11.10.13

"Każde Marzenie jest piękne, jeśli dla kogoś dużo znaczy"

Monikę poznałam 7 lat temu na VII piętrze Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Była moim "przewodnikiem" po oddziale Onkologii i opowiadała o zasadach działania w fundacji, do której zamierzałam przystąpić jako wolontariusz. Przez blisko 2 lata miałyśmy okazję widywać się regularnie i spełnić wspólnie kilka pięknych Marzeń. To był ciężki, ale bardzo ważny czas w moim życiu, a ta rozmowa jest najtrudniejszą z cyklu "Inspiracje", bo obudziła dziesiątki wspomnień. Chociaż dziś nasz kontakt jest sporadyczny, Monika jest i będzie mi bliska. Przeżyłyśmy chwile, których nie zrozumie nikt, kto nie był uczestnikiem. Dzieliłyśmy bardzo silne emocje. Monika wytrwała dłużej niż ja i podziwiam Ją za to. Może wydać Wam się dziwne, że taki temat pojawia się w tym cyklu, sama zastanawiałam się, czy to dobry pomysł, ale doszłam do wniosku, że tak. Chciałam pokazać różne drogi ku spełnieniu i samorealizacji, bo to nie tylko podróże, ciekawa praca, własna firma czy robienie tego, co sprawia przyjemność. Siebie można również odnaleźć w pomaganiu innym, może to nadać sens życiu i wpłynąć na dalsze istotne decyzje. Nie chcę, żeby ten odcinek był o smutku, tylko o pochwale życia. O tym, że mamy tylko jedną szansę na tej planecie, a nic nie jest nam dane na zawsze. I tylko od nas zależy jak uda nam się wykorzystać każdą sekundę. Goniąc za czymś nienazwanym, czy ciesząc się daną chwilą. Moment refleksji.

Co Cię skłoniło do tego, aby zostać wolontariuszką i pracować z ciężko chorymi dziećmi? Kiedy się poznałyśmy, ja miałam 20 lat, Ty byłaś jeszcze młodsza. Fundacji poświęcałaś dużo wolnego czasu. Mnie wiele osób pytało "po co Ci to?". Czy też tego doświadczyłaś?

To było naturalne. Zawsze lubiłam pomagać, a kiedy miałam 17 lat postanowiłam zaangażować się w jakąś stałą działalność. Zaczęłam szukać i okazało się, że dla wielu fundacji byłam zbyt młoda. W tej, która spełniała marzenia chorych dzieci, zostałam przyjęta entuzjastycznie, bez pytania o wiek. Liczyły się chęci. Już po pierwszym spotkaniu poczułam, że to moje miejsce. Poświęcałam temu wiele czasu, ale nie przesadzajmy, przy dobrej organizacji starczało mi go także na zwyczajne życie, spotkania ze znajomymi. Nie wtajemniczałam ich jednak w swoje zajęcia w fundacji, gdyż wiele osób nie rozumiało, po co to robię i dlaczego zrezygnowałam ze swojej weekendowej pracy, aby bywać w szpitalu i to na oddziale onkologii. Zawsze bałam się szpitali, niewiele osób wierzyło, że wytrzymam. Ale zostałam w fundacji, czym zaskoczyłam zarówno bliskich, jak też samą siebie.

Jak wspominasz początki wolontariatu? Często słyszę, że to musiało być doświadczenie smutne i ponure. Kiedy mówię, że na starcie była tylko radość i entuzjazm, nikt mi nie wierzy. A u ciebie?

Dołączyłam do fundacji, gdy miała niecałe 2 lata, dopiero się formowała, pewne zasady powstawały na bieżąco. Nie było nowych i starych wolontariuszy, każdy pomagał każdemu i łączył nas wspólny cel - aby spełnić marzenia jak największej ilości oczekujących dzieciaków. Starałam się nie myśleć  o chorobie, z którą zmagali się moi podopieczni, koncentrowałam się na tym, co mogę zrobić, aby przynajmniej przez chwilę było im lepiej, żeby na ich twarzy zagościł uśmiech. W teorii, na każde z dzieci przypadały dwa, maksymalnie trzy spotkania, aby poznać marzenie i je zrealizować. Jak się okazało, w praktyce kontakt był początkiem wieloletniej przyjaźni, niektóre trwają nawet do dziś!


Kilka marzeń spełniałyśmy wspólnie. Pamiętam nasze wyprawy do Międzylesia, kiedy dzwonił telefon: Marzyciel jedzie na oddział. Pierwsze, drugie, piąte spotkanie... Czasem kończyłam zajęcia na uczelni na drugim końcu miasta i jechałam do szpitala tylko po to, by Marzycielowi zawieść pizzę, bo odmawiał szpitalnego jedzenia. Czasem kilka godzin siedzieliśmy przy stole w stołówce rozmawiając o pogodzie (bo okna były pozamykane). Zupełnie naturalnie nasze relacje z rodzinami zmieniały się z tych oficjalnych w nieformalne, a Marzenie przestawało być celem samym w sobie. Nagle poczułam, że po prostu chcę z nimi być, spędzać czas, rozmawiać, mimo, że nie musiałam, bo po realizacji Marzenia nie było to już moim obowiązkiem. Niektórzy nawet odradzali nam takie przywiązywanie się do dzieci, pamiętasz? Ale trudno jest wejść i tak po prostu wyjść. Wiele osób przyjeżdżało z dalekich rejonów Polski, często nie znali tu nikogo. Szliśmy w czasie przepustki na zakupy, do Łazienek, na Stare Miasto. Raz poszłam nawet na nieobowiązkowy mecz Legii, co było jednym z największych poświęceń w moim życiu ;) 

To prawda. Rodzice często zaczynali traktować mnie jak przyjaciela, a nie "panią z fundacji". Mogli się zwierzyć, wypłakać. Ale też zadzwonić z radosną nowiną, że maluchowi poprawiają się wyniki, że już zaczyna wracać do zdrowia. Kiedyś jedna z Mam podziękowała mi za to, że nie musi przede mną niczego udawać, bo w domu musi być silna, sprawiać wrażenie, że wszystko ma pod kontrolą, że się nie boi. W fundacji byliśmy jak jedna, wielka rodzina. Dzieliliśmy się wrażeniami, smutkami, radościami. To bardzo motywowało. Szybko poczułam, że to jest dla mnie bardzo ważne i wiele dla mnie znaczy.

Czułam to samo. Działalność sprawiała mi dużą satysfakcję. Spotkania z rodzinami, uśmiech dzieci, dobre relacje. Nie tylko czas w szpitalu, ale też maile, telefony. Poczucie sensu. I wtedy stało się to, co stać się miało potem wielokrotnie. Informacja, że jednego z dzieci nie ma już z nami...

Ja już w pierwszym miesiącu mojego wolontariatu zetknęłam się z odejściem Marzycielki, którą jako obserwator odwiedzałam z jej opiekunem z fundacji. A po czterech miesiącach pożegnałam mojego Marzyciela. To był dla mnie szok. Niby miałam świadomość, że to choroba zagrażająca życiu, ale nie sądziłam, że tak szybko może je odebrać. Wtedy myślałam, że nie dam rady, ale pomogło mi wsparcie ludzi z fundacji i Mamy Marzyciela, która powiedziała, że jej Syn do ostatnich dni żył tym Marzeniem. Wtedy zrozumiałam, że to i tak by się stało, ale dzięki mojej pracy, dziecko było wtedy Szczęśliwe.


Które z marzeń wspominasz najlepiej? W fundacji były cztery kategorie: chcę dostać, chcę spotkać, chcę zobaczyć, chcę być. Większość moich Marzycieli miała bardzo sprecyzowane zainteresowania, trafiałam na nastolatków z pięknymi pasjami i Marzeniami. Załatwialiśmy więc wejściówki na plan serialu "Kryminalni", sprowadzałyśmy do Polski Artura Boruca czy wiozłam Marzyciela aż do Włoch, by spotkał piłkarzy Inter Mediolanu. Miałam też pasjonata tworzenia muzyki i chłopca, który chciał zobaczyć fabrykę Ferrari, dziewczynkę, która marzyła o spotkaniu z Myszką Miki w Disneylandzie.


Marzenia moich dzieci były bardzo różne. Część z kategorii chcę mieć - Paulinka chciała aparat, by robić zdjęcia swojej rodzinie; Karol laptopa, by zabić szpitalną nudę; Patrycja lalkę, którą mogłaby się opiekować. Kubuś pragnął poznać Jerzego Dudka, Natalka usmażyć naleśniki ze swoją mamą w towarzystwie Pascala Brodnickiego. Były też Marzenia podróżnicze - trudno sobie wyobrazić, ale wiele dzieci nigdy nie widziało polskich gór czy morza i pragnęły tego bardziej niż dalekich wojaży. Sandra wymarzyła sobie, by stać się Gwiazdą i w blasku fleszy chodzić po scenie. Każde Marzenie traktowałam bardzo poważnie, bo każde Marzenie jest piękne, jeśli dla kogoś dużo znaczy. Każde, które udało się spełnić było dla mnie bardzo ważne, realizacje piękne, ale i tak najważniejsze były dla mnie same spotkania z dziećmi i ich rodzinami, ten wspólnie spędzony czas. Każde spotkanie utwierdzało mnie w przekonaniu, że tak łatwo dać komuś radość - czasem wystarczy spojrzenie, które mówi "jestem z Tobą", uśmiech, potrzymanie za rękę. Niby nic, a może tak wiele znaczyć!

Mam wrażenie, że często o tym zapominamy. Że w codziennym pędzie, codziennych problemach nie zwracamy uwagi na tak ważne rzeczy jak rozmowa, bliskość drugiego człowieka, drobne gesty. Często myślimy, że na wszystko jest czas, że są rzeczy pilniejsze. Pamiętasz, jak byłyśmy u naszego Marzyciela i śmiałyśmy się w głos z Jego żartów, kątem oka obserwując Jego Mamę, z oczami pełnymi łez wzruszenia? Wtedy zrozumiałam, że to jest TO. Ta chwila. Że to się w życiu liczy. Dziś jesteśmy razem, ale jutro może być inaczej. Nic nie jest dane na zawsze. Jutro jest niepewne, bo nie ma gwarancji, że w ogóle nadejdzie. Spędziłam z Marzycielem cudowny czas w Mediolanie, będąc świadkiem Jego szczęścia. Byłam obok, chłonęłam każdą sekundę. Wiem, ile dla niego to znaczyło i że nigdy nie zapomniał tamtych dni, wspominał je do końca. Ja je pamiętam do dziś. Ostatnio ktoś zadał mi pytanie, czy robiłyśmy to "charytatywnie". Jeśli zyski przeliczamy na pieniądze, to zupełnie nic z tego nie miałam. Ale są w życiu rzeczy, które nie mają żadnej ceny, jak np. świadomość, że dzięki moim staraniom, ktoś na chwilę zapomniał o bólu i szpitalu, miał okazję przeżyć coś, na co bardzo czekał. Marzenia zawsze były dla mnie bardzo ważne, wiem, że ich realizacja może dodać skrzydeł. Przez długie miesiące mieliśmy jeszcze kontakt, a wiadomość, że już nigdy więcej nie spojrzę w Jego twarz, nie usłyszę Jego głosu wbiła mi nóż w serce. 17 lat to taki piękny wiek, tyle do przeżycia. Ile my odkładamy każdego dnia na "później"? Ile chwil nam przelatuje między palcami? Łapię się czasami na tym, że nie szanujemy czasu, który mamy, jakby nie mając świadomości, jak wielkim darem on jest. Te pożegnania bolały, ale też coś nam dały.

Pewnego dnia na wyświetlaczu telefonu pojawiło mi się, że dzwonił Karolek. Oddzwoniłam, już ciesząc się, że pewnie jest w drodze do Warszawy. Odebrała Jego mama. Okazało się, że Karol jest w śpiączce, a że zawsze tak na mnie czekał, to chciała, bym o tym wiedziała. Pojechałam do szpitala, nie mogłam Go zawieść. W pewnym momencie Karol wybudził się, uśmiechnął do nas. Ten ostatni uśmiech był najpiękniejszym podsumowaniem naszej przyjaźni. Wiele osób ucieka od tematu śmierci, boi się go. Żyjemy chwilą bez myśli, że kiedyś się skończy. Wolontariat to szkoła życia. Dużo trudnych pytań, niejednokrotnie bez dobrej odpowiedzi. Nauka odpowiedzialności za drugą osobę, empatii, innego spojrzenia na świat, na tak zwane "problemy", które często nimi nie są.

Dla mnie poza tym wszystkim co powiedziałaś, była to też lekcja cierpliwości, kiedy natrafiałam
na różne przeszkody w realizacji Marzeń. Byłam bardzo młoda, nie wiem do dziś jakim cudem mi się udało wiele rzeczy załatwić i wywalczyć. Może dlatego, że nie prosiłam o nic dla siebie. Ciągle pamiętam walkę o wyjazd z Marzycielem do Londynu. Wszystko było pod górkę, ale nawet na sekundę nie odpuściłam. Zdążyłam w ostatniej chwili. Zobaczyliśmy wspólnie Londyn. Ja, Jego rodzice, brat i siostra. Spotkaliśmy na swojej drodze mnóstwo dobrych ludzi. Tak, myślę, że wolontariat przywrócił mi zwyczajną wiarę w Człowieka. Tyle słyszymy o tych, co są źli, a tak mało mówi się o tych, co mają w sercu dobro. Patrząc na mojego Marzyciela, prawie dorosłego chłopaka, tak bardzo doświadczonego przez los zaliczyłam wielką lekcję pokory. Jego podejście do świata, optymizm, otwarcie na ludzi i ich problemy mnie urzekło. Miał dużo podróżniczych Marzeń, Londyn był niestety ostatnim, które udało mu się spełnić. Może dlatego dziś zachłannie spełniam swoje? Bojąc się tego, że czasu może zabraknąć. Nie mam pieniędzy, ale kupuję bilet i robię wszystko, aby je zdobyć. Bo nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli w to naprawdę wierzymy. Część naszych dzieci jest dziś zdrowa, żyją tak samo jak ich rówieśnicy. To takie wspaniałe!

Tak, ja szczególnie bliski kontakt mam z jedną z moich Marzycielek. Kiedy się poznałyśmy, miała 5 lat, dziś ma 13 i nadal się widujemy, gdy przyjeżdża na kontrole. Poznałam przez te lata wiele dzieci, ale wszystkie bez wyjątku pamiętam. Każde dziecko to osobna, zawsze piękna historia!

Skończyłaś pedagogikę specjalną. Czy praca w fundacji wpłynęła na decyzje dotyczące przyszłości?

Tak, to dzięki fundacji ukończyłam ten kierunek, ze specjalnością uprawniającą mnie do pracy w szkołach przyszpitalnych z chorymi dziećmi. Wcześniej zupełnie inaczej widziałam swoje życie zawodowe, ale te spotkania z dziećmi pokazały mi, co chcę zrobić i w czym się spełniam. Aktualnie pracuję ze zdrowymi dziećmi (nauczacie początkowe), ale nie oznacza to, że kończę z tym, co robiłam dotychczas. Po kilku latach przyszedł jednak czas na zmiany i pożegnanie z fundacją.W mojej pracy działam w zespole ds. wolontariatu - szukamy organizacji, z którymi moglibyśmy nawiązać współpracę i chcemy w naszych uczniach zaszczepić chęć do pomagania, empatię, otwarcie na inne osoby, ich problemy i potrzeby.

Dziękuję za rozmowę, życzę wielu sukcesów w spełnianiu Marzeń cudzych i własnych! :)

19 komentarzy:

  1. Wspaniała rozmowa. Moim zdaniem nie ma lepszej drogi do bycia bliżej życia. Zawsze chciałam zostać takim wolontariuszem, ale ja mam i na co dzień problem z nadmiernym przywiązywaniem się i obawiam się, że po takiej wizycie to te dzieci musiałyby pomagać mnie. Wciąż jednak czuję wewnątrz taką potrzebę. Nie wiem tylko jak oddzielić zwyczajne życie od tego w szpitalu? Nie znalazłam metody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze, to mi się chyba nie udało oddzielić, co zresztą widać w wywiadzie. To była część mojego życia, jednego/tego samego, w którym odgrywa się różne role.

      Usuń
  2. Najpiękniejszy wywiad, który czytałam chyba kiedykolwiek. Aż miałam łzy w oczach, a to już u mnie naprawdę nie częste... Przypomniały mi się chwile, gdy w podstawówce pakowaliśmy zakupy ludziom w hipermarkecie, aby zbierać pieniądze na spełnienie marzenia. Nie pamiętam jak Marzycielka miała na imię, ale pamiętam, że była niewidoma i chciała jechać do Lourdes, aby cudowną wodą przetrzeć oczy... Wtedy nie rozumiałam siły marzeń, teraz z perspektywy kilku lat zupełnie to rozumiem. Rok temu zaczęłam kolejny wolontariat i mam wrażenie, że to ja więcej zyskuje, niż daję. Wspaniała sprawa z tyn pomaganiem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, miło nam to słyszeć :) I fakt, że trzeba czasu by pewne rzeczy pełniej zrozumieć. Czym się zajmujesz w ramach wolontariatu jeśli to nie tajemnica?

      Usuń
  3. Najpiękniejszy... pokazał Monikę, ale i Ciebie z innej strony...

    OdpowiedzUsuń
  4. Wielki szacunek dla wolontariuszek. Chylę czoło!

    OdpowiedzUsuń
  5. Podziwiam takie osoby i mam do nich ogromny szacunek i wdzięczność za to poświęcenie kawałka swojego życia dla innych...

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniały wywiad pokazujący, że w życiu można robić wiele dobrych rzeczy dla innych, bezinteresownie. Że nie trzeba cały czas biec za nie wiadomo czym. Mam to szczęście, że również jestem wolontariuszką w fundacji i przebywanie tam daje mi wiele satysfakcji. :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, ważne aby to co robimy sprawiało nam satysfakcję, nieważne, co to będzie!

      Usuń
  7. Spowodowałaś, że facet w średnim wieku rozpłakał się jak dziecko. Jesteś wielka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. Wielkich ludzi jest wielu, naprawdę wielkich, my po prostu robiłyśmy co mogłyśmy, by tym, których los ciężko doświadczył chociaż trochę osłodzić życie i mam nadzieję, że się udało!

      Usuń
  8. zawsze podziwiałam wolontariuszy - byłam sama kimś takim, ale przez niedługi okres czasu... trochę szkoda, bo był to jeden z ciekawszych momentów w moim życiu. pełnych emocji, takiego wewnętrznego wypełnienia.
    wspaniały wywiad.
    pozdrawiam, Aga F.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zawsze można do tego etapu wrócić, wolontariat ma wiele twarzy :)

      Usuń
  9. Moje uznanie dla Ciebie. Na pewno stałaś się bardzo bogata, przez takie doświadczenie pracy w Fundacji. Dzięki temu wiesz, co jest ważne w życiu a co nie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Dokładnie taka pomoc jest najlepszym doświadczeniem w życiu ale też może być ciężka szczególnie jak ma się do czynienia z chorymi dziećmi ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Na wielu zdjeciach jest moja młodsza siostra , której Monika spełniała marzenie :) Ta fundacja jest wielka .. Pogada tym dzieciaczkom usmiechac się choc na chwilke. :-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Czytając tego bloga, pewne chwile i momenty powróciły, ponieważ Monika spełniła mojej młodszej siostrze marzenie, która leczyła w CZD w Warszawie.Monika prócz tego , że spełniła marzenia stała się dla niej przyjaciółka, z którą zawsze się spotkała jak była w Warszawie i do tej pory się spotykają jak tylko jest to możliwe.
    Monika jak i inni wolontariusze przede wszystkim są wsparciem dla dzieci i ich rodziców, którzy przyjeżdżają do obcego miasta ratować swoje dzieci, są zagubieni, przerażeni co będzie jutro ale tez i pełni determinacji w walce z paskudną chorobą. Prawdą jest fakt, że nie szanujemy naszego życia i nie celebrujemy każdej chwili naszego życia, które jest wyjątkowo krótkie.
    Uważam, że wolontariusze to wspaniali ludzie, którzy stanowią wsparcie dla dzieciaczków i ich rodziców. Pełne uznanie za wytrwałość, za ich pracę poświęcenie swojego czasu wolnego i mega wielkie chęci niesienia pomocy :-) DZIĘKUJEMY

    OdpowiedzUsuń

TOP