10.3.16

Konkurs - wygraj ubezpieczenie Twoje Podróże!

      
   Dziękuję za wszystkie zgłoszenia, znowu nie było łatwo!

Karty otrzymują: 

    * Małgosia Mikołajczyk - za kreatywność w nagłęj sytuacji
  * Marcin Florek - za puentę o tym, że warto się przygotować
   * Ida M - za wniosek, że nigdy nie wiemy, kiedy coś się stanie

    Prośba o przesłanie danych do wysyłki na adres: ajka_k@wp.pl


Podróże są piękne. Dają nam tak wiele! Niezapomniane wspomnienia, cudowne momenty, ważne spotkania. Są szansą na nawiązanie nowych znajomości, poznanie nowych smaków i innych kultur. Są też wyzwaniem - trzeba znaleźć odwagę, by opuścić bezpieczny port i nabrać wiatru w żagle... Podróże mogą być ważną lekcją życia i dojrzałości. Czasami nie wszystko idzie po naszej myśli, są też chwile zaskoczenia. Nigdy nie wiemy, co się wydarzy ani co może nas spotkać w obcym miejscu. Dla mnie jak do tej pory największym wyzwaniem była kradzież i utrata dokumentów w Brukseli, gdy w ciągu kilku sekund posypały się wszystkie moje plany. Zostałam bez pieniędzy, telefonu, noclegu, biletu powrotnego do Polski, w mieście, które w ogóle mi się nie podobało i nie chciałam w nim zostać. W 2012 roku miałam też pewne zdarzenie na Malcie. Na dzień przed powrotem do domu, wybrałam się z koleżanką na obiad. Zamówiłyśmy ryby i owoce morze, a potem poszłyśmy na spacer. Widziałam, że coś jest nie tak, ale gdy Sylwia zrobiła się blada, oblały ją zimne poty i upadła na środku ulicy dusząc się, byłam już pewna, że to silny atak alergii. Do odlotu tylko kilkanaście godzin, totalna histeria i panika.Na szczęście skończyło się dobrze, za każdym razem udało mi się bezpiecznie wrócić do Warszawy. Jestem pewna, że każdy z Was miał kiedyś jakąś mrożącą krew w żyłach przygodę na urlopie, (mam nadzieję, że z happy endem). Jak zapewne wiecie, tuż przed moim wyjazdem na Maltę rozpoczęłam współpracę z firmą April, oferującą roczne ubezpieczenia turystyczne. Wspólnie mamy dla Was konkurs!


        KONKURS - WYGRAJ UBEZPIECZENIE TWOJA KARTA PODRÓŻE

Konkurs trwa od 10.03.2016 do 17.03.2016 g.23.59

    Do wygrania są aż 3 karty ubezpieczeniowe!

W komentarzu pod wpisem lub drogą e-mailową proszę o odpowiedź na pytanie

       Jaka najbardziej nietypowa, być może niebezpieczna sytuacja spotkała Cię w podróży? 
       Jak udało Ci się rozwiązać problem i znaleźć rozwiązanie? Jak się ta historia skończyła?

        Do wzięcia udziału w konkursie niezbędne jest podanie imienia, nazwiska i adresu e-mail.

            Pełny regulamin konkursu znajdziecie tutaj, proszę o dokładne zapoznanie się z jego treścią.

8 komentarzy:

  1. Agnieszko! moge tu opisac mnostwo takich przygod, jak dotychczas wszystkie skonczyly sie raczej dobrze...zawal serca mego meza w Houston, blyskawiczny ratunek w drogiej klinice prywatnej i niemoznosc zaplacenia dziesiatek tysiecy dolarow, bo drogo i bo w Wenezueli gdzie jestesmy ubezpieczeni, jest kontrola dewizowa..., dwa razy zapalenie drog moczowych moich, w Szwecji i Holandii, w Szwecji bylam leczona za darmo, w Holandii tez, bo byly to czasy guldenow a my mielismy dolary, byla sobota o 22iej, nie bylo jak je wymienic a oni nie chcieli innej waluty, zrobiono mi badania, dostalam antybiotyk i wypuscili ze szpitala...tak bylismy zszokowani dobrocia ludzi, ze w nocy jeszcze wymienilimy dolary w hotelu i oddalismy dlug, w Egipcie w piramidzie w Gizie, kiedy schodzilismy de jej wnetrza zgaslo swiatlo i otarlam lokiec o jej sciany...w samolocie lokiec spuchl, bolal, zaognil sie...szczescie, ze w Wenezueli, gdzie mieszkalam, w aptece dali mi antybiotyk bez recepty...byla to sobota wieczorem.
    W Chile ukradli nam wszystkie pieniadze w dniu przylotu, to samo zdarzylo sie na Majorce..we Florencji i Calgary zlamalam sobie zab jedynke, w Zakopanem reke...zawsze spotkalam sie z serdecznoscia ludzi i udalo sie wszystko jakos zalatwic i nie przyspieszyc powrotu!

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyznam się że za dużo to ja nie podróżuję więc i przygód o których można się rozpisywać za dużo nie miałem. Ostatnia nasza (tj; z małżonką) podróż była dosyć daleka jak dla nas bo aż na Gran Canaria. Miejsce piękne, ciepłe na horyzoncie same palmy oraz całe masy innych turystów. I na szczęście obyło się bez "przygód " które opisujecie wyżej, ale kartę ubezpieczeniową i tak warto mieć zawsze przy sobie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jedna z pierwszych przygód.
    Mając 18 lat wybrałam się na obóz młodzieżowy. Trzy dni objazdowej jazdy na Majorkę miały być niezwykłym doświadczeniem turystycznym...i jak się okazało było, ale inaczej niż by się wydawało ;)sumiennie trzymałam przy sobie wszelkie dokumenty, żeby nikt ich nie ukradł. Jako, że z koleżanką byłyśmy najstarszymi osobami w pociągu miałyśmy dodatkowe atrakcje w postaci miejsca przy toaletach, by młodsi mogli odpocząć. Jadąc całą noc z Koszalina do Katowic kompletnie zapomniałam o pilnowaniu dokumentów, nawet o samych dokumentach, że je miałam... Przypomniałam sobie o nich dopiero w autokarze po 15 przejechanych kilometrach. Okazało się, że dokumenty zniknęły. Jako, że młoda podróżniczka ze mnie była... zaczął się płacz i zgrzytanie zębów. Najważniejsze było to, że gdyby nie odnalazł się paszport nie mogłabym popłynąć na Majorkę, pozostałabym koczując w porcie w Barcelonie... Rodzice poblokowali karty, złożyli pisma w urzędzie... aż następnego dnia autokarem dotarliśmy do Monako. Wyciągnęłam torbę z luku. Oczom nie wierzyłam... dokumenty w bocznej kieszeni ;) szalona osiemnastka!he
    Pozdrawiam serdecznie
    Roksana Udycz
    roksanaudycz@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Podróży nigdy nie można zaplanować w każdym szczególe, może z drugiej strony, ta przewrotność losu, to warunek spełnionej podróży. Kilka lat temu wybrałam się na krótką podróż promem do Finlandii z Szwecji, wszystko na pozór było dopięte na ostatni guzik. Ze stoickim spokojem wyruszałam w kierunku portu,
    krew buzowała w żyłach, świadomość zarejestrowania tych widoków, fala po fali..mila po mili...oddelegowana do kabiny, która okazała się być nie dla przydzieloną. Każdy z rejsowiczów był wyposażony w kartę CHIP, która umożliwiała wejście/wyjście z kabiny, rezerwację posiłków, i identyfikację tożsamości. O fakcie pomyłki dowiedziałam się dopiero po kilku godzinach, kiedy chciałam skorzystać z rezerwacji posiłku. Kabina nie była wyposażona w telefon, również nie było możliwości skontaktowania się z obsługą statku przez telefon komórkowy. Czułam się uwięziona, zdana na przypadek. Nie było dla mnie to przyjemne doświadczenie, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mam lęki klaustrofobiczne. Kabina mieściła się na końcu korytarza, następne kabiny znajdowały się kilka metrów dalej..zastanawiałam się w jaki sposób zakomunikować swoją obecność i prośbę o pomoc, liczyłam, że obsługa statku spostrzeże błąd i naprawi tą zaistniałą, koszmarną pomyłkę, jednak po dłuższym oczekiwaniu postanowiłam działać.. wzięłam kartkę papieru i napisałam na kartce papieru informację w kilku językach ( przezornie zainstalowałam słownik wielojęzyczny w telefonie) i wysunęłam za drzwi kabiny wraz banknotem, bo szybciej ktoś sięgnie po banknot niż po kawałek papieru. Inne rozwiązanie, które przyszło mi do głowy, to przygotowanie flagi wyciętej z podkoszulki, przymocowałam do wieszaka znajdującego się w szafie. Moja niefortunna przygoda zakończyła się happy endem. Jeden z pasażerów zauważył kartkę i banknot przyczepiony i zawiadomił obsługę, która błyskawicznie przyszła mi z pomocą.
    Dopiero w sytuacjach kryzysowych, uczymy się najwięcej o sobie. Warto się nie bać, wierzyć w swoje możliwość i instynkt Robinsona Crusoe.

    Pozdrawiam,
    Małgosia Mikołajczyk
    E-mail: long_lashes123@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wyobrażam sobie nie mieć ubezpieczenia, chociaż zawsze kupuję dodatkowe i z NFZ nigdy nie miałam. Na szczęście nigdy nie musiałam ani ja ani moja rodzina z niego skorzystać i niech tak zostanie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Potencjalnie niebezpieczne sytuacje zdarzały mi się często. A to lis wpadł do namiotu (bestia mogła być wściekła!),a to gubiłam się w drodze z Katowic do Głogowa, bo próbowałam jechać przez Wałbrzych, a to zaczynałam mdleć na trasie Słowackiego Raju... I nie miałam ubezpieczenia, bo wyjazdy były nieplanowane, pod wpływem impulsu. W zasadzie dopiero po Słowackim Raju zdałam sobie z tego sprawę, w końcu na Słowacji ponoszenie kosztów wygląda zupełnie inaczej niż u nas. Miałam sporo szczęścia, że wystarczyło chwilę posiedzieć i mi przeszło. Zaczęłam się nad tym jednak zastanawiać i uznałam, że muszę kupować dodatkowe ubezpieczenie, w końcu ktoś kto gubi się z takim zamiłowaniem jak ja musi się nad tym zastanawiać :D
    Helena Kuna
    HelenaKuna@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Na myśl o niebezpiecznej sytuacji w podróży od razu przychodzi mi na myśl stolica Mołdawii – Kiszyniów.
    Rzecz miała miejsce w 1991 roku, na krótko przed rozpadem ZSRR.
    Jechaliśmy nad Morze Czarne na wczasy do Odessy. Kompletne szaleństwo – moi rodzice, ja (wtedy 10 lat) z dwójką moich braci oraz Wowa – Ukrainiec od którego mieliśmy zaproszenie aby w ogóle móc jechać do ZSRR. Ponad 1500 km Ładą w 6 osób, w tym trójka dzieci.
    Ogólnie droga nie była zła. Z tyłu wszędzie ułożone walizki, oczywiście zero fotelików dla dzieci ;). Kto o nich myślał w latach 90-tych ;) Po drodze kolejki na granicy, do Czerniowców nie chciała nas wpuścić Milicja. Największy problem pojawił się w Kiszyniowie, gdy niecałe 200 km od Odessy, kończyło się nam paliwo.
    Zbliżał się wieczór, a gdy udało się dojechać do stacji okazało się, że zamknęli ją kilka minut temu. Pomimo usilnych próśb nie sprzedano nam paliwa. Na nic zdało się tłumaczenie, że dzieci, że jedziemy do Odessy. Beton. Przyjedźcie jutro! Kiedy wydawało się, że czeka nas noc w aucie w Kiszyniowie podjechał do nas samochód. Dość podejrzany mężczyzna powiedział „chcecie paliwo to jedźcie za mną”. Z perspektywy czasu zastanawiam się co moim rodzicom strzeliło do głowy, żeby za nim jechać z trójką dzieci ;) Zrobiło się ciemno, on bez świateł, wywiózł nas na jakieś ogródki działkowe. Po chwili przyniósł ok 20 l „paliwa”. Po zalaniu baku okazało się, że auto nie chce odpalić. Gdy udało się wreszcie ruszyć, to jazda raczej przypominała jazdę na koniu niż autem. Ale udało się. Jakoś opuściliśmy Kiszyniów i pojechaliśmy dalej w stronę Odessy.
    To były moje pierwsze zagraniczne wakacje. Pokochałem podróże. Dzisiaj sam jestem rodzicem. Prowadzę bloga podróżniczego, a do każdej wyprawy staram się przygotować jak najlepiej, aby unikać takich sytuacji jak ta.

    Pozdrawiam
    Marcin Florek
    mf.pharmacy@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Spędziłam blisko rok w filipińskiej dżungli, w domu położonym kilometr od drogi, w rezerwacie. Gdy się tam wybierałam, nie wiedziałam, czego bardziej się bać: tropikalnego klimatu, katastrof naturalnych, dzikiej przyrody czy braku higieny i chorób zakaźnych. Okazało się, że każda z tych obaw była po części uzasadniona, ale mimo to nadal uważam, że najniebezpieczniejszym co spotyka turystę w Azji Południowo-Wschodniej jest transport.

    Dzikie zwierzęta wcale nie chcą wchodzić w interakcje z człowiekiem i tylko kilka razy natknęliśmy się w budynku na niewielkiego węża. Pająki, gekony i myszy były częstszymi gośćmi. Najbardziej obawialiśmy się filipińskiej kobry, ponieważ ten agresywny gatunek występował w okolicy. Kobra ta uchodzi za jednego z najbardziej jadowitych węży na świecie, ustępuje jednak miejsca na podium wężowi koralowemu, którego jad przez niektórych oceniany jest jako nasilniejszy. Na szczęście węże koralowe nie atakują bez przyczyny i choć często można się na nie natknąć snorklując lub nurkując, to wypadki pokąszeń właściwie się nie zdarzają.

    Korzystając z faktu, że mieszkaliśmy w tak egzotycznym miejscu, zdecydowaliśmy się ze znajomymi na kurs nurkowania, który odbywał się na niewielkiej wysepce o pół godziny drogi łódką z "naszej" wyspy. Dnie spędzaliśmy ucząc się i nurkując, a wieczory mieliśmy dla siebie. Wraz z koleżankami postanowiłyśmy wybrać się spacer po plaży. Było jż ciemno, ale światło księżyca oświetlało kontury na tyle dobrze, że nie korzystałyśmy z latarki i, nieco po omacku, szłyśmy rozmawiając wesoło. Przyłączył się do nas jakiś lokalny kundelek i towarzyszył nam węsząc dookoła.
    W pewnym momencie zwróciłam uwagę, że pies dość dziwnie się zachowuje. Włączyłam latarkę, żeby zobaczyć, co przyyciągnęło jego uwagę... krab? strasznie wyglądająca gałąź? zagubiony but?
    Gdy światło latarki padło na ziemię, wszystkie wrzasnęłyśmy w niebogłosy: o może dwa metry od nas, wprost na naszej drodze, sunął wąż koralowy!!! Gdybyśmy go nie zauważyły i nadepnęły... Atmosfera od razu się zmieniła, zawróciłyśmy i gęsiego, po cichu zaczęłyśmy się wycofywać, uważnie oświetlając drogę lichą latarką.
    Przeszłyśmy może kilkanaście metrów, gdy wrzasnęłyśmy po raz kolejny: oto po plaży, także przecinając naszą trasę, sunął drugi wąż!!!

    Miałyśmy wielkie szczęście, że węże koralowe nie są agresywne, a także, że żadna z nas na nie nie nadepnęła. Jad węża koralowego sprawia, że powoli traci się (permanentnie) czucie w ukąszonej kończynie, co następnie przenosi się na całe ciało. Gdy jad dotrze do serca (zajmuje to na ogół pół godziny), człowiek umiera. Istnieje surowica, ale oczywiście nie zdążyłybyśmy dotrzeć do szpitala (musiałybyśmy doppłynąć na "naszą" wyspę) - a i tak nie ma pewności, że prowincjonalny filipiński szpital przechowuje takie leki.

    Nadal twierdzę, że generalnie dużo większym niebezpieczeństwem w Azji jest jazda na motocyklu czy brudna woda, ale dla mnie osobiście potencjalnie najgroźniejszy okazał się zwykły spacer.

    mim135(małpa)wp.pl

    Ida M

    OdpowiedzUsuń
TOP