13.5.14

Pomysł na... weekend w Kownie!

   
W maju praktycznie w każdy weekend jestem w rozjazdach. Mam silną motywację, aby wykorzystać ten piękny miesiąc jak najlepiej. "Majówkę" spędziłam nad polskim morzem, a w niedzielę w nocy wróciłam z Kowna, sympatycznego miasta położonego na Litwie.
Wyjechałyśmy w piątek po 22, w sobotę o nieludzkiej godzinie 5.15 czasu lokalnego (godzina później niż w Polsce) byłyśmy już na miejscu. O 5.45 otwiera się poczekalnia na dworcu PKS, więc zdecydowałyśmy się przesiedzieć pod kocem do około 7.00-7.15, pijąc ciepłą herbatę z termosu i zajadając się domowymi kanapkami z kozim serem oraz rabarbarowymi muffinkami.
Było dość ciepło, słońce nieśmiało wychylało się zza chmur, więc ruszyłyśmy na spacer w kierunku Starego Miasta. Pierwszym, co mnie orzekło była poranna gra świateł pomiędzy drzewami. Spędziłyśmy chwilę w parku, podziwiając ten spektakl. Maj kocham właśnie za cudownie soczystą zieleń dookoła. Drzewa w Kownie zachwycały mnie swoją kondycją, bo niemalże wszystkie, ogromne kasztanowce miały jędrne, zdrowe liście (w moim mieście coraz częściej wiosną wyglądają jakby chorowały, są dziwnie ciemne i lekko podniszczone).
Słońcem niestety nie cieszyłyśmy się długo. Zaszło już o 9, usiadłyśmy więc na kawę, a w tym czasie zaczęło padać. Prognozy to przewidywały, chociaż miałyśmy nadzieję, że się myliły. Ja po raz kolejny popełniłam błąd jakim było zabranie małego aparatu - czekało nas kilka godzin z plecakami, uznałam, że szkoda dokładać sobie dodatkowego ciężaru. Po powrocie okazało się, że z 500 zrobionych zdjęć, musiałam skasować ponad 300... Wyszły za ciemne, nieostre, z jakimś dziwnym filtrem. Udało mi się jednak wybrać kilkanaście, które chciałabym tu okazać.
Kowno jest pięknie położone u zbiegu Niemna i Wilii, otoczone ogromem zieleni i o tej porze roku prezentuje się wspaniale. Architektura budynków jest prosta i stonowana, momentami nawet smutna, ale miasto ma w sobie coś przyjemnego, co sprawia, że da się je polubić. Nie da się ukryć, że nie jest tak piękne jak Wilno i kilka spotkanych na trasie osób, które dzień wcześniej były właśnie tam, było mocno rozczarowanych i kiwali głowami z niezadowoleniem.
Przede wszystkim Kowno sprawia wrażenie mniej turystycznego, spokojniejszego. Starówka w Wilnie jest dziś elegancka, zadbana,wygładzona, pełna przemyślanych detali, dostosowana do potrzeb licznie odwiedzających ją gości i to widać na każdym kroku. Wilno czeka na turystę.
Stare Miasto w Kownie jest natomiast trochę "dzikie", widać obdrapane domy, dość biedna   podwórka a jedyne niespodzianki to malunki na ścianach. Reszta jest mocno przewidywalna.
Ścienne malowidła niejednokrotnie zadziwiają kolorystyką i bogatą wyobraźnią ich twórcy.
Jak zwykle zaglądałam między budynki z nadzieją, że znajdę coś miłego dla oka i kilka razy się udało. Uwagę przykuwały też proste, ale kolorowe i sympatyczne witryny kilku sklepów.
  Krainą detali jest co prawda Wilno, ale Kowno też miało swoje "momenty" w tym temacie.
 Podobały mi się budki telefoniczne i drewniane, barwne kioski (niestety były pozamykane).
Rozczarowała nas wizyta w informacji turystycznej. Nie mieli darmowych map, nawet takich reklamowych, pani była bardzo niekomunikatywna, trzeba ją było ciągnąć za język i w sumie niewiele się dowiedziałyśmy. Do ok. godziny 13, coraz bardziej śpiące, spacerowałyśmy po Starówce i nad rzeką, skorzystałyśmy z ustawionych tam przyrządów w siłowni plenerowej.
Dotarłyśmy też w okolice Zamku Kowieńskiego i na placyk, przy którym odbywał się targ z lokalnymi przysmakami. Niewielki, ale treściwy. W ofercie m.in. świeże mięso z bio hodowli, tradycyjne litewskie wędliny i kiełbasy, wędzone ryby, smaczne sery, nabiał, warzywa i owoce.
Nas zainteresowała pani sprzedająca własnej roboty sękacze i bloki czekoladowe. Mówiła po polsku, więc dowiedziałyśmy się, że blok robi z sękaczy, które zostaną niesprzedane. Był przeeepyszny, taki już lekko zapomniany smak dzieciństwa. Sękacz również smakował dobrze.
Zaopatrzyłyśmy się też w niewielką porcję ciemnego, ciężkiego chleba litewskiego. To wypiek na zakwasie, z żytniej mąki z dodatkiem kminku. Lekko wilgotny, o bardzo intensywnym smaku, aromatycznym zapachu i ciekawym kolorze. Pani też mówiła po polsku, więc było nam miło :) 
Tuż po 13 poczułyśmy, że burczy nam w brzuchach, w końcu śniadanie było 7h wcześniej. Na blogu Marty znalazłam rekomendację restauracji Bernelių užeiga, która szczęśliwie znajduje się na tej samej ulicy co hostel, w którym spałyśmy. Pierwsza wizyta była bardzo udana, nie licząc mocno sfrustrowanego kelnera, druga za to przyprawiła nas o niestrawność i złe wspomnienia. W sobotę na start zamówiłyśmy chłodnik litewski i fantastyczny barszcz czerwony z grzybami.
Na drugie danie koleżanka wybrała cepeliny z mięsem i śmietaną,  ja placki ziemniaczane z serem.    Było smacznie, sycząco i tanio (39LT za 2 osoby z herbatą, a 1 LTL=1,233 PLN). 
W niedzielę wzięłyśmy natomiast dość ciężki (chyba śmietanowy) krem z warzyw (mocno przesolony), cepeliny z serem, które były stare i bardzo nie fajne oraz placki ziemniaczane z mięsem, które dziwnie pachniało, a kawałek 1x2cm który od koleżanki spróbowałam odbijał mi się do północy, pomimo coca-coli i kilku mocnych herbat. Podsumowując, nie wiem czy mogę go polecić, bo kuchnia jest nierówna.
Spacerując po mieście zauważyłam, że poza licznymi kościołami i muzeami, jest sporo teatrów, niektóre małe i kameralne. Niewiele miejsc jest mocno turystycznych, wiele ma lokalny klimat.
W ciągu dnia ulice Starówki były wyludnione, może to była wina deszczu? A może wyjścia na miasto nie są tam bardzo popularne, bo dużo kawiarni i restauracji jest nieczynna w niedzielę.
Turyści (głównie niemieckie wycieczki podróżujące po Litwie, Łotwie i Estonii) widywani są zwykle na Placu Ratuszowym i w okolicach, potem szybki obiad i widoki zza szyb autokaru.
Po obiedzie poszłyśmy na lokalne piwo, a o 16 się zakwaterowałyśmy w hostelu i padłyśmy bez sił. Spałyśmy jak dzieci przez dwie godziny i z powrotem wyszłyśmy na miasto, które odżyło i rozkwitło. W knajpach siedzieli ludzie, z okien dobiegała muzyka i było dużo weselej.
        W niedzielę znów przywitały nas promienie słońca, które ponownie zniknęły o 9 za chmurami.
          Udało nam się jeszcze zjeść śniadanie na dworze, ciesząc się ładną pogodą nim się skończyła.
Na ten dzień miałyśmy dwa cele, a pierwszym z nich było Morze Kowieńskie. Wsiadłyśmy w trolejbus numer 5 i po 30 minutach jazdy wylądowałyśmy na pętli na końcu świata. Był gęsty las, obwodnica, stacja benzynowa i nic więcej... Pani z informacji turystycznej powiedziała, że mamy wysiąść przed mostem a nie za mostem, tyle, że żadnego mostu na naszej trasie nie było.
Głupio nam było zawrócić, więc poszłyśmy przed siebie. Po 10 minutach spaceru naszym oczom ukazał się ogromny zbiornik wodny i mały port z kilkoma niewielkimi łódkami. Hurra! Udało się!
To sztuczne jezioro zaporowe, będące częścią Parku Regionalnego Morza Koweńskiego. W dni ciepłe i ładne mieszkańcy Kowna przyjeżdżają, by korzystać z plaży i słońca. W dni brzydkie można spotkać panów z wędkami i panie zbierające w lesie różne rośliny (tym razem konwalie). W porcie można wykupić za 10LT rejs, ale nie wiem, jak długo trwa. Chętnych nie brakowało pomimo słabej pogody. Gdybyśmy miały wówczas więcej czasu, też pewnie byśmy się skusiły.
Było cicho, wietrznie  a powietrze pachniało świeżością i lasem. Uwielbiam takie momenty, gdy można usiąść, patrzeć przed siebie, nie trzeba się śpieszyć ani nic planować. Ah, chwile idealne.
Jezioro jest ogromne, ale tylko kilka kroków od miejsca w którym byłyśmy, znajduje się kościół barokowy w Pożajściu, największy zespół klasztorny na Litwie. Weszłyśmy przez bramę i ...
 ... patrzyłyśmy z zachwytem. Po czym weszłyśmy do klasztoru, który okazał się jednak hotelem ;) Kościół znajduje się z tyłu, robi duże wrażenie, ale akurat odbywała się msza, więc wyszłyśmy.
Po powrocie do Kowna chciałyśmy odnaleźć Žaliakalnis Funicular, czyli małą, żółtą kolejkę, która chowała się przed nami dnia poprzedniego. Podróż trwa minutę i kosztuje 1LT, ale nam podobało się bardzo, może przez skojarzenia z kochaną Lizboną? Trochę za późno odkryłyśmy drugą kolejkę, Aleksotas Funikular znajdującą się po drugiej stronie rzeki i oferującą podobno piękny widok na Niemen i Stare Miasto. Warto tym wiedzieć, jakby ktoś się kiedyś wybierał.
Weekend minął nam szybko, chociaż leniwie. Nie miałyśmy większych oczekiwań, jedynym celem wyjazdu było oderwanie się od codzienności i mała ucieczka z Warszawy, spędzenie czasu na świeżym powietrzu, z dala od komputera i obowiązkowego sprzątania mieszkania.
Udało się. Było ciekawie, chwilami bardzo smacznie. Po raz pierwszy piłam kwas chlebowy, jechałam trolejbusem i próbowałam barszczu z grzybami. Pogoda była kapryśna, ale mimo to, nie traciłyśmy dobrego humoru. A już za tydzień Tallin i Ryga,  nie mogę się doczekać :)

37 komentarzy:

  1. lubię litewski chleb, niestety w Polsce pod tą nazwą występuje z reguły razowy niedoprawiony gniot:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację niestety! Ten co kupiłyśmy był fantastyczny!!

      Usuń
  2. W podróżach uwielbiam to, że nawet odwiedzając te same miejsca, przemieżając te same szlaki, każdy przeżyje je na swój sposób :) nie ma dwóch identycznych wyjazdów! Kowno na Twoich zdjęciach jest zupełnie inne niż te, które dało się odkryć nam. Szkoda tylko, że obiad w BerneliU Uzeiga trochę Was rozczarował, a tym samym i mnie. Po naszej wizycie wydawało mi się, że to miejsce nie może zawieść! jedliśmy pyszne cepeliny, wspaniały barszcz grzybowy, obsługa była pomocna i symatyczna, a wszystko to w bardzo przystępnych cenach. Fakt, że podczas naszej jednodniówki przetestowaliśmy to miejsce tylko raz.. Nie mniej ciesze się, że wyjazd się udał :)
    PS. a jak zakończyła się sprawa z ręcznikiem? :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też byłam zdziwiona, bo nie widziałam części miejsc z Twojego wpisu pomimo, że miałam wrażenie, że w "centrum" byłyśmy w każdej dziurze :) A ręcznik został w domu, bo do 21 nie wysechł. Koleżanka zabrała swój, ale ku mojemu rozczarowaniu, bo porannym prysznicu mój mały ręcznik frotte z IKEA wysechł szybciej niż ten z mikrofibry.. Nie wiem, może jakaś licha partia nam się trafiła?

      Usuń
    2. Agnieszko, ja mam ręcznik z Tek Towel i z czystym sumieniem mogę go polecić. Idealny na wyjazdy.

      ps. Kowno na Twoich zdjęciach bajkowe :)

      Usuń
  3. Zazdroszczę Ci możliwości tych weekendowych wypadów. Trochę mi tego brakuje :)
    Kowno, jak widzę, bardzo ładne. Może kiedyś też się tam wybiorę...

    OdpowiedzUsuń
  4. Kowno kojarzy mi sie z Domem Perkunasa z poczatku XVI wieku, z Muzeum Diabla, z tamtejszym gettem w czasie II wojny i z faktem, ze w okresie miedzywojennym bylo stolica niepodleglej po raz pierwszy Litwy.
    Tyle mi pozostalo z czasow gdy zajmowalam sie wysylaniem francuskich grup do Krajow Nadbaltyckich na tygodniowe objazdowki. Sama bylam tylko w Wilnie i Trokach. Do Kowna jakos nie dotarlam.
    A jak wam podobala sie KAtedra SW. Piotra i Pawla? Mialyscie moze okazje wejsc do srodka. Podobno to Poniatowski zafundowal do niej barokowy wystroj. Chetnie bym to kiedys zobaczyla...
    Dzieki za relacje, wywolalo to u mnie troche wspomnien i anegdot, ale za dlugo by pisac :)
    Pozdrawiam Nika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Muzeum Diabłów nie byłyśmy, jakoś temat mnie nie kręci :) Dom Perkuna piękny, niestety znalazł się wśród zdjęć do wyrzucenia. W Bazylice, przyznaję się bez bicia nie byłyśmy w środku.

      Usuń
  5. Las z trzeciego zdjęcia mnie uwiódł! Graffiti są genialne! A do tego jeszcze to odbicie w kałuży! Mega klimat z tego wyszedł :-) Co to będzie jak zaczniesz wrzucać fotki po kursie fotograficznym?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, ale akurat uważam, że te zdjęcia są słabe jak oranżada :)

      Usuń
  6. Szczerze mówiąc przeczytałam Twoj post z zapartym tchem, bo dawno nie czytałam już informacji na temat miejsca/miasta, którego po prostu nie znam. Kowno znam tylko z nazwy, ale żeby ktoś tam był, jakieś przebłyski internetowe, coś w TV na jego temat - no nic... A tu dziś u Ciebie taka relacja :) Świetnie mi sie to czytało, odkryłam coś nowego, chciałabym się tam kiedyś wybrać...
    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że jakąś nowość Wam zafundowałam :)

      Usuń
  7. Bardzo interesująca fotorelacja! Ja również z zainteresowaniem czytałam i oglądałam zdjęcia tego w zasadzie nieznanego miejsca. Podoba mi sie ze zdjęć i z tego co piszesz, mimo niezbyt udanej kuchni, coz ja juz dwa razy sie tu w Tokio przy trułam i myślę, ze wszedzie sie może zdarzyć... jednak myślę, że to dobre miejsce na odwiedziny :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Fascynująca relacja! Nie zapędzałam się w tamte strony ale po Twoim poście ochota wzrosła,nie mówiąc o apetycie ślinka cieknie na te pyszności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, szczególnie jeśli połączyć z Wilnem i Trokami :)

      Usuń
  9. Twojej uwadze nie umknie nawet najmniejszy szczegół i detal i za to właśnie uwielbiam Twoje relacje! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Litwini generalnie nie lubią Polaków, więc nie zdziwiła mnie, opisana przez Ciebie, niemiła pani w informacji turystycznej. Kowno kojarzy mi się głownie z Mickiewiczem. Szkoda, że nie pokazałaś kamienicy, w której mieszkał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc nie wiem, gdzie Mickiewicz mieszkał w Kownie, nie natrafiłam nigdzie na tę informację. Dom jako taki kojarzę tylko z Wilna chociaż wiem, że w Kownie mieszkał i za nim nie przepadał. A co do nie lubienia Polaków - pani w informacji po prostu "tak miała", przecież nie wiedziała, że jesteśmy z Polski - na czole nie mamy napisane ;)

      Usuń
  11. W Kownie jeszcze nie byłam, dzięki Tobie będę miała kilka fajnych wskazówek na przyszłość.
    Graffiti super, uwielbiam ta formę sztuki, mam już niezłą kolekcje zdjęć ze sporej części świata :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, graffiti przyjemne a wiem, że kilku nie udało mi się odszukać :) W temacie malunków ściennych dobrze wspominam też Brukselę :) Te dzieła z Sardynii z ostatniego Twojego wpisu robią duże wrażenie! Niestety nie mogę komentować :(

      Usuń
  12. Dobrze sie czyta ...ciekawa podroz, a takie wyjazdy na weekend to wielka frajda.Zdjecia piekne i inspirujace, graffiti rzeczywiscie niezwykle.. po powrocie do Polski musze sie taka turystyka zainteresowac, tylko trzeba poszukac towarzyszke na takie eskapady. Moj maz do tego sie nie nadaje. Chyba moja sasiadka bedzie skora..czekam na nastepne opisy weekendowe, Sciskam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie weekendy, pomimo, że krótkie, potrafią ładnie zresetować głowę i ciało :) Polecam!

      Usuń
  13. O! :) Super wskazówki! I ten street art :) Byłam w Kownie tylko autostopowym przejazdem i poza obwodnicą nic nie widziałam, także mam nadzieję wybrać się tam niedługo! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe faktycznie z obwodnicy za wiele to nie widać :))

      Usuń
  14. Ubolewam, że mam tak daleko w te strony. Nawet nad polskie morze mam daleko i wolę za granicę bo bliżej:) Nie mniej od dłuższego czasu znowu mam silną ochotę, aby tam pojechać. W Wilnie bardzo mi się podobało, ale to stare dzieje.

    OdpowiedzUsuń
  15. Kowno to dla mnie dosyć abstrakcyjne miasto, choć Litwę zwiedziłam całkiem dobrze w 5 klasie podstawówki ;) Kowno znam owszem z nazwy, aczkolwiek nie mam żadnych skojarzeń z nim, dosłownie pustka w głowie. Chętnie bym się tam wybrała, bo dobrze byłoby zapełnić tą pustkę w głowie ;) A przy okazji chętnie bym jeszcze Wilno i Troki zwiedziła jeszcze raz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że warto połączyć te 3 miejsca w jeden wypad :)

      Usuń
  16. Uwielbiam Twoje relacje z podróży! Zawsze są dopracowane, szczegółowe, ciekawe i barwne. Dołączam do fanów zdjęcia odbicia w kałuży :)) Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Ja uwielbiam Twoje, stale i niezmiennie:)

      Usuń
  17. Kowno to chyba idealne miejsce, żeby odpocząć sobie od miejskiego zgiełku, a mimo to nadal być w mieście :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj powiem Ci, że cudownie wypoczęły mi oczy przez te dwa dni!!

      Usuń
  18. Pięknie i jak smakowicie:) Zazdroszczę, nie z zawiści, a chęci odwiedzenia tylu pięknych miejsc. Brakuje mi takich rozjazdów trochę;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Faktycznie natchnienie Ci sprzyjało! I dobrze. Fajnych zdjęć i ciekawych relacji nigdy dość. Takie wypady koją ciało i duszę :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Też właśnie wróciłam z Litwy, Kowna i Wilna :) Oba miasta są przepiękne i magiczne :)

    OdpowiedzUsuń

TOP