19.5.16

Koniec maltańskiej przygody

Początek końca mojej Maltańskiej Przygody odcinek III nastąpił tak szybko, że nie miałam już nawet odwagi Wam tego komunikować. Kiedy? Pierwszego dnia pobytu. Cofnijmy się jednak trochę w czasie... Kilka tygodni temu gościłam dawno niewidzianą znajomą. Spytała "O co chodzi z tą Maltą? Czemu tam?". Odpowiedziałam "Wiesz co, sama już nie wiem, może to było chwilowe zaćmienie?". Znamy to uczucie, prawda? Szczególnie intensywne, gdy się zakochamy. Na początku jest czyste szaleństwo, motyle w brzuchu i totalny brak możliwości logicznego myślenia. Grudniowy wyjazd był naprawdęmwyjątkowy. Poznałam wspaniałych ludzi, zachwyciłam się wiosenną pogodą w środku zimy i możliwościami, jakie daje ta mała wyspa. Wróciłam w styczniu, potem w lutym, na prawie dwa miesiące. Ten ostatni wyjazd był bardzo intensywny, dużo zmienił w moim życiu.
Zaczęłam szukać pracy na Malcie, chciałam zostać tam dłużej. Może nie na zawsze, na kilka miesięcy. Marzyłam o pracy w szkole językowej, najchętniej jako osoba od kontaktu ze studentami, organizująca zajęcia pozalekcyjne, program wycieczek i inne aktywności. Miałam 5 rozmów, wszystkie były trochę dziwne i bardzo nieformalne. Z jedną panią umówiłam się na kolejną rozmowę, ale nigdy do niej nie doszło, bo przestała się odzywać. Na pracę latem z nastolatkami okazałam się za stara, ale miałam umówione jeszcze rozmowy na Skype, już z Polski. Wróciłam do domu i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Na Skype za to słyszałam "Szkoda, że jesteś w Polsce", "Odezwij się, jak wrócisz na Maltę", "Byłoby super, jakbyś mogła przyjść na jeden dzień" itd. Miałam ofertę jednej pracy dorywczej, na zarobienie na pobyt na wyspie i szukanie tam pracy "po godzinach". Za ostatnie pieniądze kupiłam bilet i zarezerwowałam nocleg w mieszkaniu znajomych znajomego. Po drodze okazało się, że warunki współpracy są bardzo nieatrakcyjne, więc musiałam się z niej wycofać. Zaczęłam mieć też coraz więcej wątpliwości czy to ma w ogóle sens. Za tłumaczenie kilku świadectw pracy i dyplomów musiałabym zapłacić ponad 800zł, jeśli okazałyby się potrzebne. Osoby, które obiecywały mi pomoc jak przyjadę, opuściły konwersację,  gdy zaczęłam szukać mieszkania. Zastanawiałam się, czy bym podróżowała, chcąc odwiedzać często rodzinę. Dużo myśli.
Dałam sobie jednak ostatnią szansę. Pieniędzy na styk, ale niech się dzieje wola nieba, przynajmniej będę pewna, że spróbowałam. Tuż przed wyjazdem zapytałam współlokatorów, czy muszę coś zabrać, ale zaprzeczyli. Oczywiście na miejscu zastałam puste łóżko. Perspektywa zakupu nowej, niepotrzebnej mi pościeli za 25 EUR zmroziła mnie na starcie. Następnie okazało się, że nie mają dla mnie klucza, więc mam go sobie sama dorobić, ale nikt nie wiedział niestety gdzie. Pokój miałam dzielić z gościem wstającym o 5 rano i gadającym przez sen (niestety milczącym za dnia), a łazienkę z trzema facetami. Drzwi się nie zamykały i wchodziło się prosto na kogoś biorącego prysznic. Bez zasłonki. Nie pytajcie jak się o tym  dowiedziałam... O tym mieszkaniu i jego mieszkańcach mogłabym napisać osobną książkę, ale to nie ma sensu. Szkoda czasu. Kluczowe dla tej historii jest to, że było w nim brudno. Dramatycznie brudno. Nikt po sobie nie sprzątał, a łazienka była tak obrzydliwa, że wolałam chodzić do publicznej toalety niż skorzystać z naszej ! Gnijące w odpływie włosy, resztki zarostu w umywalce, walające się po podłodze zużyte plastry, waciki nasączone jakąś cuchnącą miksturą, jakieś dziwne strupy krwi, ciągły odgłos plucia (chyba do umywalki), brak szczotki do WC i kilka centymetrów brunatnego syfu w wannie. Pierwszego dnia chciałam o tym porozmawiać, ale usłyszałam, że nie sprzątają, bo ... nie mają czym (dwie rączki miał każdy, a resztę chyba można kupić?). Przez wzgląd na samą siebie postanowiłam umyć przynajmniej tę nieszczęsną wannę i ... to był błąd.
Nad połową wanny znajdowało się coś na kształt szyby, mającej chronić przed rozlewaniem wody. Praktyczne, ale utrudniające jej czyszczenie. Otworzyłam drzwiczki i … to był moment. Okazało się, że ważą one kilka kilogramów i głównie opierają się na krawędzi wanny, bo zawiasy są plastikowe i słabe. Od razu poleciały na mnie, schyloną nad wanną. Nie wiem skąd miałam siłę i refleks, aby zrobić unik w bok, próbując ochronić głowę. Finalnie zamiast we mnie, szkło uderzyło z łoskotem o umywalkę, a ta rozsypała się w drobny mak. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Przerażenie mieszało się z  radością, że to cholerstwo nie spadło na mnie i że jestem cała. Wyszłam z łazienki na miękkich nogach, zlana lodowatym potem. Jeden z chłopaków od razu przyznał, że te drzwi były źle osadzone, więc ich nie otwierali, ale po szybkiej konsultacji z resztą odwołał swoje zeznania. Właściciel o akcencie i imieniu wyraźnie wschodnim orzekł, że to była oczywiście wyłącznie moja wina i że ja za to zapłacę. 
Współlokatorzy rozpłynęli się jak kamfora w swoich pokojach. Próbowałam rozmawiać, pokazałam mu zawiasy, próbowałam uświadomić wagę szkła i zagrożenie, jakie stwarzało, ale mnie nie słuchał. Kpiącym tonem oznajmił, że „to nie hotel”, „nie będzie mnie uczył jak korzystać z wanny” i „może jeszcze powinienem napisać kartkę z instrukcją obsługi?”. Pomyślałam sobie „Tego już za wiele. Nie będzie ze mnie jakiś dziad na obcej ziemi robił idiotki”. To był moment, w którym ta cała Malta pękła w mojej głowie jak bajka mydlana. Jest ciepło i nawet miło, ale co z tego? Większość znajomości  ogranicza się do wyjścia do Paceville (dzielnica rozrywek) lub pubu, większością obietnic można wytrzeć sobie buty, a ludzie zapominają o sobie po 10 minutach, bo już czeka inna impreza. Szukanie pracy opiera się na modelu „południowym”, luźne rozmowy o niczym, obietnice bez pokrycia -> poleciałam na Maltę ze względu na rozmowy na Skype, a gdy napisałam im, że przyjeżdżam, to zerwali kontakt. W sklepach drogie i kiepskiej jakości jedzenie, brak produktów, które są dla mnie ważne a do tego ciągle mam tam problemy z alergiami pokarmowymi. Pensje o jakich wstępnie rozmawiałam, starczyłyby w najlepszym wypadku na jednoosobowy pokój w mieszkaniu z obcymi ludźmi. Miałam już nadpobudliwą Włoszkę psikającą mi w twarz Mr. Muscle szepcząc nerwowo "Everything is dirty!" w super czystym mieszkaniu, 18-latka z zazdrosną dziewczyną-psychopatką, Francuzkę zmieniającą co noc chłopaków, którzy pałętali się z rana po kuchni w samych gaciach, walijskiego onanistę, Chinkę jedzącą 6 razy dziennie ryż (nienawidzę jego zapachu) i babkę po 40-ce gustującą w kawalerach w wieku własnego, nastoletniego syna. Malta jest ładna, ale bardzo mała, po kilku tygodniach zaczynało mnie już nosić. Sliema i St. Julians są fajne na wakacje, ale śmierdzą spalinami, ulice są brudne i zaniedbane, śmieci w upale wystawia się przed drzwi budynków. Dopiero maj, a turystów tak wielu, że ciężko złapać autobus,są pełne i kierowcy już nie stają na przystankach. Nie mówiąc o tym, że kilka kilometrów jedzie się godzinę, o ile w ogóle jest czym... Wyspa jest anglojęzyczna, ale miejscowi mówią z bardzo różną poprawnością i akcentem, więc na naukę nie ma co raczej liczyć. Ludzie na których liczyłam, nie okazali się w ogóle zainteresowani moim przyjazdem, a pracodawcy... no cóż. 
W Polsce natomiast czeka na mnie własny kąt ze świeżo umytymi oknami i czystą pościelą, ukochane płyty Siesty stojące równiutko na półce, miękki koc z Ikei, portugalska kawa o poranku, ser koryciński z czosnkiem niedźwiedzim, najlepsze ekologiczne jajka, młoda kapusta kiszona, chrupiący chleb razowy, słodkie truskawki, zielone szparagi, placki z jabłkami mojej babci, bazar pod Halą Mirowską, plaża nad Wisłą, ulubione miejsca. Czekają na mnie znajomi, z którymi nie muszę chodzić do klubu i udawać, że bawi mnie bujanie się w rytm "I'm in love with a coco". Możemy umówić się na gotowanie, na spacer albo do kina. Czeka na mnie rodzina, którą kocham, nawet jeśli czasem mnie wkurza. Jeden brat rośnie, drugi bierze ślub, siostra w końcu mieszka w Warszawie, śniadania z mamą to mój ulubiony rytuał, obiady u dziadków zawsze pachną koperkiem, u taty szare psy doprowadzają mnie do szału, ale lubię pić z nim kawę na tarasie domu. I to wszystko chciałam zostawić dla .. właśnie, czego? Mieszkania na kupie jak za czasów studenckich, słabych telenowel rozgrywających się na moich oczach, pracy dla ludzi, którzy sami nie wiedzą o co im chodzi, korków, wilgotnych pomieszczeń i gościa, który ma w dupie, że o mały włos zginęłabym lub została kaleką pod jego dachem? Nie, to nie jest tego warte, szczególnie, jeśli nic i nikt na mnie na Malcie nie czeka. Wiem, że wszyscy "by wyszli i nic nie zapłacili", ale wolałabym, aby każdy się jednak wypowiadał będąc uczestnikiem takiej sytuacji w domu takiego człowieka, a nie teoretycznie. Czekałam 13 dni na wycenę, trzęsąc się jak osika i żyjąc w brudnym jak chlew mieszkaniu, w którym już postanowiłam niczego nie dotykać. Mając mało pieniędzy, bałam się je wydawać. Na szczęście w mojej byłej szkole wciąż uczy się kilka osób, które znam, mogłam z nimi spędzać czas i poznać kilka nowych, które pozwoliły mi przetrwać te ponure dni. Pogoda była raczej kiepska, woda zimna, a co sobie zaplanowałam, to nie wypalało. Pojechaliśmy na Food Festival - był odwołany, chciałam się wybrać na rejs, ale będzie od czerwca, chciałam na łódkę do Blue Grotto - było za wietrznie, chciałam pojechać do Hamrun, to kierowca się zgubił, chciałam pracować na laptopie poza domem, to ten nie łapał żadnego Wi-Fi poza siecią domową itd. Odliczałam dni do powrotu, ciesząc się jednak z czasu spędzonego z niektórymi osobami, a te spotkania znów pozwoliły mi spojrzeć na moje życie z zupełnie innej perspektywy. Kto wie, może to się wszystko wydarzyło, abym zrozumiała, jak dużo mam? 
Zapłaciłam, przebukowałam bilet i wróciłam do Warszawy. Powitałam moje mieszkanie z wielką, niespotykaną dotąd czułością. Zaczynam szukać pracy tutaj, na miejscu i będę gonić za marzeniami podróżując, odwiedzając rozrzuconych po świecie znajomych i wracać do miejsca, w którym jest wszystko, co kocham. Do Polski, która jest na tę chwilę moim domem. Malta była super przygodą i ważną lekcją życia, więc nie żałuję niczego, ale już czas otworzyć kolejny rozdział.

28 komentarzy:

  1. the grass is always greener on the other side...Po pierwsze: cud, że nic Ci się nie stało, aż mnnie zmroziło,jak sobie to wyobraziłam...Potem trafił mnie szlag, że ten facet jeszcze Cię za to skasował :-P Współczuję też traumy mieszkaniowej...Może jednak dobrze się stało, teraz możesz Maltę zostawić za sobą a nie zastanawiać się ciągle co by było gdyby... Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dokładnie tak jak mówisz. U sąsiada zawsze bardziej zielono ;) A poważnie to wszystko ma wady i zalety, więc warto sobie zarzucić małą analizę SWOT, żeby stwierdzić co warto a czego nie warto.

      Usuń
  2. Jak to mówią wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. I coś w tym jest. Przeżyć szybowo-brudowych współczuję. Ale tekst świetny! Powodzenia w szukaniu pracy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - sprawdzone czasem i potwierdzone własnym doświadczeniem. Welcome home i do rychłego zobaczenia!

    OdpowiedzUsuń
  4. O matko. Szczerze współczuję nieprzyjemnych przeżyć, zwłaszcza niebezpiecznej przygody z wanną, bo tak all in all to naprawdę miałaś dużo szczęścia, że nic Ci się nie stało.
    Ale... to nie jest tak, że tylko na Malcie szyby się tłuką, studenci syfią, a ludzie chcą Cię wycyckać. Mieszkałam w Warszawie w akademiku i potem w studenckim mieszkaniu i też miałam wiele przejść, zwłaszcza ze współlokatorami. Mieszkałam z psychopatką; religijną fanatyczką, która próbowała mi wmówić, że ta pierwsza jest opętana; złodziejką, która w zasadzie okazała się konkretną kryminalistką i skończyła w więzieniu; chorym psychicznie Ukraińcem, wymiary 2x2, który pewnego dnia zapomniał wziąc leków i wysikał nam się na środku pokoju, a potem wybiegł z mieszkania nago i tak biegał po Chomiczówce w środku zimy... Sama chciałam napisac o swoich przygodach w Wawie jeśli nie książkę, to przynajmniej dłuższą opowieśc ;)
    Ale nie o tym miałam... Wiesz, dla mnie Warszawa bywała takim piekiełkiem, z którego nie mogłam uciec. Gdy jeszcze studiowałam, wracałam na wakacje do domu, ale pamiętam swoje pierwsze pracujące lato w Wawie. Tęskniłam za rodzinnym Gdańskiem, za morzem, za lasem 5 minut od domu, nie wiedziałam gdzie uciec od gwaru i duchoty wielkiego miasta.
    Nie ma na świecie miejsc idealnych, każde ma swoje wady i zalety, wszędzie mogą nas spotkać różne przygody i wszędzie są różni ludzie - fajni i mniej fajni. Gdy podróżujemy, mamy skłonność do idealizowania pewnych miejsc, ale zwykle okazuje się, że im bardizej jest ono atrakcyjne turystycznie, tym cięższe jest życie codziennie ;) Ja mam tak z Lizboną, która zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, ale nie jestem pewna, czy chciałabym tam mieszkać. Choć nie ukrywam, że chodzą mi po głowie myśli podobne do Twoich o Malcie - popracować chociaż parę miesięcy... Zobaczymy :)
    Jak mówi moja Mama - nie ma tego złego. Widać Malta nie była Ci pisana, ale trzymam kciuki za dalsze losy i oczywiście będę śledzić na bieżąco!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Pewnie, że nie ma miejsc idealnych, ale po tej szybie po prostu zaczęłam na chłodno, bez emocji i bijącego serca analizować czy to wszystko ma sens. Wiesz, plusy i minusy Malty oraz Polski. Nasz piękny kraj też mnie doprowadza do szału, szczególnie w ostatnich miesiącach, ale mimo wszystko, mam tu dużo ważnych punktów zaczepienia. Z Malty najbardziej będzie mi brakowało: morza, 4 osób, małych sklepików, pasty z fasoli i uprzejmości kierowców, z którą spotykałam się bardzo często. To trochę za mało, aby robić rewolucję w swoim życiu, tak mi się wydaje. Co do mieszkania, to nieważne czy na Malcie czy w Polsce czy w Chinach, nie chciałabym mieszkać we współdzielonym mieszkaniu z osobami, których nie znam.

      Usuń
  5. Przykro mi, że miałaś 3 nieudane podejścia do Malty ale mam wrażenie, że sama sobie dużo rzeczy komplikujesz a na dodatek wprowadzasz ludzi w błąd np. "Za tłumaczenie kilku świadectw pracy i dyplomów musiałabym zapłacić ponad 800zł", a na co Ci to? Dokładnie pamiętam jak pytałaś ludzi na forum o to i każdy zgodnie stwierdził, że nie trzeba nic tłumaczyć. Pytałaś również o inne rzeczy a jak dostawałaś odpowiedź to ignorowałaś albo miałaś do wszystkiego kontrargumenty. Przepraszam, że to powiem ale nie da się pomóc komuś kto pomocy nie chce i wszystko wie najlepiej... Że nie było wi-fi, że autobus nie przyjechał, że festiwal odwołany - to jest MALTA. Również tego nie lubię ale tak tu jest, trzeba się przyzwyczaić albo właśnie uciekać :) Powodzenia i szczęścia w Polsce, życzę Ci jak najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na forum zadałam 2 pytania -> o dyplom/świadectwa i część osób napisała, że niepotrzebne, a część, że potrzebne (więc ciężko zgadnąć co mój ew. pracodawca by na ten temat myślał, więc musiałam się z koszmatmi liczyć, jeśli znajdę pracę) oraz o endokrynologa, gdzie znów część osób napisała, że mój lek na Malcie jest a część, że nie ma. O nic więcej nie pytałam, więc nie wiem o czym mówisz. Jedyne co ignorowałam i ignorować będę to sugestie, że mogłam zostać kelnerką na przeczekanie. Wifi akurat nie działało ze względu na mojego laptopa a o festiwalu nie doczytaliśmy na stronie, więc nie mam o to pretensji do Malty, raczej w formie żartu sugeruję, że nie dla mnie widocznie ta wyspa.

      Usuń
  6. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Na niespodziankę trafić można wszędzie, jednak post - zarówno opis jak i foty bardzo frapujacy 😃
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że wszędzie można trafić, ale czasem to już jest ta kropla, co przelewa czarę goryczy ;)

      Usuń
  7. Agnieszko! rzeczywiscie nie mialas fartu, ale musze z podziwem Ci powiedziec, ze bardzo dobrze piszesz, tak obrazowo, ze wszystko dokladnie moglam sobie wyobrazic i wejsc w Twoja sytuacje. MAlta jest malownicza, ludzie tam mieszkajacy specyficzni ale bardzo mili , ja mam same dobre wspomnienia, ale to ja turystka jednego tygodnia, pewnie inaczej to wyglada, kiedy chce sie tam zamieszkac i prowadzic codzienne zycie, tym bardziej ,ze chyba trafilas w niezbyt dobre miejsce a szklane drzwi Cie do niego jakby przytwierdzily...w przeciwnym wypadku pewnie poszukalabys sobie innego lokum. Ty jestes jednak czlowiekiem polnocy a Malta to poludniowcy, cos wiem na ten temat , mieszkalam i chyba mieszkam w Wenezueli.Powodzenia zycze!!!! i sciskam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Malta jest bardzo ładną wyspą, spotkałam się na niej z dużą uprzejmością (szczególne ukłony wobec kierowców autobusów) i spędziłam na niej bardzo dobry czas, ale po prostu nie widzę sensu mieszkania tam, pomimo pierwszej fascynacji. Widocznie to nie moje miejsce.

      Usuń
  8. Dzięki wszelkim przygodom, jakie tam przeżyłaś - jesteś bogatsza w nowe doświadczenia, a będąc tak długo na Malcie mogłaś dobrze poznać ludzi tam mieszkających. A przecież o to właśnie chodzi w naszym życiu i podróżowaniu.
    Czasem tak już jest, że pierwsza fascynacja ustępuje miejsca rozsądkowi.
    Jednak jestem przekonana, że będąc na Malcie niczego nie żałujesz.
    Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
  9. No i wychodzi na to, że wszędzie dobrze ale w domu jednak najlepiej... z tego wszystkiego śmiał się bardzo miejscowy koleś, z którym miałam tam kontakt. Pomyślałam sobie wtedy, że to nic nowego, u nas jest podobnie. A jednak...sama kiedyś myślałam o tym, by wyjechać, gdy przestało mi się tu układać. Ale... przemyślenia jednak podobne, mieszkać na pokoju wśród - jakby nie było obcych ludzi, sama, bez rodziny i przyjaciół. Pewnie, można zwiedzać okolicę, ale wakacje? Wtedy albo jedziesz gdzieś i podróżujesz ale tęsknisz za bliskimi albo po prostu ich w tym czasie odwiedzasz i nie podróżujesz. I wiele innych myśli na nie. Aga, trzymam kciuki i dzięki za szczerość, bardzo sobie to cenię w Twoich wpisach. Może książka to nie jest taki zły pomysł? Do pisania masz dar :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Inaczej zawsze wszystko wyglada z perspektywy turysty a inaczej z perspektywy emigranta ....

    OdpowiedzUsuń
  11. Niestety, kiedy mija pierwsze pozytywne oszolomienie krajem- przychodza rozczarowania, a decyzja o emigracji nigdy nie jest latwa. Mam nadzieje, ze znajdziesz sobie miejsce w Polsce, albo gdzies...

    A historie z Malty niesamowite i pewnie za pare meisiecy bedziesz sie z nich smiala co nie miara, bo wyglada jak neizwykla kompilacja nieszczesliwych zdarzen...

    OdpowiedzUsuń
  12. Wszedzie sa takie brudne mieszkania i niesprzatajacy lokatorzy... w kazdym kraju, w kazdym meiscie mozna na takich trafic, takze w Polsce. Widzialam to juz wiele razy, i te zbym nie chciala tak mieszkac. Ale jesli chodzi o inne rzeczy, to troche za bardzo narzekasz. Myslalas z ebedzie milo i pieknie jak na wakacjach, ale imigracja jest ciezka i trzeba wszystkie sily psychiczne zmobilizowac by przetrwac, oraz granice tolerancji w stosunku do ludzi baarrdoz ale bardzo przesunac - otworzyc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie widzę sensu się mobilizować i znosić rzeczy, które mi nie pasują, jeśli nie mam po co tam zostać bo nie znalazłam pracy. Jeśli miałabym poważny powód do emigracji, to bym pewnie zagryzła zęby i zniosła wszystko, ale skoro nie mam takiej potrzeby, to nie widzę sensu męczyć się na siłę. Wiem, ze wszędzie są takie mieszkania, ale w tym wypadku opowiadam konkretną historię z konkretnego miejsca.

      Usuń
  13. Piękne zdjęcia :) Ma Pani talent do uchwycenia tego co ulotne... :)

    OdpowiedzUsuń
  14. No coz nie zawsze wszystko od razu jest rozowe.. wszystko to moglo zdarzyc sie i w Polsce... Moim zdaniem troche za szybko podjelas deczyje o powrocie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy, najłatwiej się ocenia decyzje innych nie będąc na ich miejscu :)

      Agnieszko, a ja doskonale rozumiem Twoją decyzję, bo moja byłaby taka sama. Nie wiem czy miałabym cierpliwość czekać dodatkowe 2 tygodnie na wycenę! Jasne, że takie przygody mogą się zdarzyć wszędzie, co nie znaczy, że trzeba zawsze i wszędzie zaciskać zęby, bo "mogło być gorzej" albo "koleżanka miała taki niefart w Sztokholmie". Moim osobistym największym błędem był rok mieszkania w Warszawie - nie znoszę tego miasta i z radością je zostawiłam. Ale wiem, że dla wielu osób to miejsce marzeń albo chociaż mające punkty zaczepienia, których nie miało dla mnie (np. rodzina albo znajomi). Ja miałam tylko pracę i znajomych z pracy, no i męża tuż obok, który również nie był zachwycony ;) Z ulgą opuściliśmy to miasto i po raz kolejny się przekonałam, że nic na siłę. Można próbować, nawet trzeba! Ale kiedy coś po prostu nie działa to bez sensu jest się męczyć. Może uda się kolejnym razem w innym miejscu - tego Ci życzę :)

      Pozdrawiam,
      Kasia

      Usuń
    2. Wiesz, ja lubię Maltę, tylko że lubię też wiele innych miejsc. Tam chciałam zostać ze względu na to, że znalazłam w końcu zajęcie, w którym wiem, że bym się świetnie sprawdziła i byłoby dla mnie dodatkowym doświadczeniem. Poniewaz jednak pracy nie znalazłam, nie było sensu. Minęły kolejne dwa tygodnie już a wciąż żadna z tych firm nie odpisała na żadnego z kilku maili, które wysłałam, co jest dla mnie jedynie potwierdzeniem słuszności mojej decyzji.

      Usuń
  15. Mnie wydaje się,że czasami jednak trzeba być bardziej bezczelnym: właściciel mieszkania naraża zdrowie mieszkańców, a gdy dochodzi do wypadku, każe jeszcze płacić za szkody. Czy to normalne, że podczas czyszczenia wanny leci na kogoś gruba szyba? Moim zdaniem nie. Zazdroszczę czasami naszym rodakom, tego tak krytykowanego "cebulactwa", w pewnych sytuacjach taka "cebulacka" bezczelność się przydaje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety nie umiem jeszcze być bezczelna na tyle, ale się uczę :D

      Usuń
  16. ludzie często proponują i obiecują różne rzeczy odruchowo lub "bo tak wypada". Niestety gdy ktoś faktycznie chce skorzystać z propozycji wówczas przestają odbierać telefony, kontakt się urywa. Też nie rozumiem takiego zachowania. Słowo zaczyna mieć coraz mniejsze znaczenie, ludzie mówią dla samego mówienia... Przekonałam się "jak to działa" i nie słucham podobnych deklaracji. Stare polskie powiedzenie "umiesz liczyć licz na siebie" okazało się niezastąpione. Kasiu wszystko ułoży się lepiej niż sobie wymarzyłaś, niedługo sama się przekonasz. Wysyłam mnóstwo pozytywnych fluidów i trzymam kciuki.(mnie z ukochanej Warszawy wygnało na Dolny Śląsk, na wieś - prawie jak skok bez spadochronu :-)). Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak może być.... ale to już bez znaczenia. Coś, gdzieś czeka, na pewno! Dziekuję!

      Usuń

TOP