25.4.16

Wolontariat z dziećmi - co mi dał?

Są takie spotkania, które zmieniają wszystko i zdarzenia, po których nic nie ma prawa być już takie, jakie było przedtem. Miałam w życiu kilka takich punktów zwrotnych, a najważniejszym z nich z pewnością był wolontariat. Trafiłam w weekend na teczkę pełną wspomnień z tamtych czasów. Relacje, fotografie, artykuły wycięte z gazet. Oglądałam i trzęsły mi się ręce. W tym roku mija 10 lat, ale te emocje są ciągle żywe. 
Nie pamiętam jak trafiłam na spotkanie fundacji zajmującej się spełnianiem marzeń chorych dzieci. Doskonale za to pamiętam pierwszą wizytę na oddziale onkologii Centrum Zdrowia Dziecka. Miałam 20 lat. Wytrzymałam 45 minut i wybuchnęłam płaczem w łazience. "Nie dam rady" powiedziałam do siebie. Przetarłam oczy, wyszłam na korytarz. Chciałam iść do domu, ale podeszła do mnie matka jednej z dziewczynek i powiedziała, że mała od dawna nie była tak szczęśliwa jak dziś i że ma nadzieję, że wkrótce znowu uda nam się przyjść. Spojrzałam przez przeszklone drzwi na uśmiechniętą buźkę i odpowiedziałam "Oczywiście, będziemy jutro".

Tak zaczęło się najistotniejsze doświadczenie całego mojego życia. Nauka empatii, odpowiedzialności i odwagi. Dorosłam w 24h. Mam świadomość, że straciłam przez to beztroskie lata studiów i zabawy, ale nie żałowałam nigdy tej decyzji. Ten czas uświadomił mi, co się naprawdę liczy i ma jakąś wartość - zdrowie, dostrzeganie drugiego człowieka i każda sekunda, która jest nam dana. Moi podopieczni mieli 16-18 lat, czyli prawie tyle, co ja. Mieli swoje pasje, głowy pełne marzeń i planów na przyszłość, które diagnoza postawiła pod znakiem zapytania.
Pamiętam każdego z nich i ich historie, ale trzech nastolatków było naprawdę wyjątkowych. Nie ma dnia, żebym nie myślała o nich chociaż przez chwilę. Są w moim sercu i będą w nim już na zawsze. Cudowni i niezwykli, każdy w zupełnie inny sposób. 

P., który musiał zająć się rodzeństwem, gdy ich mama ciężko zachorowała. Był dla nich jak ojciec, dopóki sam nie trafił do szpitala. Miał w sobie spokój, pokorę i skromność. Zamiast mówić o sobie, chwalił braci i siostrę. Powtarzał "Chcę, aby mieli dobre życie". Opiekował się maluchami, które na oddziale przebywały bez rodziców. Ocierał ich łzy, tulił do snu i opowiadał bajki. Mówił "Jestem zwyczajny". Nie był. Miał piękne, mądre oczy, w których zawsze czaił się smutek, pomimo uśmiechu, który nigdy nie schodził z jego ust. Gdy odszedł, świat stracił swój blask.

M. urzekł mnie od pierwszego spotkania. Urokiem, poczuciem humoru i zawadiackim spojrzeniem. Tym, że miał sprecyzowane marzenia i był bardzo konsekwentny w swoich decyzjach. Poruszyłam niebo i ziemię, aby wyjazd na mecz do Mediolanu był dla niego niezapomnianym przeżyciem. Ten czas, który spędziliśmy tam razem... nie ma słów, którymi bym mogła opisać to, co czułam widząc radość malującą się na jego twarzy. Z nim i jego mamą łączyło mnie coś niezwykłego. Rzucałam wszystko, gdy zjawiali się w szpitalu. Chodziliśmy na długie spacery, zakupy do centrów handlowych, na pizzę. Dla mnie zdecydowałam się nawet pójść na mecz stadionie Legii. W dniu, w którym odszedł miałam wrażenie, że tracę grunt pod nogami. Przestałam wierzyć w sprawiedliwość.

Każde wspomnienie D. i jego rodziny sprawia, że wszystko staje się lepsze. Dni spędzone z nimi w Londynie to był czas absolutnie wyjątkowy. Ten dzieciak był niesamowity i miał w sobie niespotykaną wręcz umiejętność cieszenia się z drobiazgów. Tak bardzo chory, a tak bardzo silny. Miał ogromny dystans do siebie oraz niekończące się pokłady uwagi i ciepła, którymi obdarowywał innych ludzi. Nauczył mnie, że ważne jest wyłącznie to, co tu i teraz. I że trzeba się śmiać, po co się smucić? Cała reszta nie ma żadnego znaczenia. Gdy odszedł, zostawił po sobie straszną pustkę.

Miewam gorsze dni, wściekam się na los, ale potem przypominam sobie te wszystkie miesiące, gdy prowadziliśmy nierówną walkę z czasem. Wszystkie rozmowy, uśmiechy, łzy, poczucie bezsilności. To mi zawsze przywraca odpowiednią perspektywę. Dopóki trwa życie, jest przecież nadzieja. Mam nadzieję, że rozliczając PIT pamiętaliście o wsparciu którejś z organizacji pozarządowych, bo 1% to wbrew pozorom bardzo dużo. My nic nie tracimy, a czyjeś życie może stać się trochę lepsze.

9 komentarzy:

  1. Piekny post! wzruszajacy i dajacy wiele do myslenia..i te cztery osoby na zdjeciu! swietne

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniały post, jesteś bardzo dobrym człowiekiem, mnie też chwyciło za serce to, co napisałaś. Swój 1% zawsze przekazuję na szczytne cele.

    OdpowiedzUsuń
  3. każdy miewa gorsze dni, taka prawda, co? wypas owiec Józefów lekarstwem na wszystko, mówię ci :o

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja mama wzięła kiedyś w rodzinę zastępczą jedenastoletnia dziewczynkę, nad którą znęcała się matka alkoholiczka. Po dwóch latach spędzonych u nas, dziewuszka mogła wracać do swojego domu. Jej matka przeszła odwyk i przed sądem obiecała skruchę... Kolejne dwa lata później dziewczyna próbowała popełnić samobójstwo, w liście pożegnalnym pisząc: "Mamo nie mogę dłużej znieść twojego picia..." Ledwo ją odratowano...
    Czasem w złości sobie myślę, że nasze dzieci mają się za dobrze, że nie wiedzą ile zła jest na świecie i za ile mogą być wdzięczne. Kiedy będą starsze zdecydowanie chcę je wysłać na wolontariat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm wiesz, myślę, że przede wszystkim tzreba rozmawiać i pokazywać samemu, ze świat ma rózne oblicza. A z wolontariatem to jest tak, że raczej trzeba czuć, ze się chce to robić, nie wiem czy można kogoś wysłać ;)

      Usuń
  5. Piękne zdjęcia i inspirujący wpis dający nadzieję... :)

    OdpowiedzUsuń
  6. bardzo fajny wpis, będę zaglądał często na bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Popłakałam się. Uwielbiam Cię!!! Brak mi słów. Dawanie radości innym to coś wspaniałego! Nie można porównać tego do niczego innego!!! Jesteś Wielka.

    OdpowiedzUsuń

TOP