21.2.17

7 urodziny bloga - jak on właściwie powstał?

Do Porto poleciałam po raz pierwszy w lutym 2010 roku jako uczestnik ekumenicznego spotkania. Gdy opuszczałam Polskę, zaczynała się właśnie burza śnieżna, na przesiadkowym lotnisku w Paryżu panował przenikliwy chłód, a północ Portugalii przywitała mnie mgłą i ponurą szarością poranka. Z dużym plecakiem i przyczepionym do niego śpiworem dotarłam metrem do miejsca, w którym po rejestracji otrzymałam odręcznie narysowaną mapkę z adresem rodziny, która miała mnie gościć. W spokojnej dzielnicy Porto czekali na mnie Ricardo, jego mama, tata i kilkuletnia siostra. Niewielkie mieszkanie, a w nim mój własny kąt i czarny kot z białym ogonkiem obserwujący mnie nieufnie z oparcia kanapy. Usiadłam tylko na chwilę. Byłam jednak zmęczona po całonocnej podróży i od razu zasnęłam na miękkiej poduszce. Obudził mnie zapach smażonych placków, śmiech i dźwięk mojego imienia (Aneeeska!!!) dochodzący z kuchni. Poczułam, że będzie wspaniale. Nie myliłam się. To był piękny czas. Chwile skupienia i zadumy przeplatane radosnym śpiewem i tańcem na środku ulicy. Poważne rozmowy o sensie życia i popołudniowe żarty przy stole uginającym się od portugalskich przysmaków.
Jednego wieczoru siedziałam na schodach stacji metra obserwując współtowarzyszy. Myślami wróciłam na ulice miasta, które przemierzaliśmy w ciągu dnia. Kolorowe, pełne małych księżniczek, piratów, misiów i tygrysków. Miejscowi hucznie świętują Karnawał, a swoje przebrania przygotowują przez wiele tygodni. Lubię, gdy ludzie z luzem podchodzą do zabawy, barwnych fiest i ulicznych festiwali, umieją czerpać z tego radość, nie wstydzą się, nie uważają tego za dziecinne i bezsensowne. Z zamyślenia wyrwał mnie kolega, wciągając do środka tańczącego kółka. Wagoniki metra przyjeżdżały i odjeżdżały, a my nie ruszaliśmy się z miejsca. Ktoś grał na gitarze, ktoś inny na bębnach. Wszyscy śpiewali. Robiliśmy dużo hałasu, ale chyba pozytywnego, bo ludzie zatrzymywali się, bili brawo, robili zdjęcia albo po prostu się przyłączali. Tego wieczoru położyłam się do łóżka, zanurzyłam w lnianej pościeli i pomyślałam, że nie chcę tego stracić. Nie chcę, aby kadry w pamięci zbladły zbyt szybko. Chcę pamiętać: wydarzenia, imiona, teksty piosenek, nazwy potraw i zabytków. Za dużo mi ucieka! Wyjęłam długopis, zeszyt i zaczęłam notować. Fakty, przemyślenia, wszystkie istotne szczegóły. Usnęłam spokojna, planując założenie bloga zaraz po powrocie. Mam słomiany zapał. Pisanie do szuflady skończyłoby się po kilku tygodniach. Potrzebowałam silniejszej motywacji - wiedziałam, że gdy zacznę działać publicznie, to się szybko nie wycofam.
Kolejny dzień przyniósł zmianę pogody. Zima na północy Portugalii jest kapryśna - czasem słońce, czasem deszcz, w ciągu dnia jest ciepło, a wieczorem temperatura gwałtownie spada. Uzbrojona w parasolkę włóczyłam się po mieście w każdej wolnej chwili jaką udało się znaleźć w napiętym planie dnia. Porto jest inne niż Lizbona, ale też piękne. Położone nad malowniczą rzeką Douro, jest trochę zaniedbane, a jednak intrygujące i przyciągające jak magnes. W oknach suszy się pranie, a w wąskich uliczkach toczy się zwykłe życie - dzieci kopią piłki, kobiety dyskutują z przejęciem na małych balkonach, mężczyźni grają w karty na zielonych skwerkach. Kilka przecznic dalej młodzi ludzie wychodzą z dobrej restauracji śmiejąc się głośno i trzymając za ręce. Porto ma wiele twarzy, i warto poznać  je wszystkie. Jednego popołudnia dotarłam w miejsce, gdzie czas praktycznie się zatrzymał. Kolorowe łódki, głośne mewy grzebiące zachłannie w koszach, stare samochody, aromat kawy i grillowanej ryby dobiegający ze skromnie wyglądającej knajpki. Miejsce piękne i spokojne, oddalone od zgiełku centrum. To były krótkie chwile samotności, bo dużo czasu spędzałam z innymi uczestnikami spotkania. Każda kolejna godzina utwierdzała mnie w tym, że chcę pisać. Ale też w tym, że chcę podróżować uważniej, bez pośpiechu. Chłonąć chwilę, dobrą energię miejsc i ludzi. Tak powstał ten blog, blisko 7 lat temu. Kawał mojego życia i jedna z najlepszych decyzji jakie kiedykolwiek podjęłam. W tym roku świętuję kolejne jego urodziny tymi właśnie słowami. Bez podsumowań, planów i założeń, ale życząc sobie jeszcze odrobiny weny i chęci, aby to kontynuować. Chociażby dla siebie, bo lubię do wielu opublikowanych wspomnień wracać.

16 komentarzy:

  1. Życzę drugie tyle i jeszcze więcej blogowych lat!

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje gratulacje, fajny ciekawy blog, piękne mysli w nim przekazane, lubie do Ciebie zagladać.
    Kolejnych lat blogowania życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję wytrwałości! Wiem, jak o nią trudno, bo sama piszę regularnie juz 3 lata. Życzę Ci wspaniałych materiałów na ten blog i wielu lat prowadzenia go dla siebie i dla nas, czytelników.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystkiego najlepszego na kolejne lata.
    Życzę wielu inspirujących podróży oraz wspaniałych doznań i wartości które z nich wynikają:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny był zatem początek tej blogowej przygody u Ciebie! Życzę Ci wielu inspiracji, niegasnącego zapału i nieskończonej ilości tematów :) Na co najmniej 77 lat!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, ale coś czuję, że może być ciężko 77 lat ;)

      Usuń
  6. Życzę wielu inspiracji i oby najpiękniejsza podróż wciąż była przed Tobą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, mam nadzieję, że tak właśnie jest i najlepsze przede mną!

      Usuń
  7. Aż sama wróciłam do wspomnień kiedy byłam w Porto <3
    Wszystkiego dobrego! 7 lat - fantastycznie, ze ciągle tu jesteś! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wspaniały tekst !!! Marzę o podróżach całym sercem. Twój tekst jest pełen pasji i jeszcze bardziej pragnę odkryć świat. Życzę wielu inspiracji.

    Ps. Kocham te ostatnie zdjęcie. CUDOWNE !!! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszko, ogromnie Ci gratuluję, 7 lat regularnego prowadzenia bloga to naprawdę wyczyn! ; ) Od wielu lat czytam Cię wciąż z tą samą przyjemnością, doceniam lekkie pióro, mądre przemyślenia i dziękuję za szczerość. Życzę wielu kolejnych blogowych rocznic oraz niesłabnącej radości z pisania.

    OdpowiedzUsuń

TOP