8.1.17

"Końca świata nie było" książka Anity Demianowicz

Lubię czytać książki podróżnicze. Ostatnio co prawda trochę mniej (może dlatego, że pojawia się ich na rynku zbyt dużo), ale lubię. Najwięcej przyjemności sprawiają mi te, które nie są suchą relacją, a pełną emocji opowieścią. Ucieszyłam się więc z możliwości przeczytania wspomnień Anity Demianowicz z podróży po Ameryce Środkowej. Mam wyrobione zdanie na temat autorki i byłam ciekawa czy książka je potwierdzi.

„Końca świata nie było” to literacki debiut Anity (wyd. Bezdroża). Jej blog istnieje od dawna (ja go czytam od ponad 2 lat) i muszę przyznać, że przyjemnością jest obserwować, jak bardzo się on zmienia. Sposób pisania, jakość zdjęć, pomysł na treść. Przy okazji zmienia się i dojrzewa sama Anita - to widać bardzo wyraźnie w jej ostatnich publikacjach. Wpisy z rowerowej podróży po Polsce były dla mnie wielką niespodzianką i czasem do nich wracam.

Kiedy poznałam Anitę osobiście, od razu poczułam, że jest taka, jak jej teksty - szczera, skromna i bardzo konkretna. Jej książka jest osobista i mocmo "pamiętnikowa". Jeśli ktoś szuka dokładnych  i wyczerpujących informacji przewodnikowych - nie znajdzie ich za wiele. Jeśli ktoś jednak szuka opowieści o blaskach i cieniach samotnej podróży - będzie zadowolony. To książka o potrzebie odkrywania świata i siebie samej, ale też o tęsknocie za mężem i bliskimi, o chwilach zwątpienia. Nie ocieka lukrem, mówi również o strachu i o podejmowaniu odpowiedzialnych decyzji (np. czy wybrać się w miejsce uznawane za równie piękne, co niebezpieczne czy zostać w hostelu). O odwiedzonych przez Anitę krajach (Gwatemala, Honduras, Salwador) nie wiedziałam zbyt wiele. Z książki wyniosłam pewien rys kulturowy, czyli to, co interesuje mnie bardziej niż zabytkowe kościoły czy muzea. Dostałam odpowiedź na pytanie czy samotna, biała kobieta może czuć się pewnie i swobodnie w tych regionach świata i na co powinna uważać. Książka Anity jest pochwałą wolnego i uważnego podróżowania. Autorka robiła sobie przerwy na naukę języka hiszpańskiego, mieszkanie u lokalnych rodzin i obserwowanie ich codziennego życia. Wróciła silniejsza, stęskniona i ... spragniona kolejnej podróży.

Książka jest wydana tak, jak lubię – wygodny format, miękka okładka, dobrej jakości papier i mnóstwo pięknych zdjęć. Czyta się miło, lekko i przyjemnie. Na końcu znajduje się krótki, praktyczny poradnik dla wszystkich, którzy chcieliby ruszyć w taką podróż, ale się boją. Czytaliście? 

6 komentarzy:

  1. Nie czytałam, ale zaciekawił mnie Twój opis :) Szukam właśnie takiej książki, która z jednej strony będzie lekka, taka rozrywkowa, a z drugiej strony trochę mnie zmobilizuje, bo ostatnio coś złapałam lenia ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta książka jest bardzo wciągająca, już od pierwszych stron. Warta polecenia. Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  3. Super lektura, też miałam z nią styczność ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety mi frajdę w ostatnich latach sprawiają tylko kryminały więc nie mam nic do powiedzenia:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie czytałam, ale kiedy w zeszłym roku oznajmiłam w domu, że wyjeżdżam sama rowerem nad morze, rodzina zamarła. Tego samego dnia brat podrzucił mi blog Anity i opis jej wyprawy rowerem dookoła Polski. Następnego dnia byłam już drodze. Dzięki BAnicie urzeczywistniłam swój zamiar.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie czytałam, ale chętnie bym to zrobiła :)
    Czytałam ostatnio podobną tematykę w ksiażce Mai Sontag "Maju baju, czyli żyrafy wychodzą z szafy". To również ksiażka o samotnej podróży.
    A z tego co pamiętam był konkurs na okładkę do "Końca świata nie było" - widzę, że wygrała fotografia z szamanką :)
    Pzodrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

TOP