16.5.14

Urlop w Mikoszewie - ucieczka od zgiełku miasta

Do Mikoszewa zostałam po raz pierwszy "wywieziona" w 1997 roku. Przyznaję, że byłam głęboko urażona faktem, że moja rodzina chce, abym spędzała tam wakacje. Każde wakacje, muszę dodać, bo kupili tam domek letniskowy. Jeśli mówicie teraz sami do siebie "W dupie się jej poprzewracało", to w pełni Was rozumiem :)
Wówczas uznałam to za jawny zamach na moją wolność i byłam pewna, że nigdy już nigdzie nie pojadę, utknę w tej dziurze na zawsze. Szybko się jednak okazało, że nie miałam racji. Wieś zaakceptowałam w jeden sezon a z czasem nawet pokochałam. Pewnie dlatego, że domki dookoła zajęli znajomi taty. Domków było osiem, a w każdym minimum 2 dzieciaków w wieku od 2 do 11 lat. Było wesoło.  Zostało mi z tamtych lat zaledwie kilkanaście zdjęć i to bardzo kiepskiej jakości.
Co roku te same, długo wyczekiwane twarze. Czasem pojawiał się ktoś nowy i od razu dołączał do naszej rozwrzeszczanej drużyny. Były ogniska, zawody, wyścigi, wspólne zabawy, najróżniejsze przygody. Inne czasy, bo tylko w jednym domku był telewizor, więc czasem coś obejrzeliśmy, ale zazwyczaj biegaliśmy na zewnątrz, do upadłego. Nie było tabletów, nikt z nas nie miał laptopa czy komórki, więc godzinami graliśmy w gry planszowe, układaliśmy puzzle i wielkie pudła klocków Lego.
Czytałam ostatnio raport z Wielkiej Brytanii, że współczesne dzieci często umieją dobrze obsługiwać sprzęty multimedialne, ale nie umieją zbudować równej wieży z klocków, bo brakuje im przez tablety wyobraźni przestrzennej i mają słabo wyćwiczone ręce, gdyż większość takich urządzeń wymaga jedynie umiejętności przesuwania palcem po Strasznie to smutne. My mieliśmy piłki, badmintona, huśtawki, kolorowe książki, plac zabaw. Dziadkowie zaganiali nas do zbiorowej nauki angielskiego, rysowania itp. itd.
Dziś wiem, że miałam mnóstwo szczęścia, bo niewielu moich znajomych wyjeżdżało z Warszawy na całe wakacje nad morze, aby świetnie się bawić. Gdy byliśmy z dziadkami, codziennie na kolację wcinaliśmy placki z jabłkami lub naleśniki a na drugie śniadanie miski jagód z bitą śmietaną lub czereśni. Z rodzicami były grille, pieczone w ognisku ziemniaki i siedzenie do późnej nocy. Wielkie sekrety szeptane do ucha, małe kłótnie i spory wynikające z dużych różnic wieku.
Czasami uciekałam od wszystkich, kładłam się na ławce i gapiłam w gwiazdy, które w ładne noce wyglądały niesamowicie. Tysiące białych punktów na granatowym tle. Tego brakuje mi w mieście - przez wysokie budynki i nadmiar sztucznych świateł, nie widać nieba.
Najmocniej zakochałam się w plaży. Białej, szerokiej i totalnie dzikiej. Kilkanaście lat temu nie było tam zbyt wielu turystów. Niewielkie kolonie, kilka rodzin, kilku miejscowych i to wszystko. 
Cała plaża dla nas. Nie można się było co prawda kąpać (W Mikoszewie do morza wpada Wisła, teraz sytuacja jest już opanowana, ale na początku woda była niestety brudna), ale na wodne szaleństwa jeździliśmy do Stegny, Kątów Rybackich albo Sztutowa. 
U siebie miałam coś wyjątkowego, prawie na wyłączność - tony patyków kryjących skarby różnych rozmiarów, kształtów i kolorów - bursztyny. Przez pierwsze lata zbierałam je całymi słoikami. Siedziałam w ciszy i grzebałam patykiem szukając pięknych okazów. Czasami na łowy ruszaliśmy o świcie. A w lesie szukaliśmy jagód i grzybów. A lasu tam pod dostatkiem, bo z ośrodka do plaży jest ponad 1.5 km spacer zielonym, pachnącym rezerwatem przyrody...
Jedna główna ulica, kilka sklepów i barów. Mój ulubiony spacer do ujścia Wisły. Siadałam wtedy na wałach przeciwpowodziowych, podziwiałam te widoki, odpalałam discmana i notowałam nastoletnie przygody w kolorowym notesie. Dziś bym się pewnie z nich śmiała,  ale wtedy wszystko wydawało się takie poważne. Dorastałam z tym miejscem, obserwując jak dorastają inni. Dzieci, które ganialiśmy po ośrodku, by rodzice mogli zmienić im pieluchę skończyły już 18 lat. Większość z nas to dorośli ludzie, na różnych etapach życia. Dużo się   zmieniło, czas leci jak szalony. Szkoda mi tylko mojego małego, 7-letniego brata, który gdy tam przyjeżdża z Rodzicami, nie ma niestety tak wielu towarzyszy dziecięcych zabaw jak my.
Zmieniło się też samo Mikoszewo. Małe budki to dziś duże sklepiki, nie ma starej biblioteki ani malutkiej piekarni, w której czasem kupowałyśmy z koleżanką gorący chleb i zjadałyśmy go nad rzeką. Środek był tak cudowny, że można było lepić z niego kulki niczym z plasteliny. Turystów jest więcej, a odkąd ruszyła oczyszczalnia wody w Elblągu, można się już kąpać. Latem jest nawet ratownik i pan sprzedający lody. Bursztynów coraz mniej, śmieci jakby więcej. W miejscu, gdzie rzeka wpada do morza kiedyś było pusto, w ten weekend za to dość tłoczno, niektórzy nadal wytrwale grzebali w patykach, ale chyba z marnym skutkiem. 
Wiele osób, które zapraszam do Mikoszewa, dziwi w tym miejscu widok bujnej zieleni przy wydmach. To rezerwat ptaków Mewia Łacha, dla ornitologów podobno najatrakcyjniejszy w Polsce (ponad 250 gatunków ptaków). Przez długi czas był on niedostępny dla zwiedzających, a wszystko było bardziej dzikie. Żeby od plaży dojść wzdłuż Wisły do przeprawy promowej musieliśmy przechodzić przez krzaki, patrzeć pod nogi, uważać na żmije i tereny podmokłe. 
Dziś jest łatwiej, ale bez przygód. Kiedyś to było wyzwanie, dziś zwykły, popołudniowy spacer.
Minęło tyle lat, ale wciąż odczuwam radość na myśl o nawet krótkim wypadzie. Tam powietrze pachnie inaczej a cisza koi skołatane (wiecznym hukiem miasta) nerwy. Plaża i las są zawsze na swoim miejscu i zapraszają na spacery. Czasem pojawi się  ktoś znajomy. Wracam tam chętnie.
Z Gdańska można się dostać do Mikoszewa na dwa sposoby: bezpośrednim PKSem, który z dworca przyjeżdża do "centrum" wsi. Ja zawsze wybieram drugą opcję: miejski autobus 112, który jedzie przez Sobieszewo i Świbno, aż do przeprawy promowej (przystanek "Przystań").
Prom w tym miejscu pływa od 1895 roku czyli od czasu, gdy otwarto nowe ujście Wisły i była potrzebna praktyczna i niedroga komunikacja. Obecny prom pływa od 1945 roku. Zwykle od kwietnia do października, więc poza sezonem trzeba jeździć okrężną drogą. Jest to prom linowy, który prowadzi lina zamocowana z obu stron Wisły. Towarzyszy mu napędzający statek-holownik. Lubię ten moment, gdy prom dobija do brzegu, a przede mną jeszcze 2 km spaceru do małego domku. Patrzę po drodze co się zmieniło. Cieszę się, że mogę tam wracać, nawet w niepogodę.

    Polecam też poprzedni wpis z Mikoszewa - Nie samą pracą człowiek żyje 

25 komentarzy:

  1. Fajnie tam jest! ciesz się Dziewczyno, że domek był nad morzem, moi rodzice kupili działkę w Nieporęcie w moim dzieciństwie i tam całe wakacje spędzałam z siostrą, chyba, że akurat zabierali nas gdzieś za granicę
    choć w sumie Nieporęt lubię, wokół woda, można pływać łodzią, zagłówką, motorówką, co kto lubi

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam takie miejsca, gdzie można odetchnąć. Poza tym wspomnienia z dzieciństwa... :) Ja najczęściej wakacje spędzałam u rodziny w Górach Świętokrzyskich i wspominam to bardzo miło. Dawno nie byłam, więc może czas się wybrać niedługo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super ja mieszkam tak daleko że nad Naszym Morzem byłam raz na kolonii. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Takie wspomnienia zapadają na całe życie, często nawet bardziej niż zagraniczne podróże, bo są tak mocno naszpikowane emocjami.

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne widoki, powiedziałabym wręcz, że nieco filmowe:)

    OdpowiedzUsuń
  6. o jejku, ale się wzruszyłam... :) byłam tam jakieś 22 lata temu i wtedy pierwszy raz w życiu zobaczyłam morze ... też się tam kiedyś jeszcze wybiorę :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Wspanialy post, wspaniale wspomnienia !
    Wiesz ,ze bylam tam na koloniach, wlasnie to polaczenie lasu z morzem najbardziej mi sie podobalo.

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękna notka, łączy przeszłość z przyszłością a i ja podzielam Twoje zdanie, że tereny ciekawe, znam je troszkę i lubię. Przeprawa przez Wisłę niesie zawsze jakiś element niepewności, czy się wszystko uda :) No i ptaki, ktorych tam tysiące...

    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mikoszewo...bylam tam z moja wnuczka Paola, ktora mieszka w Houston, bardzo mile wspomnienia przywolalas Agnieszko...w Stegnie zbieralysmy bursztyny z dosuc niklym wynikiem, ale jaka emocja! pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobrze mieć takie miejsce, do którego lubimy wracać.

    OdpowiedzUsuń
  11. Tam, gdzie nasze wspomnienia z dzieciństwa, tam nasze serce.

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie dziwię Ci się, że patrzysz na Mikoszewo z takim sentymentem! Czas dzieciństwa to jedno z najpiękniejszych wspomnień! Szkoda, że TAKIE dzieciństwo ma już coraz mniej maluchów...

    OdpowiedzUsuń
  13. Pięknie i spokojnie , jak na innej planecie ...

    JK

    OdpowiedzUsuń
  14. Też miałam takie swoje Mikoszewo...

    OdpowiedzUsuń
  15. Chyba każdy lubi wracać do miejsc swojego dzieciństwa. Kojarzę te rejony, bo część wakacji spędzałem w Krynicy Morskiej zaraz obok Sztutowa, Kątów Rybackich. Kilka dni temu wróciłem właśnie z nad morza. Odwiedzałem Gdynię, Hel.

    OdpowiedzUsuń
  16. Witam,
    Mikoszewo może i małe, ale naprawdę jest urocze.
    Ja też mam taką swoją mieścinę, do której wracam i wracam. Antonin.
    Jeśli ktoś jest z Wielkopolski, to na pewno kojarzy.
    Jest tam ładne jezioro/zalew, zamek Chopina i piękne ogrody przydomowe. Po prostu pięknie ...

    OdpowiedzUsuń
  17. "wypisz wymaluj" moje dzieciństwo, nie to miejsce ale takie wspomnienia! ale miło na sercu mi się zrobiło kiedy to czytałam :D

    OdpowiedzUsuń
  18. Piekne miejsce, uwielbiam takie, nawert jesli pada. Wspomnienia, mowia ze tylko one nam zostaja na zawsze, nie wiem co prawda co na to Alzheimer, no ale...:) Co do dzieci w UK, prawda, rodza sie z tabletem w rece, niestety zatracily im sie co bardziej zachowawcze czynnosci. Jazda na rowerze jest za trudna, bo trzeba pedalowac.

    OdpowiedzUsuń
  19. Może w tym roku odwiedzie Mikoszewo.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Takie dzieciństwo to świetny fundament na którym można zbudować dorosłe życie...Mam podobne wspomnienia i czasem tęsknię za tamtym czasem kiedy było tak beztrosko i cudnie...

    OdpowiedzUsuń
  21. Rewelacyjne miejsce. Ja jako dziecko uwielbiałam wprost jeździć na wakacje na wieś. Zwłaszcza taką, którą zamieszkiwali prawdziwi rolnicy, hodujący zwierzęta ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Wiesz Ajko, ja podobnie do Ciebie, gdy widzę jaki świat mają teraz dzieci, jak dorastają, i jakie zabawy oferuje im świat, widzę jaki skarb kryje się w czasach gdy te "udogodnienia" dzisiejsze nie były dostępne.
    My po prostu mieliśmy lepiej. Świat był pełen tajemnic
    i również, niby teraz nie muszą spędzać tyle czasu na dojście do miejsc czy wiedzy o którą my musieliśmy walczyć, jak na przykład: dojście do plaży, do szerokiej wody. Ich się dowozi, bo w tym są przecież pieniądze..

    Kojarzy mi się to z wypowiedzią Wojtka Fibaka, po niesławnym wybuchu Janowicza. Fibak powiedział, że pokolenie młodego tenisisty to pokolenie roszczeniowe, wydaje im się, że wszystko im się należy. A gdy tymczasem oni (Fibak i jego rówieśnicy) musieli o prawie wszystko walczyć. On by móc trenować zimą lub jesienią, musiał wstawać o 4 rano jechać do Warszawa autobusem, by czekać na swoją kolej na sali do treningu, po siatkarzach i innych sportowcach...

    Fajna opowieść, przypomniała mi i moje dzieciństwo
    T.

    OdpowiedzUsuń

TOP