18.4.17

Radość z małych rzeczy

Mam nadzieję, że Świąta minęły Wam w pełnej spokoju i szczerej radości atmosferze, bez niepotrzebnych sporów czy kłótni i bez zbędnego przepracowania. Ja miałam "wolną chatę", bo Marek spędzał te dni w domu rodzinnym. Podzieliłam czas pomiędzy spotkania z najbliższymi, czytanie książek i leniwy odpoczynek. W sobotę zaniosłam w imieniu babci koszyczek wielkanocny do święcenia. Młody, entuzjastyczny ksiądz po wyrecytowaniu standardowej modlitwy dodał kilka spontanicznych słów od siebie. O tym, że koniec zawsze jest też jakimś początkiem i o tym, że zawsze warto żyć godnie, doceniać małe szczęścia, a swoim postępowaniem dawać pozytywny przykład. Prosił, aby pamiętać, jak wiele w życiu jest rzeczy, które są godne uwagi i dłuższej lub krótszej chwili zachwytu. W minione dni starałam się czerpać radość z chwil spędzonych przy stole z rodziną, ciesząc się, że wciąż jesteśmy razem. Postawiłam przy laptopie wazon z żółtymi tulipanami i uśmiechałam się za każdym razem spoglądając w ich kierunku. Poświęciłam dłuższą chwilę na przejrzenie zdjęć z kilku podróży i poczułam wdzięczność za te wszystkie momenty, które mnie czegoś nauczyły, pozwoliły poznać nowe miejsca oraz wartościowych ludzi. Wyjęłam z kuchennej szafki najładniejszą filiżankę i wypiłam w niej poranną kawę. Obejrzałam internetowy album z fotografiami szczeniaków, które urodziły się suczce mojego taty i ucieszyłam na myśl, że za tydzień zobaczę je na żywo. Uprasowałam stertę ubrań oglądając jakiś lekki film i doceniając fakt, że mam co i dla kogo prasować. Że mam dach nad głową w czasie wiatrów i chłodów, a w moim mieszkaniu, chociaż małym i ciasnym, jest miejsce na miłość i szacunek. A ja mam na kogo czekać, nawet jeśli zawsze się martwię, gdy ten ktoś jest w drodze powrotnej do domu. Wyjęłam kolorowe serwetki i nowy obrus, wpuszczając tym samym więcej kolorów do salonu. Wymieniłam zdjęcia w sypialni na takie, które każdego dnia będą przypominać mi najlepszy urlop na Lefkadzie. Usmażyłam francuskie naleśniki zamiast napychać się świątecznym ciastem na które nie miałam ochoty. Założyłam  lekką sukienkę w wiosenne kwiaty i pomalowałam usta na bladoróżowy kolor. Poczułam się fajnie, pomimo, że byłam zupełnie sama. Odłożyłam na bok nierealne na tę chwilę marzenia o dalekich podróżach i przygotowałam listę miejsc w Polsce, które chciałabym odwiedzić tego lata. Zamówiłam ostatnią partię prodktów, które będą mi potrzebne do nauki tworzenia dekoracji do mieszkania, których od jakiegoś czasu nigdzie nie mogłam znaleźć. Uznałam, że skoro nie mogę kupić tego, czego chcę, to zrobię to sobie sama, ot co! Siedziałam przy komputerze odczuwając ulgę, że po wielu latach w końcu mam w mieszkaniu Wi-Fi zamiast ciągle rozłączającego się modemu, który doprowadzał mnie do szaleństwa. Tyle drobiazgów, pozornie nieistotnych, dało mi siłę i wprawiło w dobry nastrój. Chciałam o tym napisać, ale wtedy znienacka do drzwi zapukał On, więc stęskniona rzuciłam się mu na szyję. Małe szczęścia. Więcej nie trzeba, aby kochać życie każdego dnia, prawda?

13.4.17

Wiosna w Powsinie i beza w Konstancinie

Wydawało się, że wiosna już jest z nami. Słońce wyszło zza chmur i kusiło jasnymi promykami. Błękit nieba przyprawiał o zawrót głowy, podobnie jak zapach pierwszych kwitnących drzewek. Wyciągnęłam z szafy lekkie balerinki, odwiesiłam ciepłą kurtkę. I się zepsuło! Udało nam się jednak trochę wiosny złapać w miniony weekend. 
Od lat nie byłam w ogrodzie botanicznym w Powsinie. Planowałam ten wypad co roku, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Niby blisko, ale wiosna to zwykle czas rozjazdów i łatwo ominąć rozkwit magnoliowych drzew.
W tym roku wiosna przyszła trochę wcześniej i pierwsze pąki zaczęły się pojawiać już kilkanaście dni temu. Potem wystarczyło kilka dni ładnej pogody, aby gałęzie zaczęły się uginać pod ciężarem białych i bladoróżowych kwiatów. Śledziłam na bieżąco wszystkie aktualizacje na stronie ogrodu i uznałam, że tej wiosny muszę tam dotrzeć. 
Nie ma się co czarować - początek kwietnia to nie jest jeszcze czas zieleni i pełnego rozkwitu roślin, ale spacer udał się wspaniale. Pogoda dopisała - kilkanaście stopni na termometrze i delikatny wiatr. Drzewa póki co budzą się do życia raczej nieśmiało, ale udało nam się zaobserwować kilka barwnych okazów. 
Na szczęście w Powsinie na odwiedzających czeka też całkiem okazała szklarnia z roślinami tropikalnymi i subtropikalnymi. Tam bujnej, nasyconej zieleni nie brakuje, a przeróżnych kwiatów i owoców jest dużo.
Ogród szczyci się największą w Polsce kolekcją cytrusów (m.in. pomarańcze, limonki, mandarynki, cytryny i inne). 
Rosną tam również figowce, bananowce, ananasy, bambusy, kamelie japońskie, oleandry, hibiskusy i wiele innych. Latem można podziwiać bugenwille i chociaż na chwilę przenieść się myślami na gorące południe Europy.
Lubię ten zakątek ogrodu. Jest w nim ciepło, słonecznie i zawsze można znaleźć miejsca w których nie ma praktycznie nikogo. Nawet o tej porze roku szklarnia cieszy oczy pięknymi kolorami. 
Lubię też część poświęconą florze naszego kraju ze wzniesieniami prezentującymi roślinność tatrzańską. To fajny widokowo teren, w mojej opinii idealny do odpoczynku. Zachęca, aby usiąść, zjeść kanapkę i cieszyć się chwilą. 
Jedną z głównych atrakcji jest Arboretum (swoją drogą pamiętacie to w Wojsławicach w odsłonie majowej?). Znaleźć w nim można m.in. drzewa magnoliowe, azalie i różaneczniki, cisy. Kiedyś miałam okazję podziwiać magnoliowy sektor w czasie pełnego rozkwitu - zachwycał. Teraz też było ładnie, ale kwitły pojedyncze drzewa. 
Po dłuższym zwiedzaniu ogrodu postanowiliśmy jeszcze podjechać do Konstancina - Jeziornej. Tam akurat nie byłam nigdy (nie licząc krótkiej wizyty na rozmowę kwalifikacyjną kilka lat temu na którą jechałam 2.5h i wiedziałam od razu, ze na pewno tej pracy nie podejmę). Tym razem zamiast centrum chciałam zobaczyć Park Zdrojowy. 
Muszę przyznać, że jest on duży i na pewno latem musi robić duże wrażenie. Nawet o tej porze roku jest idealny na weekendowy relaks, niespieszne spacery, jazdę na rowerze lub rolkach albo odpoczynek w Tężni Solankowej. Na terenie parku wybudowano otwarty amfiteatr, a na jego obrzeżach znajduje się okazały Konstanciński Dom Kultury. 
Tuż po sąsiedzku przepływa rzeka Jeziorka z przerzuconym przez nią Mostem Parkowym. Latem park tonie wręcz w zieleni, w kwietniu było jeszcze zimowo i trochę szaro, chociaż i pomimo tego sympatycznie. 
Urzekła mnie budka z której można pożyczyć książkę, a po przeczytaniu ją zwrócić. Albo przynieść własną, która kurzy się na półce. Praktycznie cały czas ktoś był w środku i z zainteresowaniem przeglądał dostępne tytuły. 
Ostatnim punktem naszej małej wycieczki była wizyta w Beza Cafe. Słyszałam wiele dobrego o serwowanych tam bezach, ale nie sądziłam, że porcje są tak ogromne! Jedną za 15 zł mogą się najeść dwie niezbyt głodne osoby, traktując ją jak przyzwoitych rozmiarów deser. Zamówiliśmy wersję z wiśniami i marakują - obydwie było idealnie słodko - kwaśne, chociaż bardziej smakowała nam ta pierwsza. Jeśli będziecie w okolicy - warto spróbować!

6.4.17

Konkurs z latarnią morską w tle!

Miniaturki latarnii morskich dekoracje
 WYNIKI KONKURSU 

Dziękuję Wam za wszystkie zgłoszenia, czytałam je z przyjemnością. Odpowiedzią, która skradła moje serce od pierwszej sekundy jest ta od Katarzyny, której chciałabym przekazać torbę i z którą skontaktuję się mailowo. Ponieważ zaczęłam się uczyć kolejnych nowych rzeczy to niewykluczone że w tym roku jeszcze jakieś konkursy z przedmiotami handmade się pojawią. Poniżej nagrodzony komentarz: 

"Morze przybliża mnie samą. Patrząc na horyzont, na fale odbijające się o brzeg, Słońce przeglądające się jak w lustrze, to wszystko skłania się ku refleksji nad tym kim, jestem. Pozwala zatrzymać się i odpocząć. Refleksja połączona z afirmacją życia, tego nie zastąpi nikt i nic. Daje ukojenie w smutku i radość z tego, że zarówno ono jak i ja należymy do natury. Uwielbiam morze, bo pozwala mi zajrzeć w głąb samej siebie, i jak dobry przyjaciel, który służy ramieniem, daje oparcie siłę na to,aby spojrzeć na pewne rzeczy z dystansu i spokojem." 

                                                                               ------------------------

Przez ostatnie lata moje zainteresowania kręciły się głównie wokół podróżowania (aktywnego i biernego - czytania blogów i planowania wyjazdów) oraz fotografii. Tej wiosny postanowiłam sobie, że w końcu nauczę się czegoś nowego, zupełnie z tym niezwiązanego. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i w marcu zapisałam się na sitodruk.
Sitodruk projekty
Powiem wprost - nie miałam pojęcia o co w tym chodzi. Wyskoczyła mi reklama na stronie dzielnicowego Centrum Kultury, a że pociągały mnie właśnie zajęcia plastyczne to postanowiłam spróbować. Prowadzący był trochę zdziwiony słysząc, że nie wiem czym sitodruk jest i że przyszłam tak w ciemno. Pierwsze zajęcia (bardzo teoretyczne) strasznie mi się dłużyły i przez chwilę miałam wrażenie, że jestem na to zbyt niecierpliwa. Poza tym nie miałam pomysłu do czego mogłoby mi się to przydać i co powinnam w efekcie końcowym przygotować.
Sitodruk jest popularną metodą pozwalającą na wykonywanie powielonych nadruków (na papierze lub materiale) przy użyciu siatki sitodrukowej i farb. Proces jest dość czasochłonny i składa się z wielu etapów jak: przygotowania i odtłuszczenia siatki, pokrycie jej emulsją światłoczułą, przygotowanie wzoru do drukowania (na folii lub kalce technicznej), naświetlenie sita, dokładne wypłukanie go pod ciśnieniem, wysuszenie i ponowne doświetlenie, a potem już drukowanie. Przy każdej zmianie koloru farby sito trzeba dokładnie umyć i ponownie wysuszyć suszarką do włosów. Ufff.... Jestem osobą, która lubi widzieć szybki efekt swojej pracy, więc bałam się, że szybko się zniechęcę. Na szczęście nie miałam racji i trwające 3 godziny zajęcia mijały mi ekspresowo!
Sypialnia marynistyczna
Po pierwszych wróciłam do domu i zaczęłam intensywnie zastanawiać się jaki wzór chcę stworzyć oraz do czego go wykorzystać. Odpowiedź przyszła sama jak tylko weszłam do sypialni. Od zawsze miałam słabość do wszystkiego, co ma jakiś związek z morzem. Plaże, fale, wszystkie odcienie turkusu, granatu i błękitu, morskie latarnie, mewy, statki, kotwice. Połączenie białego z niebieskim przenosi mnie myślami nad Morze Śródziemne, daje poczucie spokoju i odprężenia. Im jestem starsza tym chętniej się tymi kolorami otaczam (ubrania, dodatki, dekoracje wnętrz). Pomyślałam o białej latarni morskiej na niebieskim tle. Ponieważ dość dawno nie rysowałam nic odręcznie to nie wyszła ona tak doskonale jakbym sobie tego życzyła, ale jest moja i jestem z niej bardzo dumna!
Od dawna myślałam też o logo na bloga z latarnią morską, ale na profesjonalne od grafika mnie nie stać. Do samodzielnego stworzenia go zainspirowała mnie EdiPassione. Do ideału mu daleko, ale mi się podoba. Finalnie na warsztatach udało mi się stworzyć kilka toreb z motywem latarni i jedną z nich chętnie się z kimś podzielę. Mam nadzieję, że nadruk nie zniknie po pierwszym ręcznym praniu - starałam się go dobrze zaprasować, ale... :) 

KONKURS DLA MIŁOŚNIKÓW MORZA

Jeśli chcesz zostać właścicielem torby to opowiedz mi za co najbardziej lubisz morze albo ocean. Temat jest bardzo luźny - ulubione miejsce, jakieś nadmorskie wspomnienie, smak, zapach, widok, emocja. Na odpowiedzi w komentarzach (anonimowi proszeni o podanie adresu e-mail) czekam do 13.04.2017 do północy. Mam wielką nadzieję, że znajdzie się chociaż jedna osoba chętna przejąć moje pierwsze, skromne rękodzieło. Powodzenia!

30.3.17

Kolorowa wyspa Burano - hit czy kit?

Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia z Burano na blogu Kasi miszkającej w Bretanii. Wyspa wydała mi się bardzo nienaturalna i sztucznie wykreowana przez ludzi na potrzeby turystyki. Trochę jak hiszpańskie miasteczko Mijas Pueblo, które odwiedziłam jakiś czas temu - niby jest ładnie i kolorowo, ale coś tu jednak nie gra. 
W czasie mojego wrześniowego wypadu do Włoch spędziłam w Wenecji 2.5 dnia. Nie planowałam zwiedzania innych wysp Weneckiej Laguny, ale Lara u której nocowałam się uparła. "Anieska, you have to!" wykrzyknęła tonem nieznoszącym sprzeciwu, gdy zaproponowałam żebyśmy jednak darowały sobie te jakże popularne miejsca.
Lara mieszka w Wenecji od kilku lat i pracuje jako "tour leader". To stanowisko zbliżone do pilota wycieczek, ale zawiera też bardziej przyziemne elementy związane mocniej z pracą rezydenta (np. odbieranie grup z lotniska, kwaterowanie ich w hotelach, zamawianie dla nich dodatkowych wycieczek i usług jak wodne taksówki itp.). Lara studiowała w Bolonii i jest wielką miłośniczką swojego kraju, a przy tym niezwykle pozytywnym człowiekiem. 
Okolice Wenecji nie mają dla niej większych tajemnic, zna je bardzo dobrze, więc skoro się uparła, że musimy koniecznie odwiedzić wyspy Burano, Murano i Torcello to musiałam jej zaufać. Czy dobrze zrobiłam?
Miałam dość ponurą minę widząc tłum, który płynał z nami tramwajem wodnym vaporetto. Kiedy ci wszyscy ludzie wyszli na brzeg, miałam ochotę uciec. Lara zabroniła, więc chociaż ukradkiem sprawdziłam godziny powrotów. 
Jakie jest Burano? Na pewno miłe dla oka, niezwykle kolorowe i pozytywne. Smutku, szarości i bylejakości tam się nie uświadczy. Barwy są intensywne, nasycone. Połączenia kolorów kontrastowe i na swój sposób intrygujące.
Pewnie już czytaliście w tysiącu miejsc o tym, że domy na wyspie Burano były kiedyś malowane na różnorodne kolory, żeby wypływający w morze rybacy bez problemu mogli odnaleźć swoje miejsce zamieszkania w każdych warunkach pogodowych i o każdej porze dnia lub nocy. Teraz tak zostało bardziej dla zadowolenia turystów. 
Wyspa jest fotogeniczna i ciężko schować aparat chociaż na chwilę. Każda uliczka czy placyk są inne, a podwórka i zakamarki kryją liczne sekrety oraz niespodzianki. Mieszkańców nie widać zbyt wielu, pewnie obecnosć turystów w tym samym czasie ich cieszy, co męczy. Wyspa jest mała, więc tłumy są odczuwalne.
Tym, co bardzo się rzuca w oczy jest ogromna ilość sklepów z "mydłem i powidłem". Mnóstwo kiepskiej jakości pamiątek i tandetnych rupieci oraz koronek maszynowych. Restauracje też niestety czysto turystyczne. 
Kiedy płynęłyśmy na Burano, Lara powiedziała, że muszę spróbować lokalnego specjału - ciastek o nazwie essi. Mają one kształt litery S i jak dla mnie smakują jak każde inne ciastka maślane. Ponieważ mają długą datę przydatności do spożycia (piecze się je z mąki, jajek, masła i cukru, z aromatem rumu, wanilii lub cytrynowej skórki) to żony rybaków piekły je dla swoich mężów "na drogę". Dzisiaj serwuje się je w okolicach Wielkanocy.
Pomimo, że można je kupić w wielu cukierniach na Burano, Lara i jej przyjaciel upierają się, że najlepsze serwują w malutkim przybytku o nazwie Panificio E Pasticceria Pavan Sara pod adresem 282 Sestiere S. Martino Sinistra. Przyznaję, że były całkiem smaczne, chociaż ja akurat wielką miłośniczką wypieków maślanych nie jestem. 
Burano słynie również z koronek, a tradycja ich tworzenia jest naprawdę długa. Dawniej przekazywana była z pokolenia na pokolenie, matki uczyły swoje córki i wnuczki. W jednej z uliczek spotkałyśmy starszą panią, która siedziała na rozkładanym krześle i dziergała mały fragment przy użyciu szydełka. Lara od razu zaczęła rozmowę. 
Okazało się, że pani jest jedną z ostatnich żyjących na wyspie osób, które zajmują się tworzeniem koronek. Każda z jej koleżanek specjalizuje się w innym ściegu i wspólnie tworzą różne małe, plecione cuda. Po krótkiej rozmowie pani zawołała jedną z sąsiadek, a ta przyniosła z domu sporej wielkości pudełko pełne ręcznie robionych serwetek, kolczyków, kołnierzyków i innych drobiazgów. Byłam zaskoczona, gdy okazało się, że niewielki motylek (wielkości 1/3 mojej dłoni) przez kilka dni robiło aż 5 osób! Cena oryginalnego, robionego ręcznie to około 50 EUR. W większości sklepów z pamiątkami na wyspie kosztują one 5-10 EUR i z rękodziełem niewiele mają wspólnego. W trakcie rozmowy podeszły jeszcze dwie koleżanki starszej pani i zrobiło się głośno, wesoło. Turyści skuszeni radosnymi dźwiękami zaczęli podchodzić i oglądać przyniesione z domu koronki. Pani była zachwycona, gdyż w krótkim czasie, zupełnie niespodziewanie sprzedała cztery pary malutkich kolczyków-kwiatków po 15 EUR.
Na Burano spędziłyśmy około dwóch godzin, z czego ponad pół godziny z panią koronkarką. Rzeczą, która przykuła moją uwagę były drzwi domów ozdobione niebieskimi kokardami. Widziałam je na kilku i spytałam Larę o co chodzi. Poprosiła, żebym podeszła bliżej. Okazało się, że przy każdej kokardce znajduje się kartka z męskim imieniem i datą. W ten sposób Włosi w wielu miejscach informują lokalną społeczność o narodzinach syna (w przypadku dziewczynki kokardka jest różowa, ale nie widziałam żadnej). Większość młodych ludzi szybko opuszcza wyspę. Wyjeżdżają do Wenecji lub pobliskich miast, które dają więcej możliwości pracy, nauki i rozwoju. 
Muszę przyznać, że nie żałuję wypadu na Burano. Lara miała rację - będąc w Wenecji warto zobaczyć coś poza Wenecją. Mojego serca wyspa nie skradła, ale jest bardzo urokliwa. Najlepiej przypłynąć tu rano, gdy nie ma jeszcze tłumów turystów i uciec przed lunchem, bo wydaje mi się, że ciężko tam o miejsce z dobrym, lokalnym jedzeniem (mogę się jednak mylić). Ciekawa jestem czy byliście tam kiedyś i jakie są Wasze odczucia?

27.3.17

O podróżniczych emocjach i planach

Wczoraj znalazłam na mailu spam o jakże wdzięcznym temacie "Oczekiwanie na wyjazd - Agnieszka, pamiętasz jakie to wspaniałe uczucie?". Uśmiechnęłam się, a później westchnęłam, bo te emocje nie wrócą do mnie prędko.

Pamiętam jednak te uczucia doskonale. Najpierw jest dzika ekscytacja, gdy niespodziewanie pojawi się bilet w fajne miejsce za jakieś rozsądne pieniądze. Potem nerwowe szukanie karty płatniczej w odmętach portfela (zawsze wówczas musi gdzieś się zapodziać!) z nadzieją, że nikt mnie nie uprzedzi. Następnie uczucie ulgi, gdy potwierdzenie rezerwacji spływa na pocztę. Szukanie noclegów to czasami czynność łatwa i bezproblemowa (gdy szybko uda się dorwać dokładnie to, co nam odpowiada), ale bywa też dużym wyzwaniem (kiedy ceny najtańszych noclegów przekraczają wstępnie założony budżet na cały wyjazd). Ostatni etap - przygotowanie do wyjazdu i ustalanie trasy to niekończące się pasmo czystej przyjemności. Zazwyczaj zbieranie informacji o odwiedzanym miejscu zajmuje znacznie więcej czasu niż sam wyjazd. To takie przedłużenie podróży, które  wręcz uwielbiam.
Przez pięć pierwszych lat prowadzenia bloga byłam nieustannie w drodze. Większość wolnych weekendów spędzałam poza domem, do tego dochodziły dłuższe urlopy. Liczne powroty do Portugalii, ale też wykreślanie miejsc z mojej Listy Marzeń. Oznaczało to wiele poświęceń finansowych o których pisałam w poście "Jakim cudem tak często wyjeżdżasz?", ale też brak czasu na zwyczajne nicnierobienie. Nie żałuję. Wówczas najlepiej odpoczywałam wyjeżdżając, organizm cudownie regenerował się sam, zmęczenie było mi obce. Myślę, że wykorzystałam najlepiej jak się dało czas i pieniądze, które tak skrupulatnie odkładałam. Zwiedziłam ładny kawałek Europy, przeżyłam wiele niezapomnianych przygód, zrobiłam tysiące zdjęć do których tak chętnie dziś wracam.

Rok temu podjęłam wcale niełatwą decyzję o wyjeździe na dłużej na Maltę i poszukaniu tam swojego miejsca. Poza ogromem doświadczeń i życiowej nauki, wiązało się to z ogromnymi kosztami, których echo ciągnie się za mną do dziś. W 2016 spędziłam na wyspie kilka miesięcy, a później cztery dni we Włoszech zaraz po wakacjach. To był mój ostatni jak dotąd zagraniczny wyjazd i niestety nie mam żadnych kolejnych w planach na najbliższe miesiące. Od listopada mieszkam z Markiem, o którym pisałam na blogu w sierpniu. Ku mojemu zaskoczeniu wspólne życie wcale nie jest finansowo łatwiejsze niż w pojedynkę. Tak poza tym jest jednak łatwiejsze i tysiąc razy milsze. Przez długie lata byłam niezależna i przyzwyczaiłam się do wygody jaką daje samodzielne mieszkanie. Bałam się, że obecność drugiej osoby będzie męcząca i problemowa. Na szczęście wszystko gra i jest nam ze sobą dobrze.
Ostatnio jednak zalała mnie fala histerii. Spędziłam trzy dni oglądając bilety lotnicze, kolejowe, autobusowe i strony chyba wszystkich biur podróży. Tak strasznie zapragnęłam gdzieś wyjechać, że byłam skłonna kupić cokolwiek, nawet na weekend. Byle za granicę, jak za starych dobrych czasów. Marek widział jak się miotam po domu zła jak osa, bo wystarczyły krótkie chwile logicznego myślenia, żeby stwierdzić, że nie możemy sobie na tę chwilę na nic pozwolić. Popatrzyłam na jego strapioną minę i pomyślałam "Trudno". W końcu nie można mieć wszystkiego.

Póki co planujemy wiosną i latem poznać lepiej Warszawę oraz jej okolice. Może wyskoczymy na jakiś weekend w Polskę i uda nam się spełnić kilka marzeń lokalnych. Od lat nie byłam w Żelazowej Woli, a nigdy nie odwiedziłam wcześniej Nieborowa, Płocka czy Żyrardowa. Szukam informacji o ciekawych wydarzeniach kulturalnych i kulinarnych, festiwalach, jarmarkach. Cieszę się na myśl o tym, że w końcu będzie ciepło i zielono. Będzie można wyjść na zewnątrz bez kurtki, zrobić piknik w parku albo posiedzieć przy fontannach na Podzamczu, spacerować nad Wisłą i odkrywać nowe zakątki stolicy. Blog się na pewno trochę zmieni - nie będzie tak dużo o Europie (ale trochę będzie!). Od jakiegoś już czasu jest tu więcej przemyśleń i codzienności (co wielu osobom nie odpowiada - zechciały mnie o tym poinformować), ale to chyba oczywiste, że blog przybiera taką formę jak moje aktualne życie.

Postanowiliśmy zacząć odkładać drobne kwoty z wiarą, że może jesienią uda nam się wyskoczyć na tydzień do jakiegoś ciepłego kraju. A jak nie jesienią to może zimą? Kiedyś na pewno w końcu się uda, a ja znów przypomnę sobie tamte emocje, które budzą się przy polowaniu na bilet, szukaniu noclegu i planowaniu wspólnego czasu.

20.3.17

Gozo to nie tylko Azure Window!

Kiedy na facebookowych profilach moich maltańskich znajomych zaczęły się pojawiać newsy o zawaleniu Azure Window myślałam, że to żart. Może jakiś lokalny Prima Aprilis albo coś? Na polskich portalach internetowych nie było jeszcze o tym ani słowa, więc długo liczyłam, że ktoś za chwilę tę informację zdementuje. Niestety wkrótce okazała się ona prawdziwa, a mi zrobiło się bardzo przykro i trochę ciężko na sercu.
Mieszkając na Malcie kilkakrotnie odwiedzałam Gozo i z tym miejscem łączy się wiele przyjemnych wspomnień. Rozumiecie - to nie był tylko skalny most czy ciekawa skalna formacja, ale zakątek, który wywoływał we mnie dużo emocji. Piękny, ciekawy, chociaż mi przede wszystkim kojarzący się z ludźmi, którzy w tych podróżach mi towarzyszyli. Powiem jednak szczerze, że tytuły artykułów krzyczące m.in. "Zawaliła się największa atrakcja Malty!", "Najsłynniejsza atrakcja Malty runęła do morza", "Czy Gozo straci turystów?" okropnie mnie denerwowały. 
A przede wszystkim były mocno na wyrost. Po pierwsze - sama Malta ma swoje atrakcje, także przyrodnicze. Sąsiednie Gozo jest natomiast cudowną wyspą, bardzo klimatyczną, o nieco innym charakterze. Znanego z pocztówek Lazurowego Okna co prawda już nie ma, ale wciąż jest wiele powodów dla których warto tam popłynąć. Jeśli będziecie na Malcie, nie rezygnujcie z pomysłu odwiedzenia Gozo! Obiecuję, że nie będziecie żałować.
Już sam rejs jest dużą przyjemnością. Widoki zachwycają zarówno w ciągu dnia, jak też wieczorem, gdy można podziwiać wspaniałe zachody słońca z pokładu promu. Do tego podróż jest naprawdę tania (bilet w dwie strony kosztuje zaledwie 4.65 EUR za dorosłego i 1.15 UR za dziecko w wieku 3-12 lat). Port w mieście Mgarr to miły dla oka początek przygody na tej niedużej wyspie. Można ją zwiedzać autobusem Hop on - hop off (cena za 1 osobę to koszt 10 - 20 EUR w zależności od sezonu i wielkości grupy, która negocjuje cenę) lub transportem publicznym. 
Wewnętrzna część Gozo jest spokojna i pełna uroku. Otoczenie i widoki są na swój sposób uspokajające i relaksujące. Dużo zieleni, ciekawe ukształtowanie terenu, malownicze wzniesienia, małe wioski, pola uprawne i białe saliny. Kwiaty, dorodne opuncje, ładne winnice i uprawy pomidorów. Ludzie są sympatyczni, wiele razy miałam okazję porozmawiać z mijanymi miejscowymi, którzy sami zadawali pytania i chętnie odpowiadali na moje.
Gozo ma piękne plaże (jak w Ramla Bay), atrakcyjne klify i groty w okolicach zatoki Xlendi. Jest doskonałe na piesze wędrówki, zwiedzanie na rowerze, uprawianie sportów wodnych, nurkowanie i pływanie kajakami. 
Wielbiciele architektury też nie będą rozczarowani. Gozo to cudowne miasto Victoria, kościoły (mnie zachwycił Ta'Pinu), wspaniała zabudowa stolicy i nie tylko, stary młyn z wiatrakiem Ta'Kola w Xaghra. 
W samym mieście Victoria (przez miejscowych nazywanej Rabat) można spędzić cały dzień poznając jej sekrety, także te kulinarne. Na Gozo można kupić wiele przysmaków takich jak lokalne sery, suszone pomidory (oraz różne pomidorowe przetwory), dżemy figowe, mandarynkowe, gruszkowe i inne, miód, najróżniejsze ciastka i słodycze, nalewki i wina. Serdecznie polecam restaurację Ta'Rikardu położoną w samym sercu cytadeli w Victorii. Jadłam tam najlepsze ravioli z serem z Gozo w aromatycznym sosie pomidorowym. Do tego butelka lokalnego, chłodnego wina - w gorący dzień nie można nawet marzyć o czymś lepszym! Na danie czekałam długo, ale było warto. 
Gozo słynie także z wełny. Można kupić swetry, koce, skarpety i wiele innych ręcznie robionych artykułów. 
Azure Window bez wątpienia było wyjątkowe i niezwykle atrakcyjnie prezentowało się na zdjęciach. Taki widokowy punkt, którego nie można było ominąć. Wierzę jednak, że teraz, gdy już go nie ma, Gozo wcale nie straci na atrakcyjności. Mam nadzieję, że wręcz przeciwnie - może turyści postanowią odkryć inne oblicza wyspy, poszukać mniej uczęszczanych miejsc, wydeptać nowe ścieżki. Jeśli wybieracie się na wyspę, mam dla Was kilka linków.

O atrakcjach Gozo przeczytacie m.in. w artykułach:

Całe życie w podróży "Gozo - pozytywne zaskoczenie"
  Wędrowne Motyle "Co warto zobaczyć na Gozo w jeden dzień"
Bedifferent.pl "Moja Malta. Wyspa Gozo"
 Malta i Gozo "Co warto zobaczyć na Gozo?" i "Gozo w pigułce"
Wszędobylscy "Wyspa Gozo"
Tuitam.net "Malta cz. II - Gozo"
Podróżowisko "Wędrówka po Gozo"
TOP