22.5.17

Krótki spacer po Iseo

W trakcie mojej wrześniowej wizyty we Włoszech zamierzałam spotkać się z pewną dziewczyną, którą poznałam na Malcie. Spędziłyśmy z Caroliną wiele wspólnych dni, przegadałyśmy dziesiątki godzin. Śmiałyśmy się i płakałyśmy, walczyłyśmy wspólnie z emocjami i wspierałyśmy się w trudnych chwilach. 
Dzieli nas kilka lat życia i doświadczeń. Carolina ma 23 lata, skończyła studia, ma mnóstwo pomysłów i pasję którą jest projektowanie i szycie ubrań. Pomimo tego nie wszystko idzie po jej myśli. Kiedy się poznałyśmy była na życiowym zakręcie, zupełnie jak ja. Zbliżyło nas to, chociaż szukałyśmy odpowiedzi na zupełnie inne pytania. 
Dużo się od siebie nauczyłyśmy, każda z nas przekazała tej drugiej coś wartościowego. Kiedy dowiedziałam się, że planuje wyjechać jesienią do Australii i być może zostać tam na zawsze, od razu podjęłam decyzję o spotkaniu. 
Carolina urodziła się i mieszka w mieście Brescia, które położone jest na trasie między Bergamo, gdzie lądowałam, a Wenecją do której zmierzałam. Umówiłyśmy się na dworcu. Gdy wysiadałam z pociągu, czekała już na peronie i rzuciła mi się na szyję. W planach był lunch i spacer po centrum, ale dowiedziałam się, że uległy one zmianie. 
Carolina zaprowadziła mnie na parking i powiedziała, że zawiezie w ważne dla niej miejsce, do którego często ucieka latem. Nie wiedziałam dokąd zmierzamy, ale niespodzianka się udała!
Po niespełna 30 minutach jazdy dotarłyśmy do miasteczka Iseo, położonego nad jeziorem o tej samej nazwie. Uwielbiam takie miejsca, szczególnie poza sezonem! Na pierwszy rzut oka skojarzyło się z Lecco nad jeziorem Como, które odwiedziłam dwa lata wcześniej. Połączenia gór i wody zachwyca mnie nieustannie. 
Z czym może kojarzyć Wam się to lombardzkie jezioro? Z Floating Piers, czyli "położoną" na jeziorze kładką / molo, po której można chodzić. Owa instalacja pojawiła się w zeszłym roku na przełomie czerwca i lipca, przyciągając tłumy miejscowych i turystów. W czasie mojej wizyty było na szczęście pusto. 
Trafiłyśmy w sam środek pory obiadowej. Nieliczni ludzie któych widziałyśmy na ulicach szli sobie bez pośpiechu. Turstów nie było prawie żadnych, nawet w kawiarniach i restauracjach. Jak na pierwsze dni września widok totalnie zaskakujący. Zamówiłyśmy kawę, zimną wodę i usiadłyśmy przy brzegu. Czas na chwilę stanął w miejscu. 
To był krótki spacer. Dwie godziny spędzone w nieco sennym miasteczku przyklejonym do idealnie błękitnej tafli jeziora. Chłonęłam każdą chwilę i drobiazg, ciesząc się towarzystwem tej ciemnookiej dziewczyny. Myślałam o tym, jak wiele w niej odwagi, wdzięczności za wszystko co ma, mądrości niezwykłej jak na tak młody wiek. Rozmawiałyśmy dużo o jej podróży do Australii, nadziejach które z tym odległym państwem wiązała. W portfelu przysłowiowe grosze, ale co z tego, skoro głowa pełna marzeń? Czuła, że to miejsce dla niej. Minęły miesiące, od dwóch jest z powrotem we Włoszech. Powiedziała mi, że było cudownie, że Australia jest wspaniała, ale Dom jest tam, gdzie ludzie których się kocha. Uśmiechnęłam się na myśl, że jej i moja historia zatoczyły takie samo koło.

9.5.17

Maltańskie wspomnienia - Dingli Cliffs

Kościółek na Dingli Cliffs na Malcie
Niedługo minie rok od mojego powrotu z Malty. Bardzo intensywny i pełen zmian, które gdyby nie ten wyjazd być może nie miałyby w ogóle miejsca. Jestem wdzięczna za czas, który tam spędziłam i który pozwolił mi zrozumieć czego od życia chcę, co ma znaczenie, a co jest co prawda miłe, ale  w gruncie rzeczy nieistotne. Myślę dziś o Malcie z uśmiechem, ale bez większych porywów serca. To był bardzo ważny etap, ale co było to minęło. 
Panorama klifów Dingli Malta
Mam jeszcze trochę zdjęć z różnych maltańskich wycieczek. Niektórymi się z Wami podziele, inne zamknęłam na kłódkę i nie chcę do nich wracać. Miejscem, którego na blogu jeszcze nie było (chociaż odwiedziłam je co najmniej kilka razy) są klify Dingli. Wiąże się z nimi wiele wspomnień i osób, które w tych wypadach mi towarzyszyły. Dwa razy byłam tam jednak bez towarzystwa i chyba wówczas doceniłam je najbardziej. 
Droga do Dngli Cliffs
Opinie o transporcie na Malcie są różne - tygodniowi turyści zwykle bardzo go chwalą (jest relatywnie tani i można dojechać niemalże wszędzie), ale mieszkając na wyspie dłużej i bez samochodu robi się ciężko. Odległość między Sliemą w której mieszkałam a Dingli to około 16 km, czyli 35 minut jazdy autem. Korzystając z komunikacji publicznej trzeba najpierw złapać autobus 202 do Mdiny (jeden na godzinę), a następnie przesiąść się w autobus 201 do Dingli (również jeden na godzinę). W zależności od sprzyjających wiatrów, podróż trwa od 1.5 do 3h (jeśli się okaże, że w Mdinie czeka już ogonek chętnych i nie uda nam się dostać na pokład). Ale cóż - This is Malta*. 
Można też kombinować z większą liczbą przesiadek albo mając do dyspozycji cały dzień zdecydować się na jeden ze spacerów o których pisałam w poście Malta Praktycznie (Mdina do Dingli Cliffs, nie ma mapki on-line więc warto od razu poprosić o nią na lotnisku w Punkcie Informacji Turystycznej). Tę trasę polecam bardzo, gdyż wiedzie przez niezwykle spokojne, relaksujące i atrakcyjne przyrodniczo zakątki wyspy.
Majestatyczne Dingli Cliffs
Żeby nie było, że na transport wyłącznie narzekam to muszę dodać, że wiele razy spotykałam się nieznaną mi dotąd uprzejmością i cierpliwością ze strony kierowców. Jedną z sytuacji miałam właśnie w czasie spaceru z Siġġiewi do klifów Dingli. Czekałam dość długo na autobus, ale ten nie przyjechał, ruszyłam więc piechotą. Oczywiście pół godziny później, na środku upalnego pustkowia usłyszałam go za swoimi plecami. Pomimo, że nawet nie spojrzałam w jego kierunku, kierowca zwolnił i zapytał czy chciałabym wsiąść. Rzecz jasna chciałam :) 
Klify Dingli położone są w południowo - zachodniej części Malty, sięgają nawet ponad 200 m wysokości i niestety najładniej wyglądają zapewne od strony morza. Mimo wszystko warto się wybrać w ich okolice, poszukać jednego z kilku malowniczych punktów widokowych. a przede wszystkim rozkoszować się pustką i monotonnym, ale miłym dla oka krajobrazem. Proponuję jednak zachować rozwagę, ponieważ o wypadek nie trudno, a wiele osób mocno kusi los swoim zachowaniem (mając w głowie m.in. to miejsce pisałam post "Ile poświęcisz dla dobrego ujęcia?"). 
Wypad w te okolice warto połączyć ze zwiedzaniem Mdiny i Rabatu, a w wersji mniej oczywistej ze wspomnianym wyżej Siġġiewi albo ogrodami Buskett. Wszystko zależy od tego jaką ilością czasu dysponujemy i czy musimy wybierać tylko najpopularniejsze miejsca czy też możemy sobie pozwolić na coś nieco mniej przewodnikowego. 
* Jedna z moich nauczycielek, (urodzona w Wielkiej Brytanii) opowiadała, że jej początki na wyspie były ciężkie - wściekała się na urzędy, zasady, zwyczaje, transport. Jej pracodawca zawsze się wówczas śmiał i mówił, że winny jest temu "TIM". Przez jakiś czas nie rozumiała o kim mowa i o co chodzi, aż w końcu okazało się, że TIM = This Is Malta. Wynika z tego, że trzeba po prostu zaakceptować taki stan rzeczy żeby nie zwariować. 

3.5.17

Molo Cafe w Płocku

Menu Cafe Molo Płock
Od zeszłorocznego powrotu mojej mamy z Płocka, słyszałam bez przerwy o tym miejscu. Że muszę się wybrać koniecznie, że jest totalnie w moim stylu i na pewno będę zachwycona. Dałam się namówić w minioną niedzielę. 
Molo w Płocku
Jest to dość nowy lokal, gdyż został otwarty w 2014 roku. Ze względu na lokalizację w uroczym pawilonie na Płockim molo, jest to miejsce sezonowe (otwiera się w kwietniu i zamyka z początkiem jesieni). Właściciele prowadzą też całoroczne cukiernie Lukrecja w Sochaczewie i Żyrardowie, utrzymane w zupełnie innym klimacie. 
Cafe Molo wnętrze
Cafe Molo faktycznie jest taki jak lubię najbardziej. Jasne, przeszklone, w pierwszej kolejności stawiające na biel uzupełnioną marynistycznymi dodatkami. Pachnie słońcem i morzem, łódkami kołyszącymi się na falach, leniwymi popołudniami na piaszczystej plaży i wiatrem rozwiewającym włosy. Mam ogromną słabość do takich wnętrz.
W weekend niestety pogoda nas nie rozpieszczała. Było chłodno, pochmurno i niezbyt przyjemnie. Jestem pewna, że jest jeszcze milej w słoneczne dni, gdy ciepłe promienie wpadają do środka i można usiąść przy jednym ze stolików ustawionych na zewnątrz. Będę chciała wybrać się tam ponownie w jakiś letni dzień.
Najlepsza kawiarnia w Płocku na molo
Co serwują w kawiarni? Przede wszystkim kawę, herbatę, własnej produkcji lody i ciastka. Wybór deserów lodowych jest tak duży, że naprawdę ciężko coś wybrać. Miłym zaskoczeniem było dla mnie to, że zaserwowano mi świeże maliny i borówki amerykańskie (spodziewałam się mrożonych). Lody były smaczne, ale bardzo słodkie. 
Miejsce jest wypełnione przemyślanymi detalami i obrazkami z szeroko rozumianą tematyką morską w tle. 
Moja kobaltowa torebka z latarnią morską i podszewką w koniki morskie czuła się tam jak ryba w wodzie ;) 
Marynistyczna torba
Molo Cafe to klimatyczny zakątek, który cieszy się chyba dużą popularnością. Jego dużym plusem jest na pewno lokalizacja - trafia tam każdy, kto wybiera się na spacer po molo. Większość osób na pewno zajrzy do środka i skusi się tym wspomnieniem wakacji nad morzem. Dotarliśmy tam około 10.30 i w środku było pusto. Mogłam zrobić zdjęcia i zajrzeć w każdy kąt. Po godzinie kiedy wychodziliśmy, w środku był już komplet gości. 
Najlepsze lody w Płocku
Jeśli będziecie w Płocku to musicie tam zajrzeć. Jeśli nie wybieraliście się do Płocka to się wybierzcie, bo miasto jest godne uwagi, a Cafe Molo to taka wisienka na torcie. Cieszy zmysły i daje przyjemną chwilę wytchnienia. 

27.4.17

Crêpes - francuskie naleśniki

W czasie spacerów po Paryżu, a szczególnie uliczkami wzgórza Montmartre, często towarzyszył mi zapach naleśników. Francuskie crêpes, bo o nich mowa, pachną rozkosznie i słodko, a przy tym równie dobrze smakują. Dziś kilka słów na ich temat oraz link do mojego ulubionego przepisu.
Naleśniki francuskie są duże, znacznie cieńsze i delikatniejsze niż te tradycyjnie przygotowywane w Polsce, a przy tym bardziej chrupiące. Zwykle są składane w trójkąt, a nie zawijane w rulon. Serwowane na ciepło, miło grzeją dłonie w chłodne dni. Co znajdziemy w środku? Zazwyczaj dżemy z różnych owoców, Nutellę, krem z kasztanów albo kajmak. Mimo, że naleśnikarni i naleśnikowych okienek jest mnóstwo, kolejek nie da się uniknąć i trzeba grzecznie odstać w kolejce, aby zamówić parujący przysmak. Kosztują one 2-4 EUR, w zależności od nadzienia. 
W czasie jednego ze spacerów po stolicy Francji zamówiły crêpes z orzechowym kremem. Obserwowałyśmy pana, który smażył je dla nas i przypomniała mi się filmowa Amélie Poulain, która będąc dzieckiem myślała, płyty winylowe robi się tak samo, jak naleśniki :) Jeśli chcecie, możecie je zrobić w domu - ja najczęściej korzystam z tego przepisu. Nie będą smakowały tak dobrze, jak na ławce z widokiem na dachy Paryża, ale i tak są pyszne!

18.4.17

Radość z małych rzeczy

Mam nadzieję, że Świąta minęły Wam w pełnej spokoju i szczerej radości atmosferze, bez niepotrzebnych sporów czy kłótni i bez zbędnego przepracowania. Ja miałam "wolną chatę", bo Marek spędzał te dni w domu rodzinnym. Podzieliłam czas pomiędzy spotkania z najbliższymi, czytanie książek i leniwy odpoczynek. W sobotę zaniosłam w imieniu babci koszyczek wielkanocny do święcenia. Młody, entuzjastyczny ksiądz po wyrecytowaniu standardowej modlitwy dodał kilka spontanicznych słów od siebie. O tym, że koniec zawsze jest też jakimś początkiem i o tym, że zawsze warto żyć godnie, doceniać małe szczęścia, a swoim postępowaniem dawać pozytywny przykład. Prosił, aby pamiętać, jak wiele w życiu jest rzeczy, które są godne uwagi i dłuższej lub krótszej chwili zachwytu. W minione dni starałam się czerpać radość z chwil spędzonych przy stole z rodziną, ciesząc się, że wciąż jesteśmy razem. Postawiłam przy laptopie wazon z żółtymi tulipanami i uśmiechałam się za każdym razem spoglądając w ich kierunku. Poświęciłam dłuższą chwilę na przejrzenie zdjęć z kilku podróży i poczułam wdzięczność za te wszystkie momenty, które mnie czegoś nauczyły, pozwoliły poznać nowe miejsca oraz wartościowych ludzi. Wyjęłam z kuchennej szafki najładniejszą filiżankę i wypiłam w niej poranną kawę. Obejrzałam internetowy album z fotografiami szczeniaków, które urodziły się suczce mojego taty i ucieszyłam na myśl, że za tydzień zobaczę je na żywo. Uprasowałam stertę ubrań oglądając jakiś lekki film i doceniając fakt, że mam co i dla kogo prasować. Że mam dach nad głową w czasie wiatrów i chłodów, a w moim mieszkaniu, chociaż małym i ciasnym, jest miejsce na miłość i szacunek. A ja mam na kogo czekać, nawet jeśli zawsze się martwię, gdy ten ktoś jest w drodze powrotnej do domu. Wyjęłam kolorowe serwetki i nowy obrus, wpuszczając tym samym więcej kolorów do salonu. Wymieniłam zdjęcia w sypialni na takie, które każdego dnia będą przypominać mi najlepszy urlop na Lefkadzie. Usmażyłam francuskie naleśniki zamiast napychać się świątecznym ciastem na które nie miałam ochoty. Założyłam  lekką sukienkę w wiosenne kwiaty i pomalowałam usta na bladoróżowy kolor. Poczułam się fajnie, pomimo, że byłam zupełnie sama. Odłożyłam na bok nierealne na tę chwilę marzenia o dalekich podróżach i przygotowałam listę miejsc w Polsce, które chciałabym odwiedzić tego lata. Zamówiłam ostatnią partię prodktów, które będą mi potrzebne do nauki tworzenia dekoracji do mieszkania, których od jakiegoś czasu nigdzie nie mogłam znaleźć. Uznałam, że skoro nie mogę kupić tego, czego chcę, to zrobię to sobie sama, ot co! Siedziałam przy komputerze odczuwając ulgę, że po wielu latach w końcu mam w mieszkaniu Wi-Fi zamiast ciągle rozłączającego się modemu, który doprowadzał mnie do szaleństwa. Tyle drobiazgów, pozornie nieistotnych, dało mi siłę i wprawiło w dobry nastrój. Chciałam o tym napisać, ale wtedy znienacka do drzwi zapukał On, więc stęskniona rzuciłam się mu na szyję. Małe szczęścia. Więcej nie trzeba, aby kochać życie każdego dnia, prawda?

13.4.17

Wiosna w Powsinie i beza w Konstancinie

Wydawało się, że wiosna już jest z nami. Słońce wyszło zza chmur i kusiło jasnymi promykami. Błękit nieba przyprawiał o zawrót głowy, podobnie jak zapach pierwszych kwitnących drzewek. Wyciągnęłam z szafy lekkie balerinki, odwiesiłam ciepłą kurtkę. I się zepsuło! Udało nam się jednak trochę wiosny złapać w miniony weekend. 
Od lat nie byłam w ogrodzie botanicznym w Powsinie. Planowałam ten wypad co roku, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Niby blisko, ale wiosna to zwykle czas rozjazdów i łatwo ominąć rozkwit magnoliowych drzew.
W tym roku wiosna przyszła trochę wcześniej i pierwsze pąki zaczęły się pojawiać już kilkanaście dni temu. Potem wystarczyło kilka dni ładnej pogody, aby gałęzie zaczęły się uginać pod ciężarem białych i bladoróżowych kwiatów. Śledziłam na bieżąco wszystkie aktualizacje na stronie ogrodu i uznałam, że tej wiosny muszę tam dotrzeć. 
Nie ma się co czarować - początek kwietnia to nie jest jeszcze czas zieleni i pełnego rozkwitu roślin, ale spacer udał się wspaniale. Pogoda dopisała - kilkanaście stopni na termometrze i delikatny wiatr. Drzewa póki co budzą się do życia raczej nieśmiało, ale udało nam się zaobserwować kilka barwnych okazów. 
Na szczęście w Powsinie na odwiedzających czeka też całkiem okazała szklarnia z roślinami tropikalnymi i subtropikalnymi. Tam bujnej, nasyconej zieleni nie brakuje, a przeróżnych kwiatów i owoców jest dużo.
Ogród szczyci się największą w Polsce kolekcją cytrusów (m.in. pomarańcze, limonki, mandarynki, cytryny i inne). 
Rosną tam również figowce, bananowce, ananasy, bambusy, kamelie japońskie, oleandry, hibiskusy i wiele innych. Latem można podziwiać bugenwille i chociaż na chwilę przenieść się myślami na gorące południe Europy.
Lubię ten zakątek ogrodu. Jest w nim ciepło, słonecznie i zawsze można znaleźć miejsca w których nie ma praktycznie nikogo. Nawet o tej porze roku szklarnia cieszy oczy pięknymi kolorami. 
Lubię też część poświęconą florze naszego kraju ze wzniesieniami prezentującymi roślinność tatrzańską. To fajny widokowo teren, w mojej opinii idealny do odpoczynku. Zachęca, aby usiąść, zjeść kanapkę i cieszyć się chwilą. 
Jedną z głównych atrakcji jest Arboretum (swoją drogą pamiętacie to w Wojsławicach w odsłonie majowej?). Znaleźć w nim można m.in. drzewa magnoliowe, azalie i różaneczniki, cisy. Kiedyś miałam okazję podziwiać magnoliowy sektor w czasie pełnego rozkwitu - zachwycał. Teraz też było ładnie, ale kwitły pojedyncze drzewa. 
Po dłuższym zwiedzaniu ogrodu postanowiliśmy jeszcze podjechać do Konstancina - Jeziornej. Tam akurat nie byłam nigdy (nie licząc krótkiej wizyty na rozmowę kwalifikacyjną kilka lat temu na którą jechałam 2.5h i wiedziałam od razu, ze na pewno tej pracy nie podejmę). Tym razem zamiast centrum chciałam zobaczyć Park Zdrojowy. 
Muszę przyznać, że jest on duży i na pewno latem musi robić duże wrażenie. Nawet o tej porze roku jest idealny na weekendowy relaks, niespieszne spacery, jazdę na rowerze lub rolkach albo odpoczynek w Tężni Solankowej. Na terenie parku wybudowano otwarty amfiteatr, a na jego obrzeżach znajduje się okazały Konstanciński Dom Kultury. 
Tuż po sąsiedzku przepływa rzeka Jeziorka z przerzuconym przez nią Mostem Parkowym. Latem park tonie wręcz w zieleni, w kwietniu było jeszcze zimowo i trochę szaro, chociaż i pomimo tego sympatycznie. 
Urzekła mnie budka z której można pożyczyć książkę, a po przeczytaniu ją zwrócić. Albo przynieść własną, która kurzy się na półce. Praktycznie cały czas ktoś był w środku i z zainteresowaniem przeglądał dostępne tytuły. 
Ostatnim punktem naszej małej wycieczki była wizyta w Beza Cafe. Słyszałam wiele dobrego o serwowanych tam bezach, ale nie sądziłam, że porcje są tak ogromne! Jedną za 15 zł mogą się najeść dwie niezbyt głodne osoby, traktując ją jak przyzwoitych rozmiarów deser. Zamówiliśmy wersję z wiśniami i marakują - obydwie było idealnie słodko - kwaśne, chociaż bardziej smakowała nam ta pierwsza. Jeśli będziecie w okolicy - warto spróbować!
TOP