3.4.16

Jak wyglądało moje życie na Malcie?

Dokładnie dwa miesiące temu byłam najszczęśliwym człowiekiem na świecie. Siedziałam przy stole w moim apartamencie w Saint Julian's pisząc posta "Marzenia nie spełniają się same (...)". Czułam, że mogę przenosić góry i że mam przed sobą najlepszy czas w swoim życiu. Podjęłam ryzyko zmian, bojąc się, ale wierząc, że wszystko się uda. W czasie kilku tygodni kursu języka angielskiego planowałam szukać pracy i docelowo przeprowadzić się na Maltę jak najszybciej. Jestem w Polsce, od prawie dwóch tygodni. Niektórzy pytają "Było warto?" Odpowiem Wam.

 MALTA & GOZO

Pierwszy raz byłam na Malcie w 2012 roku. Podobało mi się, ale nie byłam zachwycona. Tak, to była miłość od drugiego wejrzenia. Poleciałam tam w grudniu, w momencie, gdy dużo myślałam o tym, jak chcę, aby wyglądała moja przyszłość i przepadłam. Wróciłam znowu w styczniu, żeby się upewnić. To było to miejsce, w którym poczułam, że mogłabym zamieszkać. Sprzedałam co mogłam, aby spełnić marzenie - Zima na Malcie. Cały luty. Wyleciałam 28.01, a wróciłam 19.03. Cóż mam Wam powiedzieć. Uwielbiam Maltę. Daleko jej do ideału, ma wady i zalety, jak każde miejsce. Dla mnie, to jedno z tych, w których zostawia się fragment duszy. Malta zmienia ludzi, mam na to wiele dowodów i historii. Szarga nerwy, burzy spokój, porywa niczym silna fala i nie daje o sobie zapomnieć. Z drugiej strony uspokaja. Inaczej się tam żyje, wolniej i cierpliwiej, bo tyle rzeczy człowieka wkurza, że w pewnej chwili postanawia let it go. Kocham kolory Malty, jej detale, łódki kołyszące się na wodzie. Mogłam wpatrywać się w nie godzinami. Uwielbiam ludzi, których serdeczność nieustannie mnie zaskakiwała. Małe sklepy z warzywami, w których jest się witanym jak dobry znajomy. Słońce zmieniające się w porywisty wiatr w zaledwie kilka sekund. Długie spacery i pikniki z widokiem na morze. Leniwe koty domagające się jedzenia i ten zapach cygara wydostający się zza drzwi garażu koło mojego mieszkania. Sąsiada pozdrawiającego mnie co rano i smak uzależniającej pasty z fasoli. Wieczorne wyjścia i fakt, że można iść, a nie jechać.
 

CODZIENNOŚĆ

Była niby łatwa, ale nie do końca. Pobudka, śniadanie, szkoła, nauka, zabawa i czas spędzany ze znajomymi. Brzmi fajnie, ale bywało różnie. Bałam się panicznie mieszkania z obcymi ludźmi, w kilka osób. Może wyda się to Wam dziwne, ale dla mnie to nowość. Nie mieszkałam w akademiku, zresztą od bardzo dawna żyję sobie we własnym towarzystwie. Okazało się jednak, że nie dość, że potrafię, to może być nawet przyjemnie. Oczywiście, taka sytuacja zawsze powoduje pewne spięcia, były momenty, gdy miałam ochotę niektórych udusić, a oni zamknąć mnie na balkonie (żartuję), ale starałam się głęboko oddychać i myśleć o czymś innym. Złe emocje opadały, a czarne oczy, na które się wkurzałam, znów patrzyły na mnie z pozytywną iskrą. Jo., znacznie ode mnie młodszy, mieszkał ze mną najdłużej. Chwilami doprowadzał mnie do szału, ale to kochany, ambitny chłopak, z którego jestem dumna jak starsza siostra. Codzienność to spacery, które planowałam uskuteczniać co rano, ale po tygodniu się zorientowałam, że jest to nierealne. W połączeniu z kolejnym elementem życia na Malcie, czyli proszonymi kolacyjkami u Włochów i Francuzów po 21, szlag trafił moją dietę i moje piękne schudnięcie 13kg jesienią. 7kg wróciło błyskawicznie. Jestem zła, ale z drugiej strony chyba bym nie oddała za nic tych wspólnie spędzonych wieczorów i wszystkich smaków świata. Naprawi się.

JĘZYK ANGIELSKI I SZUKANIE PRACY 

Nie da się ukryć, że nauka języka angielskiego była moim głównym celem. Przez ostatnie lata dużo zapomniałam, miałam ogromne problemy z komunikacją. Pewnie nie uwierzycie, ale nawet w NYC miałam blokadę, aby rozmawiać z kimkolwiek. Uciekały mi słowa, plątał mi się język, więc lecąc na kurs w zeszłym roku byłam pewna, że trafię do grupy intermediate. Po teście zostałam umieszczona w advanced. Jestem za to bardzo wdzięczna. To nie był mój poziom, ale musiałam zrobić wszystko, aby nadrobić braki i było to dla mnie wyzwanie, które zaowocowało. Z osoby, która bała się spytać  o coś w sklepie, w kilka tygodni zmieniłam się w osobę, która zaczęła wysyłać CV do maltańckich firm i chodzić na rozmowy kwalfikacyjne prowadzone po angielsku, czasami przez Brytyjczyków. Praca. Źle się do jej szukania przygotowałam. Nie miałam lokalnego numeru, drugiego telefonu, życiorys zaczęłam pisać dopiero na miejscu. Nie miałam ze sobą listy portali, które powinnam czytać, nie miałam ze sobą dokumentów potrzebnych, by skorzystać z pomocy urzędu pracy, a przede wszystkim, zaczęłam jej szukać trochę za późno, bo najpierw chciałam chwilę odpocząć. Prawda jest też taka, że na początku nie wiedziałam, jakiej pracy chcę szukać. Jakoś w połowie pobytu zrozumiałam, o czym marzę i robiłam co mogę w tym kierunku. Nie udało się, bo na takie stanowisko lub podobne nie było zapotrzebowania na tę chwilę. Rozmowy, które miałam, dobrze wspominam. Były zupełnie inne niż w Polsce, dużo luźniejsze i skupiające się na innych rzeczach: nie rozmawialiśmy o zakresie obowiązków w ex-firmach, a np. o mojej pracy z chorymi dzieciakami. Nawiązałam kilka kontaktów, może coś kiedyś z tego będzie, może nie. Nie odczuwam porażki. Nie chciałam szukać jakiejkolwiek pracy "na przeczekanie" co spotkało się ze zdziwieniem wielu osób. Działam świadomie. Nie chcę desperacko wyjechać czy uciec z Polski. Miałam konkretne marzenie. Nie wyszło, ja nie mam już 20 lat, decyzje muszą być sensowne. Ważne, że mam po tym wyjeździe jakąś wizję siebie i wiem, w jakim kierunku zmierzam. Mogę zostać w Polsce, skoro tak było pisane.

LUDZIE 

Ludzie. Temat rzeka. Ważne spotkania i te zupełnie nieistotne. Bardzo skrajne emocje, od wielkiej radości po wielki smutek. Jedno jest pewne - wszyscy razem i każdy z osobna to najlepsze, co mnie mogło spotkać. Szkoła życia, przyśpieszona, bo wiadomo, że 'pamiętniki z wakacji' ;) rządzą się innymi prawami. Ten punkt jest dla mnie bardzo trudny, nie wiem jak go ugryźć, a bardzo bym chciała. Tak, niektórzy ludzie byli istotniejsi niż pozostali. Był też ktoś, o kim myślałam, że to początek przyjaźni na długie lata. Pomyliłam się i wpłynęło to później na wiele innych rzeczy. Ale to już bez znaczenia. Chcę pamiętać to, co dobre, a było tego tak wiele! Poznałam niesamowite osoby, w bardzo różnym wieku, z różną przeszłością. Ogromnie mnie ten czas otworzył na ludzi, a w odpowiedzi otrzymałam tak wiele pozytywnej energii, że wzrusza mnie nawet myślenie o tym. "Nigdy nie mów nigdy i nigdy nie mów na zawsze". To chyba będzie moje motto po powrocie. Tyle zaskoczeń, w zupełnie niespodziewanych sytuacjach. Osoby przecenione i te niedocenione. Śmiech i łzy. Chwile ulotne, które już na zawsze zostaną gdzieś we mnie. Jedni zniknęli, zostawiając pustkę, a z innymi milczymy, ale pamiętamy. Kilka pożegnań przeżyłam mocno, ale już wiem, że życie to tylko momenty, kalejdoskop barw w naszej pamięci. Większość ludzi przychodzi i odchodzi, trzeba ten czas wykorzystać jak najlepiej.

CZY BYŁO WARTO?

Czy było warto? Oczywiście. Życie to nie tylko flow, które nas niesie. To czasem też bolesne upadki i podnoszenie się z kolan. Chwile, gdy rozczarowania sprawiają fizyczny ból, ale też gdy sukcesy dodają nam skrzydeł. Co przeżyłam, to moje. Znalazłam odwagę, aby zostawić za sobą to, co nie sprawiało mi już przyjemności i poszukać nowego. Nie znalazłam pracy, ale wygrałam ze strachem. Pół roku temu nie wysłałabym CV w obcym kraju, w obcym języku, do obcej branży. Nie podjęłabym ryzyka mieszkania z obcymi ludźmi, wyjechania gdzieś na dłużej niż 2 tygodnie. Nie miałabym cienia nadziei, że to może się udać i zrezygnowałabym jeszcze przed startem. Nie było doskonale, czasami bolało, ale jestem dziś silniejsza niż kiedykolwiek przedtem i mam w sercu wspomnienia, których nikt mi nie odbierze. Zdjęcia z tego wpisu nie są przypadkowe. Dla mnie to wulkan uczuć, pulsujący gdzieś pod skórą. Konkretne dni, gdy świat się kończył zamiast zaczynać i te, gdy kręciło mi się w głowie ze szczęścia. Każdy kadr coś znaczy, jak nigdy dotąd.

Żyjemy tylko raz, bez pewności, jak długo. Czas przecieka nam przez palce. Nie chcę stać w miejscu, narzekać i nie zmieniać nic. Trzeba walczyć do końca, pomimo wielu słabszych dni. Malta zmienia wszystko. Może nie u wszystkich, ale gdy już wybierze ofiarę to nie ma litości. Znam historie, naprawdę. Fascynujące. Z happy endem albo bez. Dużo ciężkich walk. Każdy jednak podkreśla, że było warto, bo dziś jest tym, kim jest. Ja też to czuję. Wiem, że się ułoży.

19 komentarzy:

  1. "Co cię nie zabije..."
    Cieszę się, że jesteś.. tak po prostu. I dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo wzruszający wpis.A faktycznie się wydawało, że to będzie pasmo radości

    OdpowiedzUsuń
  3. Będzie dobrze. Jeśli jeszcze nie jest dobrze, to tylko oznacza, że to nie koniec :) Trzymam mocno kciuki i wierzę w Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj Agnieszko!
    Cudownie opisalaś Swoje życie na Malcie i wzruszająco ale jedno jest pewne ze niebo dla wszystkich jest jednakowe i kazdy kraj to inna kultura bycia trzeba znaleźć swoje miejsce na ziemi decyzje niestety podjąć musisz sama życzę Ci trafnej decyzji gorąco pozdrawiam -bedzie OK!

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo Ci zazdroszczę tego życiowego doświadczenia. Tak to opisałaś, że sama bym chciała przejść taką szkołę - i dosłownie i w przenośni.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak jak piszesz pamiętam swoje doświadczenia z przez 10 lat jak wyjeżdżałam do Anglii - studiowałam wtedy w Poznaniu na uniwerku i pojechałam na wakacje douczać się języka... Nie wiem dlaczego nie wybrałam wtedy Malty ;) Ale pamiętam te rozmowy o pracę, poznawanie ludzi z totalnie inną mentalnością, studiowanie, które jest zupełnie inne niż w Polsce. Kancelaryjne perypetie i rożne inne. Jutro lecę odkrywać kulinarnie Maltę i Gozo (gdzie będę się rozkoszować akwarelami). Bardzo jestem ciekawa wyjazdu. W każdym razie to właśnie dla takich chwil warto żyć. Szkoda, że często dopiero z perspektywy czasu to zauważamy. Pozdrawiam cieplutko, Daria xxx

    OdpowiedzUsuń
  7. Wygląda na to, że warto odwiedzić to miejsce :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Pięknie napisane. Podróże kształcą a czasem dają popalić.
    Moje życie na emigracji nauczyło mnie więcej niż lata spędzone na uniwersytecie. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Masz w sobie wiele siły i wiele racji. Czasami trzeba wyjść poza swoją strefę komfortu, chociaż na pewno nie jest to łatwe, za to potem satysfakcja gwarantowana. A ludzie? Nie raz nas jeszcze pozytywnie zaskoczą, ale i zawiodą, taka ich zdolność...
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Aga nic dodać nic ująć. Te emocje zrozumie tylko ten, kto był. Tam wszystko trwa krótko, przez co odczuwa się to o wiele intensywniej. Szkoła życia, jakby nie patrzeć. Dla takich chwil warto podjąć ryzyko.

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękny tekst, to trzeba przyznać. I bardzo poważna decyzja - w końcu to było Twoje marzenie, prawda? Ale marzenia muszą być realne. Gratuluję odwagi, żeby szukać pracy w obcym kraju, i żeby przyznać przed samą sobą, że musisz wrócić. To była bardzo odważna i dojrzała decyzja :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Piękne przemyślenia. Zazdroszczę Ci odwagi :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Cytat:
    "Nie odczuwam porażki. Nie chciałam szukać jakiejkolwiek pracy "na przeczekanie" co spotkało się ze zdziwieniem wielu osób.Działam świadomie. Nie chcę desperacko wyjechać czy uciec z Polski. Miałam konkretne marzenie.
    Nie wyszło, ja nie mam już 20 lat, decyzje muszą być sensowne. Ważne, że mam po tym wyjeździe jakąś wizję siebie i wiem, w jakim kierunku zmierzam. Mogę zostać w Polsce, skoro tak było pisane."

    Ten fragment jest godny podziwu i mądry - też uważam, że nie ma co na siłę przeć do przodu, by komuś coś udowodnić - ważne, by żyć w zgodzie z samą sobą... Czasem warto się cofnąć, by móc dalej pójść do przodu;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję Marcelino :) Masz rację, czasem krok w tył = 3 przed siebie.

      Usuń
  14. Nie można pozwolić aby strach blokował nam drogę do szczęścia. Zamiast narzekać czy obwiniać los wzięłaś sprawy we własne ręce. Brawo!

    OdpowiedzUsuń

TOP