3.8.16

Czy istnieje życie po Malcie?

Czytałam ostatnio przed snem magazyn Lente. Jeden, zupełnie niepozorny artykuł ozdobiony burymi zdjęciami, ujął mnie szczególnie. Tak bliski mojemu sercu, że miałam wrażenie, iż czytam o sobie. Autorka opowiadała w nim o czasie, który spędziła kiedyś w Neapolu. A może raczej o tym, jak zaczęła odbierać swoje rodzinne miasto wtedy, gdy z niego wróciła.
W Neapolu nie do końca jej wyszło. Doskwierały samotność, brak pracy, lekkie poczucie wyobcowania. Jak sama mówi, wróciła do Polski ze wstydem przeplatanym ulgą. Nigdy nie lubiła Warszawy, źle się w niej czuła i chciała wyjechać na południe Europy. Dopiero będąc daleko od domu poczuła, że ma za czym tęsknić - za Wisłą, stoiskami z tanimi książkami, ofertą kulturalną, ulubionymi knajpami, przyjaciółmi i rodziną. Po włoskim chaosie potrzebowała stabilizacji, którą Polska mogła jej zaoferować.

U mnie było podobnie. Przed wyjazdem na Maltę marzyłam, żeby wyjechać z Polski. Irytowało mnie tutaj dosłownie wszystko. Warszawę lubiłam, ale bez większego sentymentu. U sąsiada trawa była zawsze bardziej zielona, a za granicą lepiej i ciekawiej. Uciekałam z mojego mieszkania jak najczęściej, bo nie było takie jak chciałam, a przebywanie w nim przepełniało mnie smutkiem. Goniłam za innym, nieznanym. Ciągle w rozkroku pomiędzy teraźniejszością, a przyszłością, przy okazji nieco zablokowna przeszłością. Zawieszona między tym, co jest, a tym, czego bym chciała. W grudniu minionego roku byłam na skraju wytrzymałości. Czułam, że jeśli natychmiast nie wyjadę, to rozsypię się na miliony kawałków.

Spakowałam dotychczasowe życie w dwie walizki - jedna poleciała ze mną na Maltę, drugą zostawiłam w mieszkaniu. Zamknęłam za sobą drzwi. Nawet nie spojrzałam na puste szafy, komody i półki. Miałam nadzieję, że nie wrócę. Patrząc na to z perspektywy czasu wiem jednak, że nie chodziło o to, żeby tam zostać, ale żeby nie musieć wracać do starego życia. Kiedy leciałam do Polski po dwóch miesiącach, przepłakałam całą podróż. Nie z tęsknoty za wyspą, ale na samą myśl o Warszawie. Kolejny miesiąc był straszny - nie chciałam być tutaj, obsesyjnie szukałam na Malcie pracy, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. W maju znowu spakowałam walizkę i poleciałam. Co było dalej, wie większość z Was (a kto nie wie, wciąż może przeczytać ten wpis).

Uważam, że te ostatnie tygodnie spędzone w Sliemie były bardzo oczyszczające. Kilka bardzo ważnych rozmów i zdarzeń, które pozwoliły mi docenić to, czego wcześniej nie umiałam dostrzec. Wracałam do domu szczęśliwa, bez poczucia porażki. Cieszyłam się na spotkanie ze wszystkimi, którzy wcześniej doprowadzali mnie do szału. Zaplanowałam remont mieszkania, aby stało się bardziej "moje" i dawało mi więcej komfortu na co dzień. Zadałam sobie pytanie, które znajomości dają mi siłę, a które podcinają skrzydła i mocno te ostatnie ograniczyłam. W marcu na myśl o powrocie do biura podróży dostawałam z nerwów rozstroju żołądka, a w czerwcu zgodziłam się popracować w jednym przez wakacje. Okazało się, że z lepszym nastawieniem mogę zrobić obrót jakiego nie widziałam od lat, a klienci są w sumie fajnymi ludźmi. Dojeżdżam do pracy 2h, spędzam w niej 10h i 2h wracam. Wcześniej bym się nawet na to nie zgodziła, a teraz mimo zmęczenia, traktuję to jak stan przejściowy. Staram się dobrze wykorzystać każdą wolną sekundę, jestem spokojniejsza. Mam więcej odwagi, przestałam się biczować za różne niepowodzenia i słabości. O wiele łatwiej znoszę rozczarowania, traktując je jako normalny element życia. Jakby tego, co dobre było mało, to... pokochałam Warszawę. Oszalałam na jej punkcie. Wychodzę rano, jadę do pracy i myślę "Ale mam szczęście". Za oknami autobusu widzę Ogród Saski, Grób Nieznanego Żołnierza, przepiękne Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, Plac Trzech Krzyży, Łazienki, pałac w Wilanowie. Czasem wstaję wcześniej, żeby przejść się jeszcze po parkach czy ulicach, trochę zresetować głowę i myśli. Zachwyca mnie wszystko.

Piszecie do mnie często, że chcecie coś zmienić, ale nie wiecie jak. Pytacie jak znaleźć siłę i moc, aby zrobić ten pierwszy krok. Nie wiem. Ja zrobiłam go w chwili, w której straciłam całą energię. Po prostu czułam, że walę głową w mur i nie mogę przebić, więc go przeskoczę albo zostanę pod nim na zawsze, a tego bym nie zniosła. Ryzykowałam bardzo dużo, wciąż w sumie nie mam pewności co będzie dalej. Myślę, że jednak zawsze warto spróbować. Kto ma pewność dokąd ta droga nas zaprowadzi? Nikt. Ja wiem jednak, że mimo, że nic nie wyszło tak, jak planowałam to jestem dziś szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej. Życie po Malcie istnieje, a ona powoli staje się nieco wyblakłym kadrem z przeszłości. 

23 komentarze:

  1. Interesujący wpis. Sama osobiście wolę unikać zatłoczonych miejsc, aczkolwiek dla takich widoków, warto i to przeboleć ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo budujący wpis. Wydaje mi się, że niektóre osoby na siłę chcę zostać za granicą, żeby nie przyznać się do "porażki". Bo nie mają dobrej pracy, bo im się nie udało, bo tęsknią. Ale to przecież nie powód do wstydu :) Moim zdaniem zawsze takie osoby wracają silniejsze o nowe doświadczenia i powinny mieć głowę wysoko podniesioną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja nie starałam się i ... cieszę się dziś z tego tak bardzo <3

      Usuń
  3. Wszystko się dzieje po coś, pamiętaj!

    OdpowiedzUsuń
  4. Czasem trzeba coś stracić, żeby coś zyskać. Ja szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie wyjazdu na stałe. Bardzo tęskniłabym za Polską i wszystkimi jej atrakcjami. Wszystko zależy od osobowości człowieka. Jeden jedzie i świetnie się odnajduje, a inny tęskni i nic tego nie zmieni. No i oczywiście nie ma się czego wstydzić, kiedy na obczyźnie nie wychodzi. Najważniejsze to dobrze czuć się z samym sobą.
    Powiedz mi coś o Lente. Czy prenumerujesz, czy też kupujesz na bieżąco. Jaka jest cena i czy warto inwestować w ten magazyn. Wydaje się być bardzo interesujący.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygrałam Lente w konkursie, można go zamówić przez stronę http://lente-magazyn.com/sklep/ stare numery kosztują 60zł, w przedsprzedaży 45zł. Ja mam wobec niego mieszane uczucia, trochę nie tego się spodziewałam. Widziałam tylko pierwszy numer, pewnie nieco eksperymentalny, więc chętnie zobaczę za jakiś czas kolejne, dla porównania, aczkolwiek jest to magazyn poza moim budżetem, więc nie będe kupować.

      Usuń
  5. Bardzo motywujący wpis :) Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten wyjazd był dla mnie jak początek i koniec wszystkiego. Wszystko co miało miejsce na Malcie przypominało egzystencję w jakimś alternatywnym świecie. Minęło ponad pół roku, a ja wciąż odczuwam skutki. Ten wyjazd był pełen sprzecznych emocji. Do bólu piękny i smutny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie życie już zawsze będzie tym PRZED MALTĄ i PO MALCIE. na tę chwilę wszystko co PO, jest znacznie lepsze... :)

      Usuń
  7. Dobrze jest pogodzić się z tym co mamy, ale nie dlatego, że musimy, ale dlatego, że w końcu zaczyna nam z tym być dobrze ;)
    Mam nadzieję, że dalej tak będzie.
    Ale naprawdę udało Ci się spakować w DWIe (tylko) walizki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha tak, ale bardzo duże (ok. 35kg). Nie liczę garnków i rzeczy, które zamierzałam zostawić w mieszkaniu jakbym je wynajmowała (pościel, ręczniki, obrusy, lusterka, lampki itd), tylko przedmioty osobiste (ubrania, buty, kosmetyki, wszelkie płyty, książki, gadżety, pamiątki)

      Usuń
  8. Bo zmiany trzeba zacząć od siebie, od tego co w nas siedzi ... swoje nastawienie i myślenie, a wtedy nasze spojrzenie zapatrywanie na wiele spraw się zmieni, odmieni na ... lepsze. Bo jak widzi się szarość to nikt za nas tego nie odczaruje, nie pomaluje. Lubię czytać takie wpisy, że warto i da się, trzeba tylko chcieć. Gratuluje siły i odwagi!

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetny wpis! Czasem szybkie i niespodziewane decyzje są lepsze od ciągłego zastanawiania się oraz przemyślania wszystkich za i przeciw.

    OdpowiedzUsuń
  10. Super, że udało ci się znaleźć bodziec, który pomógł zmienić ci coś w swoim życiu. Często brakuje nam odwagi, aby zrobić pierwszy krok, a potem brakuje nam odwagi, żeby przyznać, że się nie udało i wrócić. Świetnie, że tobie udały się obie te rzeczy i pomogły ci inaczej spojrzeć na rzeczywistość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, zupełnie inne spojrzenie na wszystko. Było warto :)

      Usuń
  11. Aga, dzięki za wpis pełen przemyśleń i dzielenia się sobą!
    Gdybyś miała teraz ocenić, tak realnie, to powiedz, gdzie żyje się prościej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pytanie co dla kogo znaczy "prościej". Na Malcie życie ma nieco wolniejsze tempo, żyje się po prostu inaczej, mniej niecierpliwie, na wiele rzeczy nie ma się wpływu (np. na komunikację miejską), dzięki klimatowi więcej czasu się spędza na zewnątrz, co dla mnie jest wielką zaletą. W Polsce łatwiejsze są dla mnie zakupy, bo jest wszystko co lubię (warzywa, owoce, kasze, orzechy, nabiał wysokiej jakości), a jedzenie jest dla mnie bardzo ważne. Myślę, że u nas pewne zasady są też jaśniejsze - szukanie pracy jest konkretne, a nie lanie wody na rozmowach, mydlenie oczu tygodniami i ciągłe znaki zapytania... każde miejsce ma plusy i minusy.

      Usuń
  12. Ciekawe posty, też uwielbiam podróże! Zapraszam na mój nowozałożony blog http://mundomodamargarita.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja ostatnio też często zastanawiam się, co bedzie dalej... Ale może warto cieszyć sie tym co jest Tu i Teraz...? :)
    Pozdarwaim!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biorąc pod uwagę, że za 3 tygodnie zostanę bez pracy to jednak muszę się zastanawiać ;)

      Usuń
  14. trzeba działać nawet jak w środku wszystko dygocze ze strachu. Najgorsze co można zrobić to siedzieć bez ruchu. Otaczaj się ludźmi, którzy nie szukają wymówek, aby coś zmienić. Takie "negatywne komentarze" potrafią zablokować najfajniejszy pomysł. Powodzenia! Wiem, że się uda.

    OdpowiedzUsuń

TOP