14.8.14

Pielgrzymka zaufania przez Ziemię

Słowem wstępu zdradzę Wam, że ten wpis powstawał prawie 2 lata. Podchodziłam do komputera, pisałam kilka zdań, zastanawiałam się, czy na pewno chcę o tym pisać, kasowałam je i wychodziłam z pokoju. Dużo emocji. Jestem wierząca, z praktykowaniem różnie bywa, bo nie ze wszystkim się godzę. Czasem mam wrażenie, że trochę za dużo pustych słów, za dużo nakazów i zakazów. Poszukuję. Nie jestem idealna, ale kto jest?

Jako nastolatka stałam na rozdrożu dróg i nie wiedziałam za bardzo, co mam ze sobą zrobić. W 2003 roku moja przyjaciółka zaproponowała, żebyśmy pojechały na Europejskie Spotkanie Młodych organizowane pod koniec roku przez wspólnotę braci z Taizé. Pojęcia nie miałam kim są bracia, o co chodzi w tych spotkaniach, ale odbywało się ono w Paryżu... to czemu nie? Do dziś pamiętam jak po raz pierwszy pojawiłam się na wieczornej modlitwie. Poczułam niezwykły spokój i ciepło w sercu. Siedziałam zauroczona, nie znałam jeszcze kanonów, ale nieśmiało śpiewałam. Kolejne dni, spotkania w małych grupach, rozmowy, śpiew, chwile ciszy - to było coś pięknego, czego dotąd nie miałam okazji doświadczyć. Wiedziałam, że wrócę za rok. Z pierwszego wyjazdu nie mam zdjęć. Nie dość, że miałam słaby aparat, to jeszcze mi zginął. Z kolejnych wyjazdów też mam mało, czego bardzo żałuję. Kilka lat, tysiące wspomnień. Często wracam do tych nielicznych, kiepskich fotografii i tak bardzo chciałabym zobaczyć więcej miejsc, więcej twarzy. Więcej, więcej.. 


Nigdy nikt nie spytał mnie, skąd wzięłam się w Lizbonie zimą 2004 roku. Portugalia była wówczas nieodkrytym lądem, dla większości Polaków była zagadką i wielką niewiadomą. Nie wiedziałam zupełnie gdzie jadę ani co tam zastanę. Nie było z Polski bezpośrednich samolotów, a autokary liniowe nie dość, że jechały bardzo długo, to były dość drogie  (jako grupa płaciliśmy blisko 700 zł za osobę). Nie liczyłam na nic, chciałam jeszcze raz przeżyć to, co przeżyłam w Paryżu. Ponad dwa dni jazdy przez zasypaną śniegiem Hiszpanię, postój we Francji. Już wtedy zachwycała mnie otwartość z jaką witano nas na każdym etapie naszej pielgrzymki. Pamiętam, jak większą grupą szliśmy po maleńkiej, francuskiej mieścinie - dokładnie takiej jak ta z filmu "Czekolada", śmiejąc się i śpiewając kanony. Z jednego z domów wyjrzał zaciekawiony starszy pan. Było nas ok. 20 osób. Spojrzał, a w jego oczach pojawiły się łzy. Zaprosił nas do swojego domu, żona przyniosła wielki kosz jabłek, a on opowiedział swoją historię. Znał doskonale braci z Taizé, wiedział kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Spędziliśmy u niego ponad godzinę. Nie chciał nas wypuścić, a my nie chcieliśmy wyjść. Niesamowite.


Do Lizbony dojechaliśmy o poranku. Zmęczeni, niewyspani, ale szczęśliwi. Fantastyczna grupa, bardzo pozytywni ludzie. Za oknem świeciło oślepiające słońce, powietrze pachniało wiosną. Po raz pierwszy usłyszałam język portugalski, zetknęłam się z mieszkańcami tego małego kraju nad Atlantykiem. Ktoś szybko przekonał mnie do dołączenia do grupy pracy, pomagającej w organizacji spotkania. Musiałam odłączyć się od znajomych, ale widziałam w tym szansę poznania nowych. Jestem osobą, która ciągle musi coś robić, nie cierpię bezczynności. Z drugiej strony, w czasie spotkań zawsze czekałam na ten moment, gdy będę mogła uciec do salki z napisem "Silence". W życie jednak potrzeba równowagi... Portugalię pokochałam od razu, miłością tak silną, że aż duszącą. Nie zawdzięczam tego cudownemu światłu, drzewom uginającym się od ciężaru pomarańczy ani malowniczym uliczkom Alfamy. Tym, za co pokochałam ją tak bardzo, byli jej mieszkańcy, którzy wówczas stanęli na mojej drodze. Rodzina w której domu mieszkałam i do której wiele razy wracałam, młodzi ludzie w "Welcome center", a  także wszyscy mieszkańcy naszej maleńkiej parafii  - serdeczni, ciepli, traktujący nas jak bliskich.


Tym, co odpowiadało mi w spotkaniach była ich ekumeniczność, różnorodność. Ludzie ze wszystkich kontynentów, mówiący różnymi językami, wychowani w innych kulturach - teoretycznie wiele powinno nas dzielić, ale o wiele więcej nas łączyło. Bracia nigdy niczego nam nie narzucali, nie kazali. Zadawali za to pytania, kazali nam myśleć, szukać odpowiedzi. Wspólna podróż do źródeł wiary, do człowieczeństwa. Zrozumiałam tam, że podanie ręki i uśmiech, mogą znaczyć więcej niż godziny przegadane o niczym. Na spotkaniach pojawiali się ludzie z krajów targanych konfliktami, tacy, którzy na chwilę przestali wierzyć w dobro na świecie i wspólnie uczyliśmy się odkrywać je na nowo. W Genewie, Mediolanie, Zagrzebiu.


Brałam udział w pełnym programie spotkań. Jest on skonstruowany w taki sposób, żeby mieć czas na wszystko - rozmowę z małych grupach, spotkania z goszczącą parafią, wspólną modlitwę, zadumę, na zobaczenie najciekawszych miejsc odwiedzanego miasta, a także zapoznanie się z inicjatywami i akcjami koordynowanymi przez mieszkańców. Uwielbiałam je, chłonęłam wszystko, co nowe, inne. Odwiedzałam domy opieki społecznej, slumsy w których mieszkają imigranci, próbując zrozumieć ich  życie. Zawsze z opiekunem, lokalnym wolontariuszem, kimś, kto w codzienności znajduje czas dla tych, którzy potrzebują uwagi. Rozmawiałam ze streetworkerami wyciągającymi nastolatków z nałogów, ale też siedziałam na podłodze w wielkim meczecie w Holandii, słuchając o problemach kulturowych oraz wyznaniowych z jakimi boryka się współczesna Europa. Z każdego spotkania starałam się wynieść jak najwięcej, ale też dać coś od siebie. Stąd wspólna praca - przy przygotowaniu modlitw, przy wydawaniu posiłków w wielkich halach, przy sprzątaniu po kolacji. Grupa pracy bawiła się najlepiej - tańcząc, śpiewając, poznając ludzi. Tam wszyscy byli sobie równi. 


Spotkanie w Lizbonie było ostatnim z udziałem założyciela wspólnoty, brata Rogera. Zaledwie osiem miesięcy po powrocie do Polski, znów byłam u goszczącej mnie wówczas rodziny w Lizbonie, gdyż zaprosili mnie na wakacje. Obudziłam się rano, przeciągnęłam, otworzyłam okiennice, spojrzałam na telefon i zaniemówiłam. Sms "Brat Roger został zamordowany". W kuchni siedziała strapiona Maria
Joaquina, która już wiedziała, że pchnięty nożem zakonnik zmarł poprzedniego wieczoru. Późnym popołudniem, w kościele w sercu Lizbony odbyło się czuwanie w jego intencji. To w tym miejscu było centrum logistyczno - koordynacyjne przed Europejskim Spotkaniem Młodych. Brat Roger powiedział wtedy: Właśnie dlatego zapraszamy młodych (...) na tę pielgrzymkę  zaufania, bo jesteśmy świadomi potrzeby pokoju. Możemy przyczynić się do budowania  pokoju wtedy, gdy naszym życiem staramy się odpowiedzieć na pytanie - Czy mógłbym stać się twórcą zaufania w moim otoczeniu? Czy jestem gotów lepiej zrozumieć innych? Chyba dlatego wspólnota stała się tak bliska mojemu sercu - nikt nie mówił "nie rób tego, nie rób tamtego". Mówili za to "Wyjdź stąd i kochaj, dawaj świadectwo swoim życiem, postawą. Szanuj ludzi, podawaj im rękę. Nie bój się, nie jesteś sama. Popełniaj błędy, ale ucz się na nich."


Czasami spaliśmy w wygodnych, ciepłych łóżkach, a czasami na karimacie rzuconej na podłogę. Raz w mieszkaniu, raz w szkole. Jeździliśmy niewygodnymi autokarami, czasami trzeba było zapychać dziury, aby tak bardzo nie wiało. Plecaki, śpiwory, metalowe kubki, łyżki do spożywania prostych posiłków w różnych warunkach: czasami na hali, a czasami na łące (jak w Wilnie, w czasie majowego spotkania).  Czasami goszczący nas ludzie znali angielski, a czasami nie. Ale to nie miało znaczenia, bo język gestów jest tak bogaty jak język słów. Wśród nas byli bogatsi i biedniejsi, ale w takich miejscach nie liczy się to, co masz, a to kim jesteś i czym potrafisz się dzielić z innymi. Na przestrzeni lat zrodziły się trwające do dziś znajomości, ba, było nawet kilka ślubów i pojawiły się dzieci! :) Każde ze spotkań to lekcja tolerancji, zrozumienia. Nie mówi się tylko o Bogu i wierze, ale uświadamia się ludziom, co się w życiu liczy, co ma wartość, a co jest fikcją i złudzeniem. Każdy Sylwester był czasem dzielenia się tym, co  każda z narodowości i kultur ma w sobie najlepszego, świetną zabawą pełną życzliwości i radości.  Gdy zaczęłam pracować, coraz trudniej było z wolnym czasem w okolicach końca roku, więc musiał nadejść rok, gdy nie wyjechałam. A potem kolejny i kolejny. Do dziś nie bawię się tego dnia. Daję sobie czas na wyciszenie, myślami uciekam do miast, w których trwa wieczorne czuwanie. Odbieram smsy od  tych, którzy są na miejscu. Myślę o minionym roku i o tym, co mogę zrobić, aby kolejny był udany. 

  
Do dziś mam mapy dojazdu do goszczących parafii, niektóre plany spotkań, wycinki z gazet.  Mam też "List Niedokończony", będący tekstem przewodnim ESM w Mediolanie w 2005 roku. Trudno uwierzyć, że minęło tyle lat, że tak wiele się wydarzyło przez ten czas. Wiem na pewno, że nie byłabym dziś tym, kim jestem, gdyby nie tych kilka spotkań, gdyby nie inne spojrzenie na ludzi, świat, dawanie czegoś z siebie. To dzięki jednemu ze spotkań zostałam wolontariuszką Fundacji spełniającej Marzenia nieuleczalnie chorych dzieci i przeżyłam z nimi najpiękniejsze chwile swojego życia. Bo piękne chwile to te, gdy jesteśmy razem. Gdy uświadamiamy sobie, co ma znacznie, a co jest nic nieznaczącą bzdurą. Gdy stajemy się lepsi, zmieniając na lepsze życie innych osób. 56 godzin spędzonych w autokarze może być przygodą, bo często droga jest ważniejsza niż sam cel. Noc w chłodnej sali na karimacie, może dać więcej niż najlepszy hotel w cudownym miejscu. Nie miejsca / standardy / gwiazdki się liczą, a ludzie, chwile, piękna bezinteresowność. Nie ma naprawdę znaczenia w co wierzymy, skąd pochodzimy itd. Ważne, dokąd zmierzamy.

20 komentarzy:

  1. Twoje wspomnienia i opowieści o spotkaniach Taize, i generalnie samo Taize wyzwala we mnie równie dużo emocji. To miejsce, do którego chce się wracać i choć czasami fizycznie to niemożliwe, to myśli i wspomnienia o tym miejscu nie dają spokoju. Są bezcenne. Ja też zbieram mapki z dojazdem i adresem parafii, w których byłam goszczona, bloczki na jedzenie itd. I kiedy się na nie natknę przypadkiem przy przeszukiwaniu szuflady, od razu przenoszę się w tamte miejsca owiane tą niesamowitą atmosferą.... Tyle ludzi, tyle zdarzeń, tyle przemyśleń. Każde spotkanie jest inne. Równie wyjątkowe.
    Dziękuję Agnieszka za ten wpis! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co ;) Wiedziałam, że kto jak kto, ale Ty zrozumiesz o czym mowa :)

      Usuń
  2. Piękny wpis, zupełnie dla mnie niespodziewany

    OdpowiedzUsuń
  3. Ładnie napisane wspomnienia.
    Ja bardzo mile wspominam wyjazdy do Taize, ale był to dla mnie raczej krok w celu zrozumienia, że nie wierzę.
    A bycie ateistą to nie moda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla jednych nie moda, dla innych moda. Nikogo nie zamierzałam urazić tym stwierdzeniem, ale obserwuję bardzo wiele osób na siłę lansujących się negowaniem wiary jakotakiej i publicznym wyśmiewaniem tych, którzy w coś wierzą. Ja na równi szanuję rozsądnych ateistów jak też wyznawców każdej innej religii, nie dyskutuję, nie przekonuję, bo wg mnie wiara to sprawa sumienia, nie narzucam też sposobu myślenia i poglądów, tym bardziej, że sama czuję się wierząca bardziej w postawie wobec świata niż chodzeniu do kościoła. Zmieniam jednak treść wpisu, bo nie o religii miał on być, a o tym, jak ważne są moje wspomnienia związane z ludźmi, a widzę, że zbyt wiele osób zwraca uwagę tylko na ten fragment. Fakt, że były to ekumeniczne spotkania jest tylko tłem do opowieści o człowieku.

      Usuń
  4. pięknie napisane, polecam kazdemu chociaz raz taki wyjazd:0

    OdpowiedzUsuń
  5. "... bo często droga jest ważniejsza niż sam cel. Noc w chłodnej sali na karimacie, może dać więcej niż najlepszy hotel w cudownym miejscu. Nie miejsca / standardy / gwiazdki się liczą, a ludzie, chwile, piękna bezinteresowność.
    Nie ma naprawdę znaczenia w co wierzymy, skąd pochodzimy itd. Ważne, dokąd zmierzamy."
    Pięknie napisane, bardzo dobry tekst. Zazdroszczę takich doświadczeń.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękny i budujący wpis, jestem pod wrażeniem

    OdpowiedzUsuń
  7. Cieszę się, że jednak napisałaś ten tekst, daje dużo do myślenia, następnym razem nie czekaj 2 lat;). Jestem ciekawa, czy dzięki tym spotkaniom zakiełkował w Tobie podróżnik i czy bez tych spotkań Twoje życie by się potoczyło w taki sposób... Może Twoje obecne podróże, to w jakiś sposób kontynuacja tamtych.

    Pozdrawiam

    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy akurat te spotkania sprawiły, że zaczęłam jeździć, bo że chcę jeździć wiedziałam już wcześniej a poza tym, miały one miejsce na przestrzeni ponad 7 lat. Myślę jednak, że na pewno wpłynęły na to, jak jeżdżę i na to, że nie boję się spać w kiepskich warunkach, nie potrzebuję luksusu i doceniam fakt samej drogi już od wyjścia z domu.

      Usuń
  8. Dużo pięknych wspomnień i zdjęć :)
    Pozdrawiam
    http://tendies.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Po prostu piękne - zazdroszczę tych przeżyć i doznań! I ludzi i miejsc... Gdybym mogła ująć sobie kilka (?!) lat !! Całą sobą odkrywasz przed nami ,że świat może być piękniejszy i zdecydowanie lepszy, że o mądrości nie wspomnę... Nie pozwól by cokolwiek lub ktokolwiek próbował Cię zmienić! I pragnę i jednocześnie życzę Ci , aby wyjazd do Pragi spełnił oczekiwania, a nam przyniósł kolejne wzruszenia podczas czytania relacji.

    OdpowiedzUsuń

TOP