18.11.13

O pastéis de Belém i długich spacerach

W niedzielę słońce wyszło z powrotem zza chmur racząc nas cudownym światłem. Jak wspominałam w poprzednim wpisie, dość niefortunnie zaplanowałyśmy na ten  wizytę w Klasztorze Hieronimitów w Belém. Tego dnia, w godzinach 10-14 wstęp jest darmowy (zamiast 7 EUR). Spodziewałam się kolejki, ale to, co się  tam działo ścięło mnie z nóg. Na parkingu stało kilkadziesiąt autokarów. Tego dnia niby grupy nie są obsługiwane, ale co z tego, jeśli organizatorzy perfidnie wykorzystują fakt, że mogą na grupie przyoszczędzić i ustawiają ich w kolejce, aby każdy sam  swoje odstał udając, że nie jest z grupą? Do ok. 1.5h kolejki pragnę dorzucić pana grającego przed wejściem na flecie, grupę muzyczną z jednego z uniwersytetów oraz grupę wrzeszczących i biegających cygańskich dzieci z matkami sprzedającymi  chusty, szale i tandetną biżuterię, kręcąc się między ludźmi a ich torebkami. 
Dzień był zbyt ładny, by stracić go na ten tłum i wszelkie dołączone do niego atrakcje. Wybiorę się do klasztoru następnym razem, tym razem odpłatnie, bo mimo, że też są chętni, to w godzinach porannych w dni robocze naprawdę idzie to bardzo sprawnie.
Kolejka kolejce nierówna i są w Belém takie, w których zawsze warto stanąć.  Mam na myśli oczywiście boski przybytek serwujący od 1837 roku świeżutkie pastéis de Belém, oparte na tradycyjnej recepturze. W swoim życiu zjadłam tych ciastek dziesiątki, ale magia tych konkretnych nadal na mnie działa. Są po prostu najlepsze! Ten słodki, budyniowy zapach, jeszcze świeżych, wyjętych właśnie z piekarnika jest rozwiązaniem zagadki - ich babeczki są zawsze gorące, kilka chwil temu upieczone, a ich mleczno-jajeczny krem rozpływa się w ustach. Kupując na wynos, dostajemy małe torebeczki z cukrem waniliowym i cynamonem, by posypać  je na chwilę przed zjedzeniem. A zjemy je od razu, wierzcie mi, płacząc z zachwytu.
My nasze zjadłyśmy w okolicznym parku, wystawiając blade twarze w kierunku słońca. Oczywiście pomyliłam cynamon z mokrą chusteczką do wytarcia rąk po jedzeniu (ciasteczka są dość tłuste) i radośnie rozerwałam ją nad granatowymi spodniami a potem w histerii wytarłam to tłustymi rękami. Brawo, Aga, brawo!
Tutaj powraca odwieczny temat - ile pastéis można zjeść naraz? Ja nie jestem w stanie zmieścić więcej niż dwóch a ich kupowanie ma wg mnie sens tylko wtedy, gdy je zjemy od razu, na ciepło. Zawsze fascynują mnie ludzie kupujący 40 sztuk a jest ich naprawdę wielu. Wycieczki zwykle jedzą na miejscu (pastelaria składa się z kilku sal i jest naprawdę ogromna) a ja patrzę z podziwem i niedowierzaniem za  prywatne osoby płace 50 EUR za 4 pudełka babeczek. Ale kto bogatemu zabroni.
Z klasztoru jest tylko kilka kroków nad rzekę Tag. Jest tu deptak spacerowo-biegowo-rowerowy, widok na Most 25 kwietnia i figurę Cristo Rei, a także Pomnik Odkrywców.
Bardzo go lubię, jest piękny a jego lokalizacja przywołuje na myśl czasy wielkich odkryć geograficznych, statki na których odkrywcy wyruszali w poszukiwaniu nowych ziem. Są tu postaci żeglarzy, ale nie tylko. Wśród nich Henryk Żeglarz, Vasco da Gama, Ferdynand Magellan oraz Luís de Camões. Tego dnia na Tagu odbywały się chyba jakieś mini regaty, bo było dookoła mnóstwo żaglówek.
Niedaleko pomnika jest też słynna wieża Torre de Belém. My tym razem sobie ją odpuściłyśmy, ale warto wiedzieć, że idąc do klasztoru można kupić podwójny bilet za 10 EUR, uprawiający też do wstępu do wieży (wg mnie warto się do niej przejść). Kupując osobno zapłacimy 12 EUR. Różnicę warto wykorzystać na ciepłe ciastko!
My zamiast w kierunku wieży, udałyśmy się na stację kolejową, aby złapać pociąg w kierunku Cascais. Tym razem planowałyśmy wysiąść wcześniej. Trasa pociągu jest bardzo malownicza, duża część wiedzie wzdłuż Tagu a potem Oceanu, ale jest kilka przystanków, gdzie jedzie się nie mijając wybrzeża, np. Carcavelos, gdzie chciałyśmy akurat się dostać. Wysiadłyśmy w Oeiras - nie polecam, bo do plaży idzie się 35 min a samo miasto nie jest zbyt ciekawe, a potem już promenadą doszłyśmy do Carcavelos.
Ta miejscowość położona około 12 km od Lizbony znana jest głównie z bardzo dobrych warunków do surfingu, odbywają się tu także zawody i mistrzostwa.
W czasie naszego pobytu w Portugalii Ocean był wyjątkowo spokojny, więc dla osób bardziej zaawansowanych raczej mało atrakcyjny. Skorzystały jednak na tym osoby zaczynające przygodę z surfingiem, a było ich bardzo dużo. Przy plaży są wypożyczalnie desek i szkółki, a także bary, restauracje. Pełen serwis na miejscu.
 Chętnych do łapania fali nie brakowało. Tylko szkoda, że tych fal nie było...
Poniżej młode dziewczyny idące w kierunku plaży. 
Plaża w Carcavelos jest szeroka, piaszczysta, nadająca się zarówno do biernego odpoczynku na leżaku jak też czynnego - są m.in. boiska do gry w piłkę plażową.
Widoczny w oddali budynek to fort  São Julião da Barra, który kiedyś miał za zadanie chronić miasteczko przed statkami wroga a dziś jest budynkiem rządowym.
Ponieważ pogoda była piękna, zdecydowałyśmy się na spacer wzdłuż wybrzeża. Nie przewidziałyśmy jednak, że do najbliżej stacji jest blisko 5 km, a po drodze nie będzie żadnego sklepu. Woda w butelkach skończyła się po kilometrze, więc gdy dotarłyśmy do São Pedro do Estoril, rzuciłyśmy się na automat z napojami.
Razem z dojściem ze stacji nasz spacer wyniósł ok. 10 km, głód zaczął nam dokuczać, przejechałyśmy więc 3 stacje do Cascais i poszłyśmy na obiad tam gdzie dzień wcześniej. Na głównym rynku w miasteczku odbywał się koncert,  mały i kameralny, ale chłopaki mieli piękne głosy i fantastycznie grali, więc nie śpiesząc się nigdzie spędziłyśmy sporo czasu słuchając ich występu. Lubię się nie śpieszyć. Kiedyś leciałam jak szalona, aby odhaczyć punkty a,b,c...z. Dziś umiem odpuścić połowę alfabetu, aby cieszyć się tą konkretną, piękną chwilą.
Wróciłyśmy do Lizbony zadowolone, ale zmęczone. Szybki prysznic i spacer w kierunku Alfamy na spotkanie. Zleciało szybko. Tylko 1 dzień dzielił nas od powrotu..

39 komentarzy:

  1. Nie, że jestem odporna na takie widoki, ale te ciastka zajmują teraz moje wszystkie myśli. Nie zawsze wejście za darmo to dobry wybór. Podobnie jest na koncertach;) Czyżbym dostrzegała na Twojej twarzy subtelny uśmiech?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez cały pobyt w Lizbonie miałam uśmiech dookoła głowy ;) Ale na zdjęciach zostaję przy wersji subtelny ;)

      Usuń
    2. Też staram się na zdjęciach, ale w moim wypadku zawsze widać mój uśmiech, ewentualnie słychać śmiech, a dopiero potem gdzieś tam majaczy moja postać. A tu taka subtelna nutka radości wymalowana z elegancją na twarzy.

      Usuń
    3. To był błogostan tuż po pochłonięciu babeczek ;)

      Usuń
  2. W jednym miejscu bym się nie zgodziła. Mianowicie chodzi o plażę w Oeiras. Fakt, dlugo się idzie, ale po drodze zauważyłam urokliwy kościółek, któremu zrobiłam zdjęcie. Myślę, że w najbliższym czasie dołączę swoje zdjęcia z Portugalii. Jak znajdę trochę czasu na zrobienie porządku w nich. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie widziałam tego kościółka, dlatego go pominęłam w opisie.

      Usuń
  3. Ależ napisałaś o tych ciasteczkach!! :) ciekawe czy w domowych warunkach można takie upiec... ?


    P.S. Nie czytałam "Gdziekolwiek jesteś, bądź" :) polecasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, polecam, w temacie tego o czym pisałaś.
      A na pasteis de nata jest mnóstwo przepisów w sieci, wiadomo, że to nie to samo, ale można chociaż odrobinę klimatu poczuć :)

      Usuń
  4. Agnieszko! kusisz ta Portugalia! Pasteis de Belem....! dokladnie zrobilam to samo, stanelam w kolejce po nie, potem kiedy juz je mialam w rece w cukierni nie bylo miejsca nawet dla szpilki...zawiedziona, bo chcialam przy stoliku, poszlam do parku naprzeciw, Posypalam cieple ciasteczka cynamonem i schrupalam przewracajac z zadowolenia oczami, zblizyly sie do mnie cyganki, ktore mnie troche zaniepokoily ale dalej chrupalam chrupiace babeczki. Jadlam je w wielu miejscach , w Porto, w Bradze, w Viseu etc...nawet w Wenezueli w cukierni portugalskiej..ale takich jak z Belem nie jadlam!!! pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że te są najlepsze. Nie wiem czy to ta "sekretna receptura" czy po prostu to, że zawsze są super świeże, niezależnie o której się przyjdzie?

      Usuń
  5. Nigdy nie kojarzyłam Lizbony z plażami, raczej z wakacjami w mieście, bardzo mnie zASkakujesz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lizbona to i miasto i plaże, dwa w jednym. Przez miasto owszem przepływa rzeka Tag, ale na plażę jedzie się krócej niż ja jadę przez Warszawę do pracy.

      Usuń
    2. kurcze chyba trafilam na zlego przewodnika po Lizbonie, bo slyszalam tylko, ze do plazy jest ponad 30 min- poniewaz mielismy ograniczony czas na plaze nie trafilismy...

      Usuń
  6. Wczoraj w nocy zaczelam i dzisiaj dopiero udalo mi sie doczytac do konca wszystkie swieze posty o Lizbonie. Lizbonskie swiatlo mnie zachwyca, nie ma podobnego w zadnym innym miejscu! Musze kiedys wybrac sie do Cascais i na Costa da Caparica, nigdy nie bylam ale zachwycam sie Twoimi zdjeciami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, Lizbona jest Miastem Światła, bez dwóch zdań :)

      Usuń
  7. ach..ale mi przypomniałaś parę pięknych, słonecznych czerwcowych dni, które spędziłam w Lizbonie cztery lata temu, dziękuję!:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jest mi dzisiaj taaak zimnooo, że z ogromną przyjemnością ponownie oglądam Twoje zdjęcia z ciepłych miejsc :-) Widzę się na tym czerwonym leżaczku pod parasolem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dzisiaj za odrobinę słońca dałabym się pokroić..

      Usuń
  9. te ciastka widzę już chyba nie 1 raz u Ciebie na blogu. i chyba nie tylko u Ciebie. muszą byc pyszne i popularne w Portugalii i Hiszpanii, czyż nie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy można je kupić w Hiszpanii, bo są to ciastka rodem z Portugalii.
      I tak, są bardzo popularne, można je kupić w każdej niemalże kawiarni, restauracji, barze itd.

      Usuń
  10. Jak zwykle z przyjemnością czytam Twoje relacje z Lizbony. Jestem jednak ciekawa, czy i tym razem gdy byłaś w Portugalii czułaś "to coś magicznego"? Czasem boję się wracać do miejsc, w których się zakochałam w obawie, że oczekiwania będą tak wielkie, że rzeczywistość nie jest w stanie im sprostać. Wiem, że Lizbonę pokochałaś miłością niemal bezgraniczną i zastanawiam się, czy mimo upływu czasu, już z innej perspektywy, w innym kontekście, nadal czujesz to samo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś patrzyłam przez różowe okulary, dziś już widzę dużo wad tego kraju i miasta, ale nie ma ideałów. Nie wiem, czy chciałabym tam mieszkać, ale wracam zawsze i chętnie. To już -nasta wizyta i nadal jest mi tam dobrze. I chcę wracać :)

      Usuń
    2. A ja ciągle sobie powtarzam, ze to w Lizbonie zamieszkam na emeryturze :)

      Usuń
    3. Rozumiem i nawet mnie to specjalnie nie zaskakuje. Sewilla z perspektywy kilkudniowego turysty wygląda niemal jak miasto-marzenie. W rzeczywistości potrzeba wiele wysiłku, żeby po kilku latach na miejscu nadal ją kochać. Póki co udaje mi się, choć bywa ciężko. Podczas kilku dni w Lizbonie myślałam: rany, chciałabym tutaj mieszkać. Wiem jednak, że lizbonska rzeczywistość na każdy dzień też by mnie najprawdopodobniej rozczarowała. No ale nie ma w końcu ani idealnych miejsc, ani idealnych ludzi...

      Usuń
    4. Dokładnie, dlatego wiele osób się dziwi czemu ja tam nie wyjadę - może wtedy czar by prysł? A tak ciągle wracam z miłością :)

      Usuń
  11. Coraz bardziej mi się ta Lizbona podoba. A po dzisiejszych zdjęciach rozważam przedłużenie początkowo weekendowego wypadu do trochę dłuższego pobytu w wakacje. Kusisz...

    OdpowiedzUsuń
  12. piękne miejsce, świetne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  13. kurcze no, jednak podczas mojego pobydtu nie zjadlam slawnych ciastek de belem- jednak do dnia dzisiejszego wspominam niezapomniany smak lizbonskich lodow
    z czasem zauwazylam, ze coraz bardziej mysle o tej lizbonie nostalgicznie i moze kiedys tam powroce

    dzieki za wspanialy wpis!

    OdpowiedzUsuń
  14. Cudowne zdjęcia i jakie piękne widoki! Nic tylko pozazdrościć podróży :)

    OdpowiedzUsuń
  15. I znów z zapartym tchem zobaczyłam tę fotorelację. Piękne zdjęcia i piękne zdjęcia. Bardzo ładnie wtopiłaś się w tło. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  16. jeśli chodzi o te beznadziejne w smaku ciastka, to każdy wie, że najlepsze są z Alomy na Campo de Orique.
    Tak przynajmniej twierdzą ci co się znają:
    http://www.dn.pt/inicio/economia/interior.aspx?content_id=2428156

    OdpowiedzUsuń

TOP