11.11.13

O Muzeum Calouste Gulbenkiana, mewach, figach i wietrze

Na weekend zapowiadało się lekkie załamanie pogody, więc uznałyśmy, że piątek będzie ostatnim odpowiednim dniem na wizytę na plaży. Jak się później okazało, miałyśmy rację, bo od soboty było już bardziej pochmurno, mimo, że nadal ciepło. Rano zabrałyśmy walizki i zgodnie z planem przeniosłyśmy się do innego hostelu. Przed południem pojechałyśmy do popularnego Muzeum Calouste Gulbenkiana, którego nigdy wcześniej nie miałam okazji odwiedzić.
Czy warto? Tak! Jest to zbiór eksponatów sztuki antycznej, orientalnej i europejskiej, w mojej opinii wysmakowanych i zbliżonych do siebie stylem, pomimo, że z różnych miejsc i lat. Nie robiłam w środku zdjęć, bo nie miałam ochoty, wolałam się skupić na podziwianiu zarówno ciekawych zbiorów jak też architektury budynku, pięknie wkomponowanego w ogród. Zamysł muzeum był taki, aby połączyć sztukę z przyrodą: dużo okien, światła zewnętrznego. Udało się to fantastycznie.
Muzeum wybrałam nieprzypadkowo - znajduje się blisko stacji metra Praça de Espanha (niebieska linia), podobnie jak dworzec autobusowy z którego odjeżdżają autobusy 161 i 153 do miejscowości Costa da Caparica.
Nie zliczę nawet, ile razy w ciągu ostatnich lat plaża w Caparica pojawiła się na blogu. Zdjęcia z różnych pór roku - wiosny, lata, jesieni, a teraz z później jesieni.
Dla przypomnienia, jeśli nie widzieliście, starsze wpisy, bo zdjęcia z tego miejsca są zawsze godne uwagi i cieszą się dużym zainteresowaniem Czytelników.
Ta plaża bezdyskusyjnie znalazła się także na liście moich ulubionych plaż, którą publikowałam jakiś czas temu.
To zaledwie 30 minut jazdy od centrum Lizbony. Autobusy są zwykle pełne, warto więc być na dworcu chwilę wcześniej.
Przenosimy się w inny świat. Z tego miejskiego, gwarnego, pachnącego spalinami do wakacyjnego, leniwego, pachnącego wiatrem, morzem i grillowanymi rybami. Turystycznego, ale zarazem bardzo lokalnego. Caparica to kilka hoteli, dużo prywatnych domów i mieszkań, mały targ, sklepy dla miejscowych i dla turystów (przy głównej ulicy prowadzącej w kierunku plaży).
Są też liczne łódki rybaków i kolorowe sieci, które mężczyźni próbują rozplątać, porzucone meduzy i surferzy.
A jak są surferzy to znaczy, że są i fale. I beachbar Da Wave, który pokochałam od pierwszego wejrzenia i za każdym razem z bijącym sercem sprawdzam, czy jeszcze stoi na swoim miejscu. Uff, tym razem się udało. Znów niebieskie zasłonki powiewały na wietrze a białe wnętrza  rozświetlało słońce wpadające przez otwarte okna. Z miękkich foteli dobiegał nas szum oceanu i kojące dźwięki reggae.
Czekały na nas świeży sok z pomarańczy, mrożona herbata z lodem i idealny punkt widokowy na promenadę.
Uśmiechnięta ośmiornica i zamek z piasku. Pomimo jesieni, pogoda była idealna na długi spacer wzdłuż brzegu.
Odeszłyśmy możliwie jak najdalej od centrum, do miejsca, w którym na szerokiej plaży nie ma już prawie nikogo.
W stojących na wydmie domkach widać, że ktoś tam jeszcze mieszka, ale to już końcówka sezonu.
Planowałyśmy chwilę posiedzieć i popatrzeć w morze, ale było tak cicho i przyjemnie, że obydwie usnęłyśmy jak dzieci. Było ciepło, ale według mnie niewystarczająco na opalanie czy kąpiel (chociaż odważnych nie brakowało), więc przykryłam się ręcznikiem i udawałam, że mnie nie ma. Obudził nas niespodziewany zryw mew, coś, co wyglądało jak scena z filmu "Ptaki".
Dobrze się stało, bo zegarki i brzuchy sugerowały, że już czas na obiad. Tradycyjnie padło na grillowaną peixe-espada z warzywnymi dodatkami, małą butelkę domowego wina i  wodę.
A na deser... świeże figi z mojej ulubionej budki Frutaria VIVA LA FRUTA :) O każdej porze roku mają dla mnie coś pysznego. Czasem figi, czasem truskawki, soczyste anony i słodkie jak cukierki winogrona. Sklep znajduje się przy przystanku na którym się wysiada przyjeżdżając z Lizbony, zawsze jest świetnie zaopatrzony a ceny są bardzo przystępne.
Po obiedzie, spacerze i małych zakupach (w końcu znalazłam plecak jakiego szukałam!) wróciłyśmy jeszcze na chwilę na plażę z nadzieją, że uda nam się zobaczyć zachód słońca.
Pomimo, że robiło się chłodno, na promenadzie nadal było mnóstwo ludzi, a to spacerujących a to jeżdżących na rowerach czy deskorolkach. W wodzie surferzy, na pewno cieszący się z faktu, że wieczorem były większe fale. W czasie tej wizyty ocean był wyjątkowo spokojny, nigdy nie widziałam, żeby wyglądał jak zupa. Z tego powodu zostały nawet przełożone tegoroczne mistrzostwa (bodajże Europy) w surfingu.
Trzeba było powoli wracać. Z żalem, bo jeszcze nie wyjechałam a już tęskniłam. Uwielbiam to miejsce, jego klimat. I surferów. I surfing. Walkę z falami. Chwile oczekiwania, aż przyjdzie ta idealna. W piątek będę miała dla Was ... coś :) Nie powiem co, musicie poczekać, ale obiecuję, że będzie to coś mocno w temacie!

19 komentarzy:

  1. Pięknie !

    A plaża Costa da Caparica i Da Wave - to miejsca na które też zawsze czekam :) Cały czas mam przed oczami ten blask oceanu w pełnym i zachodzącym słońcu :) Jak też niesamowite , piękne , duże figi , które tylko tam tak smakują ...

    JK

    OdpowiedzUsuń
  2. Potwierdzam bardzo ten fragment: jeszcze nie wyjechałm, a już tęsknię. Ja też tak mam

    OdpowiedzUsuń
  3. Czarodziejsko!
    Może w następne wakacje. Pozdrawiam Monika

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudnie tam! Mi najbardziej się podoba ten fotel wśród niebieskich zasłon/kotar - tylko usiąść i wsłuchac się w szum wiatru i morza... A właściwie to wszystko mi się podoba! ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie spędzony dzień! Też tak często mam, że jeszcze nie wyjadę z danego miejsca a już za nim tęsknię.

    OdpowiedzUsuń
  6. już miałam zapytać czy ktoś się kąpał, ale na ostatnich zdjęciach to widać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ola oni są w piankach. Bez pianek nie widziałam, żeby ktoś się odważył wejść cały do wody.

      Usuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Tylko pozazdrościć mieszkańcom Lizbony takiej pięknej plaży w zasięgu 30 minut jazdy!
    Zrobiłam się głodna od patrzenia na tą grillowaną espadę :)

    OdpowiedzUsuń
  9. :) mam wiele ulubionych rzeczy... ale listy ulubionych plaż nie mam... ;D
    A figi kocham! :) takie z drzewa....


    P.S. Długie lata trenowałam karate i mój trener wbił mi w głowę takie powiedzonko "nie ma nie umiem, jest nie chcę"... wierzę w to w dużej większości przypadków :) to tak odnośnie do Twojego wstawania :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Cudowne zdjęcia z surferami! I ta figa :) Ależ się lato przypomina :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo mi się podoba ten cykl o Portugalii, aż się rozmarzyłam i pogrążyłam w słuchaniu fado ;) Piękne jest to Twoje zdjęcie z zachodem słońca w tle! :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Podobaja mi sie i te plaże, mewy rewelacyjne! Fajnie je uchwyciłas :) No i Twoje okrycie sliczne w kwiaty.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. jak zwykle u Ciebie masa cudownych ujęć!

    OdpowiedzUsuń
  14. dziękuję za tą podróż i takie kadry ! :D

    OdpowiedzUsuń
  15. Cudowne klimatyczne zdjęcia. Dziekuję za tę fotorelacje. Ładnie wyglądasz otulona szalem. Aż się chce znów gdzieś polecieć... Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń

TOP