczkach. Ten rodzaj smaku słodkiego, co w ‘dulche de leche’ znalazłam przez przypadek, raz w małej cukiereneczce na warszawskiej Ochocie.

    Czerwone wino z Mendozy pomagało mi uczyć się hiszpańskiego dla średniozaawansowanych. Kiedyś tam wrócę po smaki, zapachy, kolory i po argentyński akcent.

    Blog: zmianaperspektywy.pl
    porozmawiajmy@zmianaperspektywy.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. Kazde miejsce zaskakuje i do dzisiaj nie wiem gdzie chcialabym pojechac raz jeszcze czy kolejny raz...Okazuje sie, ze najpiekniej jest tam gdzie jestem TERAZ!
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie wraz z mężem zaczarowała Słowenia.
    Słowenia, to państwo maluszek, mniejsze niż Warmińsko-Mazurskie, mniejsze niż Zachodniopomorskie. Nie ma wielu mieszkańców, żaden słoweński aktor nie rzuca się w oczy w Hollywood, armia nie ma myśliwców odrzutowych. Nie przeszkadza to Słoweńcom, żyć w dostatku. Poziom życia jest tu najwyższy w całej byłej Jugosławii, porządek i dobrobyt wydaje się być tam od zawsze. Ludzie są rozsądni i uprzejmi. Trudno uwierzyć w ten ich słoweński rozsądek, bo my gdybyśmy tam mieszkali, zwariowalibyśmy.
    Żyć w kraju, tak malutkim i mieć dla siebie Alpy. Mieć jeziora. Mieć piękne wzgórza, porośnięte winoroślą. Małe, urokliwe miasteczka i zamki ze strzelistymi wieżami, z olśniewającym widokiem. Mieć własny skrawek Adriatyku, gdzie morze jest błękitne jak uśmiech nieba. Wiemy, że gdy Słoweńcy nie mogą w to uwierzyć, gdy robi się im za gorąco z nadmiaru tego wszystkiego, otwierają drzwi do piwnicy i szukają butelki białego wina, które jest rozkosznie chłodne. Kosztują je nieśpiesznie, a smak, któremu mógłby pozazdrościć rajski nektar, przypomina im: tak, Adam i Ewa tak dobrze nie mieli...

    Jowita, lukaczynska@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja osobiście zakochałam się w Portugalii. Wszystko zaczęło się od pewnego portugalczyka który zawrócił mi w głowie i tym zachęcił do poznania swojego kraju i kultury. Stało się to moją pasją!
    Ten kraj jest tak niesamowicie magiczny i wyjątkowy. Przepiękna historia opleciona w dźwięki Fado, złociste wybrzeża Algarve i cudowne fale :).
    Portugalia jest bardzo tajemnicza, wiele rzeczy kryje się w szczegółach, nie jest na pokaz. Często zapomniana i nie doceniana przez europejczyków z racji tego iż jest na samym "końcu świata" kryje w sobie wiele zagadek.
    Nie jest przereklamowana, wręcz przeciwnie-jeszcze zbyt mało znana.
    Portugalczycy są niesamowici. Wśród nich czuję się jak u siebie w domu. Radośni przyjaźni, pozytywnie nastawieni do życia i gościnni. Czuć od nich tą duszę odkrywcy żeglującego po oceanach-coś co niesamowicie przyciąga, wewnątrz są bardzo spokojni i nieśmiali, tajemniczy jak sama Portugalia :) zawsze troszkę zamyśleni i w "innym świecie". Kochają podróżować lecz zawsze towarzyszy im uczucie "saudade" do własnego kraju, plaży, wina.
    Fado-nieodłączna część Portugalii, ta smutna pieśń płynie w każdym portugalskim sercu. Zakochałam się w głosie Amalii Rodrigues. Inni muzyczni artyści tacy jak Zeca Afonso, Linda Martini i Xutos e Pontapes od dawna królują na mojej playliście!
    Muzyka jest nieodłączną częścią klimatu Portugalii, spokojna, romantyczna.
    Niestety jeszcze tam nie byłam ale mam nadzieję udać się tam wkrótce!
    Przepiękne plaże, ocean, architektura, restauracje!
    Coś co mnie niesamowicie urzekło- Azluejos!
    Jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie w życiu widziałam!
    Te ręcznie robione płytki ceramiczne mają w sobie duszę, są prześliczne. Stały się ikoną Portugalii tak samo jak Lizboński tramwaj ;)
    Niesamowicie urzekający jest też język! Portugalski brzmi tak płynnie i szeleszcząco, jak muzyka :)
    Kuchnia chociaż zupełnie inna od naszej bo opierająca się przede wszystkim na owocach morza jest przepyszna! Polecam każdemu spróbować! Obowiązkowo Pasteis de nata! :) Niebo w gębie!
    Portugalia jest bardzo spokojnym krajem, bez pośpiechu. Długie posiłki, rozmowy z rodziną, ludzie cieszący się życiem. Czas jakby tam płynął wolniej.
    Marzy mi się aby kiedyś tam wyjechać a może i zamieszkać? ;)

    Serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników bloga!

    Joanna,
    joanna_g95@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  6. Rok temu spędziłem lato w Jerozolimie i zakochałem się bez reszty w tym miejscu bezustannie dryfującym pomiędzy trzema religiami, w mieście z pogranicza rzeczywistości i świętości , w którym splatają się ze sobą dwie kultury – cywilizacja Zachodu i orientalność Wschodu, tworząc specyficzną , magiczno-egzotyczną atmosferę.Pamiętam jak podążałem za wielonarodowym tłumem spragnionym religijnych uniesień, jak szedłem na górujące nad miastem , otoczone aurą majestatu i bogatej historii wzgórze świątynne.Ale pamiętam też zupełnie inne oblicze tego miasta – obdartego z aury świętości, z brutalnością codziennego życia, pełne wyrzutków, złodziei, handlarzy narkotyków i ulicznych artystów.Ta pasjonująca podróż po współczesnej Jerozolimie pokazała mi smutną rzeczywistość izraelskiej ulicy ale też urok krętych, wspinających się i opadających spiralami serpentyn uliczek, nostalgicznych zaułków pełnych knajpek i straganów, zieleń judejskich wzgórz wokół miasta.Ale nade wszystko uświadomiła mi, że mimo wszechobecnych duchów przeszłości Jerozolima tętni życiem, jest nowoczesną metropolią a sakralny wymiar miejsca nie czyni jej wolną od problemów dzisiejszego świata.Uwiodła mnie ta dwoistość natury Jerozolimy – świętej a zarazem do bólu rzeczywistej, przeniknęła mą duszę na wskroś i dlatego chciałbym tam znów pojechać.

    adres e-mail: ratel1984@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Portugalia, moja miłość...

    Gdy myślę o Portugalii-„słyszę” fado. To narodowa muzyka Portugalii.
    Fado znaczy dosłownie los, przeznaczenie. Narodziło się z tęsknoty saudade, kobiet
    czekających w domach na powrót mężów z wypraw za ocean.
    Ta nostalgiczna muzyka niesie ukojenie i wprawia w zachwyt. Rozbrzmiewa w klimatycznych maleńkich tawernach i w wielkich salach koncertowych.
    Nie trzeba rozumieć słów pieśni fado, żeby zrozumieć ich przesłanie.
    W sercu Lizbony - Alfamie, spacerując wieczorami wąskimi, stromymi uliczkami,
    z każdego niemal zakątka słychać fado. To wyjątkowe miejsce, jego klimatu nie da się
    porównać z żadnym innym.
    Królową fado była nie żyjąca już Amalia Rodrigez. Teraz fado śpiewa wielu artystów, a wśród nich zjawiskowa Mariza, koncertująca na całym świecie , również w Polsce.
    Kto nie posłuchał fado, nie zrozumie natury Portugalczyka i dozna w pełni piękna Portugalii.


    zakochana w Portugalii
    Jagienka.
    jagienkab2@go2.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. Chetnie bym sie zalapala na pocztowke z Lizbony:) Niczym CIe nie zaskocze, moje miejsce to Hiszpania, kiedys bym powiedziala, ze poludniowa, ale teraz, po wielu latach i miejscach, trudno bylo by wybrac. Kazdy region Hiszpanii jest inny i kazdy ma wiele do zaoferowania. FaktEm pozostaje, ze zakochalam sie gdzies pomiedzy Guadiana i GuadaLquivirem:) Co mnie uwiodlo? Nie wiem, na mysl przychodza mu fikusy i monstery wyzsze od niektorych budynkow mieszkalnych, opuncje i aloesy rosnace sobie samopas, wszechobecne sosny, kilometrami ciagnaca sie plaza...a moze to byly pierwszy raz luskane wlasnorecznie krewetki, smak queso manchego czy whiski J&b popijane gdzies na jakims krawezniku w srodku nocy? Jak pozniej i do tej pory, pielegnowalam i pilegnuje to, zdawaloby sie, zaurocznie? Dlaczego postanowilam zamieszkac na stale w Hiszpanii i Zamiar wykonalam, chociaz stale jest pojeciem wzglednym? Ciagle sama sie pytam i ciagle wracam, zeby sie przekonac, ze to nie bylo tylko wakacyjne zauroczenie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Przypadkowo trafiłem na Twojego bloga i jestem pod wielkim wrażeniem - zarówno treści, jak i layoutu, ale przede wszystkim wspaniałych zdjęć! :) Te z Praia da Rocha są naprawdę świetne!

    OdpowiedzUsuń
  10. Moja Portugalia czyli o spełnionych pomysłach.

    "Jeśli możesz coś zrobić lub marzysz, że mógłbyś to zrobić, zabierz się za to. Odwaga ma w sobie moc geniuszu." (J.W. Goethe). To zdanie powinnam chyba napisać na końcu, bo do tego wniosku, za wielkim poetą, doszłam całkiem niedawno.
    A wszystko zaczęło się dość nieoczekiwanie od usłyszanej przypadkowo w radiu piosenki (!). Tak mocne wywarła na mnie wrażenie, że chociaż śpiewana była w obcym mi języku portugalskim, przez nieznanego wykonawcę, byłam niemal oszołomiona. Głos, sposób interpretacji, emocje, muzyka, wszystko to było jakieś nowe, inne, tajemnicze. Może po prostu pasowało do mojego stanu ducha w tamtej chwili. Po kilku minutach ogarnęła mnie myśl: Chcę rozumieć słowa, które ten człowiek śpiewa tak pięknie!... i nie namyślając się dłużej zakupiłam w sklepie internetowym podręcznik do nauki języka portugalskiego. Po kilu dniach poszukiwań w sieci znałam już dość dobrze repertuar wspomnianego śpiewaka. I tak się zaczęła moja przygoda z muzyką fado, językiem portugalskim i Portugalią, która trwa już kilka lat. Nie będę opisywała moich językowych perypetii, przejmującego głosu Camané, odbytych podróży po Portugalii czy spotkania ze „sprawcą” całego zamieszania. Powiem tylko, że to co wydawało mi się kiedyś niemożliwe do zrealizowania stało się rzeczywistością… i ważną lekcją w życiowej edukacji.
    Może więc warto czasem dać ponieść się chwili, pierwszemu wrażeniu…i nie przepędzać od razu karkołomnych, wydawałby się, pomysłów. Inspiracja jest wszędzie!
    A czym dla mnie jest Portugalia ?
    Kiedy myślę o Portugalii słyszę fado. „Fado” oznacza los, przeznaczenie. To rodzaj nostalgicznych pieśni wykonywanych przez jednego wokalistę przy akompaniamencie gitar. To muzyka duszy, żalu, tęsknoty i samotności. Oddaje w pewien sposób charakter Portugalczyków. Wyłania się niemal z każdego zakątka Lizbony kiedy zapada noc. Wtedy to miejskie tawerny zwłaszcza w starych dzielnicach jak Alfama czy Bairro Alto rozbrzmiewają tęsknymi głosami fadistów. To niewątpliwie wielkie dziedzictwo i symbol Portugalii.
    Kiedy myślę o Portugalii czuję radość spełnionych marzeń – podróży do ojczyzny fado. Przed oczami przesuwają się wąskie uliczki Lizbony czy Porto, spokojne zakątki małych miasteczek, zatykające dech w piersi plaże Algarve, groźne klify zielonej Madery, bezkresny ocean, błękit nieba, słońce ….Ten kraniec ziemi, jak mawiali o nim starożytni, zaskoczył mnie i zafascynował swoim niepowtarzalnym pięknem.
    Dla mnie Portugalia to także zapach i smak mocnej kawy czy zerwanych prosto z drzewa pomarańczy, to życzliwi ludzie i głębia oceanu w ich zielonych oczach.
    Portugalia to moja wielka fascynacja muzyką, ludźmi, kulturą, krajobrazem. To także moja wielka tęsknota. Tudo isto é fado (wszystko to jest fado)– jak śpiewała legendarna „Królowa fado”Amalia Rodrigues.
    clucyna @tlen.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. Na co dzień jestem zorganizowana i kocham porządek, więc nie sądziłam, że zakocham się w tak chaotycznym miejscu jak Ukraina. Kiedy 2 lata temu jechałam po raz pierwszy na uniwersytet do Lwowa, myślałam, że nie wytrzymam tych kilku dni. Widziałam w wyobraźni miejsce rodem z koszmarów, gdzie są piraci drogowi, brakuje wody i ogrzewania, a złodzieje i gwałciciele czają się za każdym rogiem. I pokochałam ten mój Lwów - niezwykły klimat, zabytkowe Stare Miasto, tramwaje sunące majestatycznie wśród kamienic, wąskie uliczki, stylowe latarnie. I, co najdziwniejsze, pokochałam wszechobecny tam chaos. Nauczyłam się, że z marszrutki można wysiąść w dowolnym miejscu, również na środku ruchliwego skrzyżowania, a kierowcy nie widzą problemów w zatrzymywaniu się co kilka metrów tylko dlatego, że jakiś pasażer chce wsiąść lub wysiąść, słychać wtedy tylko: "Pane wodiju, ja choczu zupynytysja, tak, tak, o tut". Poznałam wspaniałych ludzi, którzy dyskutowali ze mną do upadłego, ze stoicyzmem znosili błędy językowe i z dnia na dzień stali się bliscy. Nauczyłam się też, że nie wzystko musi być idealnie zaplanowane, zawsze na czas, a jeśli pociąg dziś nie przyjedzie, a my stoimy gdzieś w polu? To może być tylko początkiem nowej przygody. A o przygodę w tym kraju nietrudno.

    A obecnie planuję podróż do Irkucka z kilkorgiem pasjonatów, więc do zobaczenia w podróży! :)

    Justyna, morthund@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  12. w takim razie muszę się tam wybrać,może również pozostawię tam kawałek duszy.:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Kocham Hiszpanię, szczególnie bliska memu sercu jest Andaluzja. Mam wrażenie, że musiałam tam mieszkać w poprzednim wcieleniu. W ubiegłym roku odwiedziłam Sevillę i teraz już wiem gdzie powinnam spędzić resztę mojego życia. Nie będzie to proste ale zrobię wszystko żeby moje marzenie się spełniło. W ostatnim dniu pobytu w Sewilli byłam na spektaklu flamenco. Był już późny wieczór i padało dość mocno. Kocham flamenco więc emocje były przeogromne i już podczas spektaklu rodził się w mojej głowie wiersz.
    ----------------------------------------------------------

    Gdy śpiewasz pod płaczącym niebem Sevilli
    Zaklinasz mnie niczym czarnoksiężnik
    Twój głos wyrywa mi duszę
    Zatraciłam się w tej miłości

    Deszcz wybija rytm rumby
    uderzając w okna starej kamienicy
    Żegna się ze mną fontanna
    klęcząca u stóp Giraldy

    Opuszczam cię dziś wbrew samej sobie
    Zabalsamowana twoim powietrzem
    Nie zamknęłam jeszcze drzwi za sobą
    A już tęsknię

    Hasta luego, Sevillo!
    -------------------------------------------

    Sevilla to: wspaniali ludzie, piękne zabytki, przepyszne wino z pomarańczy, niesamowita Feria de Abril, wzruszające flamenco i ... wszystko to czego potrzebuję do szczęścia.

    Jowita, jowka4@vp.pl

    Jowita

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hasta luego kochana, czekamy tu na Ciebie :)
      Piękne są te Twoje wiersze!!!

      Usuń
  14. Wiele komentarzy i miejsc odnosi się do Portugalii. Mój nie będzie inny :D
    Jest tam pewne miasto w którym jestem zakochany i do którego szczególnie mam sentyment. Wiem, że kiedyś tam wrócę i zostanę na stałe. To miasto, to oczywiście Porto.
    Zakochałem się w nim w ciągu praktycznie jednego weekendu, kiedy to z dwójką koleżanek spędziliśmy cały weekend na ulicach tego pieknego miasta. I to dosłownie. Postanowiliśmy, że nie będziemy nocować w żadnym hostelu, tylko jak pójdziemy spać, to na ulicy. I rzeczywiście tak było. Na początku chcieliśmy się przespać na dworcu São Bento, ale jest on zamykany o godzinie 1 w nocy i ochrona kolei nas stamtąd wygoniła. Przenieśliśmy się więc na Praça da Liberdade. Siedzieliśmy na chodniku, obserwowaliśmy życie nocne i bawiących się na ulicach Portugalczyków. Z godziny na godzinę robiło się ich coraz mniej, więc postanowiliśmy, że też udamy się na spoczynek. Był to koniec września i wcale w nocy nie jest w Porto tak ciepło. Zrobiliśmy sobie legowisko pod ratuszem. Na przeciw drzwi frontowych, ale zasłonięci przez murek od strony placu. Nikt nas nie widział, a my mogliśmy dalej obserwować cały plac stamtąd. Spędziliśmy tam kilka godzin do czasu, aż pierwsze promienie słoneczne zaczęły pojawiać się na horyzoncie i robiło sie coraz jaśniej (i cieplej). Miasto powoli zaczęło budzić się do życia. My również po za ledwie paru godzinach snu (nawet nie pamiętam czy w ogóle wtedy przymknąłem oczy) zebraliśmy sie na równe nogi i dalej spacerowaliśmy po mieście.
    Jeden weekend wystarczył, by mnie to miasto urzekło. Przeszedłem je wzdłuż i wszerz (nie lubię jeździć komunikacją miejska i jak tylko mam okazję, to wszędzie chodzę). Zaglądałem w różne zakamarki, małe, wąskie uliczki. Obserwowałem, jak żyją ludzie, jak spędzają czas na ulicy, jak się bawią, jak piorą pranie w wielkiej misce na oczach innych. Dzięki nocy spędzonej na ulicy poczułem jak Porto zasypia i budzi się do życia następnego poranka. Co najlepsze, ze nie byliśmy jedynymi osobami, które tak spędzały ten weekend. Na ulicach, przy zabytkowym dworcu czy na samym placu, w wejściach do sklepów i kamienic, można było spotkać wielu Portugalczyków, którzy również ucinali sobie krótkie drzemki. Nie byli to bezdomni (przynajmniej nie wyglądali na takich), nie byli też jacyś pijani czy na dragach. Po prostu wyglądali na normalnych ludzi, takich jak my. Może szukali też swego miejsca na ziemi i właśnie znaleźli je na ulicach Porto :D
    Wiem, że jeszcze kiedyś tam wrócę, jak już wcześniej pisałem. I myślę, że spędzę nie jedną noc na ulicach tego miasta :D

    Michał

    cizio.michal@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  15. Ajko, ładnie napisałaś: "Każdy ma takie
    miejsca, które zostawiły w nim ślad już na zawsze, które nigdy nie zostaną zapomniane a ich
    wspomnienie nie będzie zamazane" ! Piękny cytat!
    Nie widziałam w życiu, aż tak wiele, jakbym chciała, ale najwspanialszym miejscem, jakie w życiu miałam okazję zobaczyć była Barcelona. Uczucia, które targały mną podczas pobytu w tym magicznym mieście nie potrafię ot tak opisać słowami, ale spróbuje :) Jeszcze tam byłam, a już czułam: tęsknotę, już martwiłam się, jak to będzie, gdy wyjadę, gdy nie będę już jej widzieć, jak to przetrzymam? Kiedy znów wrócę? To chyba miłość prawda? :) Od pierwszego wejrzenia...
    Jak pisał mój ukochany Zafon: "To miasto... Zanim się człowiek obejrzy, wejdzie mu pod skórę i skradnie duszę"
    :) Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  16. Hej... ja pozdrawiam z nad granicy hiszpańsko-portugalskiej... Andaluzja i Algarve razem... to najlepszy wybór :)

    Grześ
    dictador.rum@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  17. Moim miejscem, do którego wracałam, wracam i z pewnością będę wracać jest Burgundia. Ten fragment Francji, który zapewne większości kojarzy się z winem jest dla mnie miejscem niezwykłym. Wiąże się to z tym, że miałam okazję spędzać tam wakacje jako małe i już nieco większe dziecko :) Odkrywanie średniowiecznych miasteczek, jeżdżenie po krętych drogach pomiędzy ciągnącymi się po horyzont winnicami, spacerowanie po złocistych polach, smakowanie nowych potraw wyśmienitej francuskiej kuchni… I to co uwielbiam najbardziej – francuskie targi z niezliczoną ilością wspaniałych produktów, od owoców i warzyw, świeżych ryb, lokalnych serów, wyrobów cukierniczych, po ciuszki, buty i biżuterię. I czas, gdy po zakupach można usiąść w jednej z wielu kawiarenek i zamówić Oranginę… To wszystko - piękna przyroda, niesamowite zabytki, przyjaźni ludzie, i oczywiście wspomnienia beztroskiego dzieciństwa sprawiają, że Burgundia jest moim "małym" azylem :)

    Ola
    ola.olga.k@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  18. Po wielu latach przyszło mi się zmierzyć z mitem...
    na krótko niestety,poleciałam-po raz pierwszy- do Portugalii, do Algarwe. Co zastałam i co poczułam...to, co często w różnych miejscach. Trzeba wykonywać sporą pracę,żeby zdejmując warstwa po warstwie blichtr komercji,dotknąć prawdy o kraju i jego mieszkańcach.
    Te niskie stare domy zagubione wśród wieżowców zasłaniających widok nieba, morza, sąsiadów w Portimao...Te zabite na głucho okna i drzwi wielu starych domów- na jednym z nich graffiti- twarz starej kobiety, a pod spodem słowo"free"...
    Te leżaki z parasolami jednego, drugiego, trzeciego hotelu zamiast łodzi rybackich z wymalowanym na dziobie okiem, gwiazdą, zwierzęciem mającym uchronić przed działaniem złych mocy na plaży u podnóża Albufeiry...Ten kierowca autobusu czekający na Cabo da Sao Vicente na turystów, którzy przebiegną fotografując i ewentualnie kupując pamiątkę ten cudowny cypel Europy otwierający się na resztę świata,zamglony ocean, zapach soli i tymianku...TWARZE- zmęczonego kolejarza z pociągu Portimao- Lagos przysiadającego późnym popołudniem wśród innych pasażerów, fryzjera z maleńkiego zakładu fryzjerskiego, mężczyzn na stacjach kolejowych/ bo lokalne pociągi w Portugalii pozwalają widzieć ją prawdziwiej i nimi, gdybym miała czas, chciałabym przemierzyć ten kraj/, kobiety z pastelarii i- ŚCIANY niszczejących domów śpiewają SAUDADE...Ten kraj, niezależnie od wygranych przenika melancholia. Chciałabym wrócić i czytać ją znowu...

    OdpowiedzUsuń
  19. Moim zdaniem to niezwykli ludzie spotkani w czasie podróży sparawiają (lub nie:)), że zakochujemy się w danym miejscu. W moim przypadku tak było z Sycylią. Pojechałam tam na 3 miesiące i absulutnie przepadłam :) Nigdy nie zapomnę przypadkowo spotkanych ludzi, którzy z zainteresowaniem zagdywali, zapraszali do siebie na obiad lub degustację domowej roboty limoncello. Nie zapomnę kierowców,którzy bez wahania nadkładali 20 km tylko po to, by odwieźć Cię pod sam dom. Ani sprzedawczyni w sklepie rybnym, starszej pani, która wita uśmiechem i ciepłym słowem każdego klienta. Lub barmana w kawiarni, który od pierwszego dnia zapamiętuje jaką kawę pijesz i potem nawet nie musisz nic mówić - czarne jak smoła i piekielnie mocne espresso już gotowe. Nie wspominając o cytrynowych i pomarańczowych sadach, targachach w Katanii czy Palermo, najpyszniejszych na świecie cannoli czy starożytnych ruinach, którymi naszpikowana jest na wyspa. Sicilia, amore mio, wrócę, to pewne! :)
    pozdrawiam

    Gosia (malgoska2409@autograf.pl)

    OdpowiedzUsuń
  20. Jest takie miejsce gdzie zwracano się do mnie madam tak często, że po pewnym czasie na zwykłe Monika przestałam reagować :). Gdzie uśmiechem można wyrazić wszystko i gdzie najszczerzej uśmiechają się Ci, którzy - jak mi się wydaje - niekoniecznie mają do tego najwięcej powodów. Gdzie uśmiech wchodzi w krew, bolą od niego policzki i gdzie miałam wrażenie, że gdyby nie uszy to bym sobie uśmiech owijała wokół głowy. Gdzie niebo bywa tak rozgwieżdżone, że miałam wrażenie że dla ani jednej najmniejszej nawet gwiazdy nie ma już miejsca. I gdzie gwiazdy czasami zdawały się być tak nisko, że miałam wrażenie że gdy wyciągnę rękę to ich dotknę, i to bez stawania na palcach. Gdzie na jednej z wysp chodziłam trzy dni praktycznie boso a wspomnienie o "życiu w butach" było jakieś takie mało realne. Gdzie jedzenie smakuje tak, że myślałam, iż pęknę albo umrę z przejedzenia a i tak dalej jadłam bo przecież apetyt rósł mi w miarę jedzenia, a co za tym idzie rósł i brzuch :).Gdzie można popłynąć "na gapę" łódką komunikacji miejskiej ( wiem, wiem, wstyd )a później mieć takie wyrzuty sumienia, że kolejny rejs odbyć trzymając w ręku dwa bilety. Gdzie mieszkałam w pokoju zamykanym na taką małą kłódkę od pamiętnika a i tak jak nigdy miałam pewność, że moje rzeczy są bezpieczne jak w sejfie. Gdzie przytulenie się do małego słonia dało mi tyle szczęścia, że mój M powinien być zaniepokojony :). I gdzie myśl o posiadaniu takiego na własność była tak realna ( co do dziś mnie zdumiewa ) jak fakt, że w Polsce czeka na mnie pies. W tych wyobrażeniach kąpiemy się razem ( ja i słoń ), ja mu myje uszy, on mi robi prysznic z trąby a po kąpieli huśtawkę :).Gdzie mrożona kawa podawana w foliowym worku ze słomką wydawała się czymś najnormalniejszym na świecie. Gdzie zapach duriana - pomimo zapewnień - nie powalił mnie na kolana. Podzieliłam się z Tajlandią po równo - zostawiłam tam kawałek serca a Tajlandia dała mi na zawsze kawałek siebie, żebym mogła tę dziurę w sercu załatać. I były dni kiedy myśl o pozostaniu tam na zawsze towarzyszyła mi jak cień i nie dała się odpędzić. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że jeśli chodzi o Tajlandię, to nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa i przygoda będzie mieć swój ciąg dalszy...

    OdpowiedzUsuń
  21. Ach! Portugalia – moje niespełnione (póki co!) marzenie. Jestem w gotowości, by oddać serce jej największym dobrom – muzyce, kawie, widokom etc. Zanim jednak to uczynię, pragnę podzielić się swoim wspomnieniem z miejsca, które bezapelacyjnie skradło moje serce już pierwszej nocy spędzonej tam. Mam na myśli GRANADĘ. Jadąc na miejsce, byłam sceptycznie nastawiona. Poprzednie zwiedzone miejscowości wydawały się nie do pobicia – a jednak! Już pierwsze sekundy wizyty w Granadzie wywarły na mnie ogromne wrażenie - przepiękne ulice, przez które dane mi było przemieszczać wyposażone w piękne wysokie budynki mieszkalne, rządowe, biurowe oraz kościoły. Idąc do punktu docelowego – hostelu Oasis, który serdecznie wszystkim polecam (tanio i ładnie!) – przechodziłam przez dzielnicę arabską, gdzie wszyscy zachęcali do zakupu piekielnie drogich, ale dobrze wykonanych rzeczy ze skóry, wszelakich plecionek i wielobarwnych materiałów. To wszystko otoczone klimatyczną wonią przeróżnych kadzideł przeplatane promieniami słońca przez narzuty rzucające cień na przechodniów. Krocząc dalej główną ulicą w stronę Parku Garcii Lorci zauważyłam stragany ze smakami Hiszpanii – kawy, herbaty, owoce, słodycze, a miało to dobre klikanaście metrów. Gdy dotarłam do parku mogłam podziwiać wyznania miłosne pisane na chodniku, ścianach, drzewach i chyba jedyny zbiornik z wodą nie nadającą się do picia w całej Hiszpanii, a nieziemski upał towarzyszący tamtego dnia nie dawał wypocząć nawet w cieniu. Postanowiłam wrócić do centrum i odpocząć pod Katedrą, gdzie czekał na mnie koncert zorganizowany przez pewnego młodzieńca z gitarą. To natchnęło mnie, by odszukać wszelkie sklepy muzyczne i kupić obiecane profesjonalne kastaniety mojej ulubionej artystce z Polski, z którą również pragnę rozpocząć małą podróż w klimaty flamenco oraz fado. Po drodze napotkałam zadziwiająco świetnie wykonane graffiti, którego hiszpański street art nie powinien się wstydzić. Aż żal, że nie zdołałam sfotografować wszystkich. Zwieńczeniem dnia i impulsem do utonięcia w uroku tego miasta było spożycie tinto de verano (smak lata!) na jednym z dachów przy zachodzie słońca, oglądając z góry całą Granadę i Alhambrę, do której wybierałam się dnia następnego. Tego widoku nie da się opisać! Nie tracąc czasu, po dwóch godzinach snu, znalazłam się w drodze do Pałacu, by dostać wejściówkę na najwcześniejszą godzinę. Chyba nie muszę dodawać, że po jej otrzymaniu znalazłam się w raju. Zostawiłam tam ostatnie pokłady sił, swoje i mojego aparatu. Wróciwszy do centrum, spożyłam najlepszy obiad w życiu – moje ukochane gazpacho, paellę i przeróżne tapas, które tylko zdołałam zmieścić. Mieszkańcy Granady są niezwykle sympatyczni. Widząc turystę z aparatem, machają i krzyczą z prośbą o zdjęcie, nawet stojąc na światłach, na motorze, jednak niewyspanie i wspomniany wcześniej upał zaniósł mnie do pobliskiego ogrodu, bym mogła zaznać trochę spokoju i poleżeć na trawie w cieniu, gdzie przywitał mnie pan policjant uprzejmie prosząc bym tego nie robiła. Jakież było moje zdziwienie, nigdy przedtem nie zdarzyła mi się taka sytuacja, zwłaszcza w Hiszpanii. To był znak, że nie czas na odpoczynek i trzeba ruszać dalej! Dzisiaj jestem pewna, że na pewno tam wrócę, ale zanim to zrobię chcę przygotować plan na najlepszą podróż mojego życia – do Lizbony. Mam nadzieję, że moje marzenia będą spełniać się w dalszym ciągu i w końcu tam dotrę. Na razie to Portugalia przyjeżdżała do mnie – Mariza z koncertem we Wrocławiu, portugalska czekolada od znajomych, słowniki, kursy dla obcokrajowców… nigdy jednak nie piłam tamtejszej kawy, dlatego postanowiłam opisać moją wizytę w Granadzie, może a nuż uda mi się cieszyć tym smakiem przed wizytą w Kraju Cudów i najpiękniejszych tramwajów! :)


    PS Niestety nie prowadzę żadnego bloga, ale chętnie podzielę się zdjęciami z moich tegorocznych podróży po Andaluzji, więc w razie chęci, służę swoimi zdobyczami! :)

    Magdalena,
    matheleine@onet.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam
      Bylem we wrześniu w Andaluzji w tym m.in. Granadzie - przepięknie jeszcze teraz wspominam, polecam Lizbonę i Porto byłem w tamtym roku ............tez mile wspominam inapewno do Portugali jeszcze wrócę.
      Pozdrawiam Janusz

      Usuń
  22. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  23. Zdecydowanie Rzym. Cudowne miasto z klimatem, gdzie nowe przeplata się ze starym. Stolica i największe miasto Włoch. Miejsce, w którym gdziekolwiek spojrzysz, widzisz historię, kolebkę naszej kultury. A w nim między innymi Bazylika św. Jana na Lateranie, gdzie znajduje się ołtarz papieski, przy którym mszę może odprawiać tylko papież. Koloseum, czyli niegdysiejszy amfiteatr, wzniesiony pod koniec I wieku naszej ery przez cesarzy z dynastii Flawiuszów. Na tej niesamowitej arenie starożytni Rzymianie oglądali zazwyczaj śmiertelne pojedynki gladiatorów i dzikich zwierząt. Miało 80 wejść pozwalających na sprawne wpuszczanie do środka 55 tysięcy widzów. Do dzisiaj wzorują się na tym systemie piłkarskie stadiony. Fontanna di Trevi znana z Rzymskich wakacji z Audrey Hepburn. Piękne miejsce, pełne romantycznych chwil i wspomnień, mimo ogromnego tłumu. Wrzuciliśmy nawet kilka monet, więc zapewniliśmy sobie powrót :) Poza tym jedzenie - pizza, spaghetti, lasagna czy nawet bakłażan.. Kuchnia włoska jest jedną z naszych ulubionych. Panteon - jedyna budowla Starożytnego Rzymu, która dotrwała do naszych czasów w niezmienionym stanie. Forum Romanum, czyli starożytny rynek zachowany w naprawdę niezłym stanie, gdzie nagromadzone jest wokół tyle zabytków, gdzie chyba nigdzie indziej na świecie. Campo di Fiori - ogromny targ i miejsce spalenia na stosie Giordano Bruno. Czy bazylika Matki Bożej Anielskiej i Męczenników, która na podstawie projektu Michała Anioła została przerobiona z Term Dioklecjana. Cudowne miejsca, piękna przygoda.

    Te nasze przygody i wiele więcej zapisaliśmy poza tym na naszym blogu pocztowka-z.blogspot.com na który serdecznie zapraszamy :)

    Pozdrawiamy,
    Wiktoria i Piotr

    blog.pocztowka.z@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  24. Ponieważ uwielbiam podróże dlatego cieszę sie bardzo na każda z nich.W tamtym roku zostalam zaproszona do Kanady.Potem okazało się że jest mozliwość wyjazdu do USA.Znajomi postanowili że wynajmiemy samochód i pojeżdzimy po parkach w stanach.Mnie ta perspektywa załatwiania wizy nie bardzo przypadła do gustu, ale okazało się że moja córka zawsze marzyła o zobaczeniu Grand Canyon.No i stało się wiza została załatwiona poleciałyśmy najpierw do Kanady a potem samolotem do Las Vegas.Byłam pełna obaw, po co mi to miasto, ale nie było tak żle.Pomyslałam po co zwiedzać świat jak w Las Vegas zobaczymy wszystkie symbole ze świata.Bardzo ciekawe to wszystko było, takie wielke ogromne niesamowite.Szczególnie te kasyna kasyna nie ma możliowści dostania się do pokoju hotelowego bez przejscia przez kasyno.Potem były kaniony niesamowite wrażenia, najbardziej przypadł mi do gustu kanion antylopy i piękna Sedona.Swoje wrażenia i zdjęcia zamieszczam na portalu zwiedzaj świat.Pozdrawima Małgorzata Bednarczyk malgorzatabed@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  25. Bangkok – prawidłowa nazwa tej metropolii w języku tajskim składa się z 21 słów… A co w moich wspomnieniach definiuje to miasto…Pierwsze skojarzenia związane z tym miastem…tłumy, spaliny, wszechogarniający chaos, kontrast… Brzmi niezbyt zachęcająco…

    Skojarzenia: tłumy i spaliny…
    Ludzie w tym mieście są wszędzie o każdej porze dnia i nocy, pełno ich w sklepach i na ulicach, komunikacji publicznej. Ulice wypełnione są straganami z wiecznie targującymi się turystami. Drogi są wiecznie zakorkowane. Z uwagi na ogromne zaludnienie oraz duże zanieczyszczenie powietrza zaczęto budować chodniki wielopoziomowe. Pierwszym moim wrażeniem, kiedy wyszłam z naziemnej kolejki/metra Skytrain był smród spalin pomieszany z zapachem jedzenia i skwarem południa…, Jako że mam dosyć wrażliwy zmysł powonienia, pomyślałam wtedy, że nie dam rady spędzić w tym miejscu dnia a co dopiero ponad tygodnia…
    W Tajlandii istnieje kult jedzenia, na każdym kroku można zobaczyć stragany czy knajpki serwujące przepyszne jedzenie pachnące aromatyczną trawą cytrynową, liśćmi limonki kaffir, czy galangalem. Czasami wydawało mi się, że jedynym zajęciem tego narodu jest jedzenie. W knajpkach zamawia się po kilka dań z obszernego menu. Zamówione jedzenie nie jest serwowane bezpośrednio osobie zamawiającej (tak jak u nas), lecz serwuje się je wszystkim osobom przy stole. Każdy może spróbować wszystkich zamówionych potraw.
    W trakcie pobytu w Bangkoku można wręcz odurzyć się zapachem jedzenia. Teraz wracam myślami do tych zapachów oraz smaków i paradoksalnie tęsknię za tymi spalinami zmieszanymi z aromatem trawy cytrynowej…

    Skojarzenia: chaos, kontrast...
    Bangkok nie posiada wydzielonego centrum, każda dzielnica posiada własny punkt centralny.
    Jest to miasto niesamowitych kontrastów gdzie wszechogarniający buddyzm przejawiający się w pięknych wat-ach bądź posągach współistnieje z nowoczesnym centrum biznesowym bądź kolorami i hałasem Chinatown. Bangkok pomimo dynamicznego rozwoju jest przesycony buddyzmem wraz z jego pięknymi świątyniami: Wat Traimit, Wat Phra Kaew, Wat Pho, czy Wat Arun. Świątynie czy małe ołtarzyki na ulicach wydają się czasem być ucieczką od zgiełku miasta, momentem wyciszenia w drodze do pracy czy sklepu.
    W tym chaosie „Miasta Aniołów” po kilku dniach pobytu można dostrzec ład systemu religijnego/filozoficznego. Buddyzm wydaje się być jedynym elementem wspólnym dla każdej dzielnicy i spajającym całe miasto.

    Bangkok nie jest miastem nijakim, można je pokochać albo znienawidzić. Ja je pokochałam bezgranicznie wraz z jego wszystkimi mankamentami, pokochałam chaos przerośniętej metropolii mocno związanej z tradycją i „religią” buddyzmu, a nawet spaliny zmieszane z pięknymi zapachami dań kuchni tajskiej…
    Bangkok jest taki jak jego prawidłowa tajska nazwa – złożony, niejednolity i zachwycający.

    Pozdrawiam, g.osinska@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  26. hehe, witaj.
    tak, patrząc na Twoje artykuły pełne smakowitych zdjęć, czuje to od dawna, ze emocjonalnie głęboko podchodzisz do miejsc które odwiedzasz. Portugalia, Hiszpania, Italia, a nawet wciąż Grecja są takimi wielowymiarowymi wszechświatami, gdzie zmysły same wpływają na nasza zmianę. patrząc na Twoje foty potraw, kolorów, morza, oceanu, ludzi, widzę jaka mozaikę utworzyło to w Twoim umyśle i sercu.
    Słonce nas dopełnia, potrzebujemy przestrzeni i kolorów całkiem tak jak każde zwierze.

    dla mnie sercem wszechświata staje się każde miejsce gdzie mogę zmierzyć się z siłą natury, czymś większym ode mnie, innym. Nie ważne czy jest to piękno potężnych gór, prześmiewczo patrzących na świat okiem lodu i czap śnieżnych, czy wysokie zbocza sięgających nieba gór Szkockiej wyspy Isle of Skye... czy tez równiny Ukrainy, mury Santiago de Compostela.

    Każde z tych miejsc odkrywa bardzo ważny element siebie. To nie tylko orgia kolorów i form. Ale zmierzenie się ze sobą które czyni mnie człowiekiem, lepszym, bardziej świadomym, głębokim.

    W tym naszym szybkim świecie, makabra jakiegoś wyzwania jest bliskim przyjacielem, gdy uda się przejść dalej bezpiecznie.
    To osobiście jest dla mnie ukryte miejsce którego zawsze szukam, i nigdy nie zapominam. świat jest wyzwaniem.
    Piękno rzuca rękawicę. człowiek spotkany w biednym rejonie świata rzuca rękawicę świadomości. Góry chcą Cie zetrzeć ze ściany na dol, ale dajesz rade.

    każde z tych miejsc jest jedyne, i ulubione.

    bo prowadzi dalej. do ulubionej równiny pełnej słońca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę Cię o maila - ajka_k@wp.pl. Dostałeś wyróżnienie, ale nie podałeś żadnego kontaktu :)

      Usuń
    2. Ajka!
      zobaczyłem Twoją odpowiedz wczoraj, tak się nie spodziewałem tego wyróżnienia, ze nie brałem go pod uwagę, i z ciekawości spojrzałem na to kogo wybrałaś. A tu mile zaskoczenie.
      Dzięki serdeczne za wyróżnienie
      będę w kontakcie emailowym

      pozdrowienia i powodzenia
      Tomek

      Usuń
    3. Nagroda czeka do najbliższej środy tj. 11.09 a potem zostanie przekazana na następny konkurs

      Usuń
  27. Bardzo ciekawie to opisujesz ,ale niestety brak mi na twoim blogu co gdzie i jak tanio można zjeść i jakie są koszty podróży ?Czy wybierasz biuro podróży czy sama organizujesz i planujesz taki wyjazd .

    Pozdrawiam

    Piotrek

    Ps.Zapraszam na mojego bloga he he dopiero zaczynam

    OdpowiedzUsuń

TOP