30.3.17

Kolorowa wyspa Burano - hit czy kit?

Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia z Burano na blogu Kasi miszkającej w Bretanii. Wyspa wydała mi się bardzo nienaturalna i sztucznie wykreowana przez ludzi na potrzeby turystyki. Trochę jak hiszpańskie miasteczko Mijas Pueblo, które odwiedziłam jakiś czas temu - niby jest ładnie i kolorowo, ale coś tu jednak nie gra. 
W czasie mojego wrześniowego wypadu do Włoch spędziłam w Wenecji 2.5 dnia. Nie planowałam zwiedzania innych wysp Weneckiej Laguny, ale Lara u której nocowałam się uparła. "Anieska, you have to!" wykrzyknęła tonem nieznoszącym sprzeciwu, gdy zaproponowałam żebyśmy jednak darowały sobie te jakże popularne miejsca.
Lara mieszka w Wenecji od kilku lat i pracuje jako "tour leader". To stanowisko zbliżone do pilota wycieczek, ale zawiera też bardziej przyziemne elementy związane mocniej z pracą rezydenta (np. odbieranie grup z lotniska, kwaterowanie ich w hotelach, zamawianie dla nich dodatkowych wycieczek i usług jak wodne taksówki itp.). Lara studiowała w Bolonii i jest wielką miłośniczką swojego kraju, a przy tym niezwykle pozytywnym człowiekiem. 
Okolice Wenecji nie mają dla niej większych tajemnic, zna je bardzo dobrze, więc skoro się uparła, że musimy koniecznie odwiedzić wyspy Burano, Murano i Torcello to musiałam jej zaufać. Czy dobrze zrobiłam?
Miałam dość ponurą minę widząc tłum, który płynał z nami tramwajem wodnym vaporetto. Kiedy ci wszyscy ludzie wyszli na brzeg, miałam ochotę uciec. Lara zabroniła, więc chociaż ukradkiem sprawdziłam godziny powrotów. 
Jakie jest Burano? Na pewno miłe dla oka, niezwykle kolorowe i pozytywne. Smutku, szarości i bylejakości tam się nie uświadczy. Barwy są intensywne, nasycone. Połączenia kolorów kontrastowe i na swój sposób intrygujące.
Pewnie już czytaliście w tysiącu miejsc o tym, że domy na wyspie Burano były kiedyś malowane na różnorodne kolory, żeby wypływający w morze rybacy bez problemu mogli odnaleźć swoje miejsce zamieszkania w każdych warunkach pogodowych i o każdej porze dnia lub nocy. Teraz tak zostało bardziej dla zadowolenia turystów. 
Wyspa jest fotogeniczna i ciężko schować aparat chociaż na chwilę. Każda uliczka czy placyk są inne, a podwórka i zakamarki kryją liczne sekrety oraz niespodzianki. Mieszkańców nie widać zbyt wielu, pewnie obecnosć turystów w tym samym czasie ich cieszy, co męczy. Wyspa jest mała, więc tłumy są odczuwalne.
Tym, co bardzo się rzuca w oczy jest ogromna ilość sklepów z "mydłem i powidłem". Mnóstwo kiepskiej jakości pamiątek i tandetnych rupieci oraz koronek maszynowych. Restauracje też niestety czysto turystyczne. 
Kiedy płynęłyśmy na Burano, Lara powiedziała, że muszę spróbować lokalnego specjału - ciastek o nazwie essi. Mają one kształt litery S i jak dla mnie smakują jak każde inne ciastka maślane. Ponieważ mają długą datę przydatności do spożycia (piecze się je z mąki, jajek, masła i cukru, z aromatem rumu, wanilii lub cytrynowej skórki) to żony rybaków piekły je dla swoich mężów "na drogę". Dzisiaj serwuje się je w okolicach Wielkanocy.
Pomimo, że można je kupić w wielu cukierniach na Burano, Lara i jej przyjaciel upierają się, że najlepsze serwują w malutkim przybytku o nazwie Panificio E Pasticceria Pavan Sara pod adresem 282 Sestiere S. Martino Sinistra. Przyznaję, że były całkiem smaczne, chociaż ja akurat wielką miłośniczką wypieków maślanych nie jestem. 
Burano słynie również z koronek, a tradycja ich tworzenia jest naprawdę długa. Dawniej przekazywana była z pokolenia na pokolenie, matki uczyły swoje córki i wnuczki. W jednej z uliczek spotkałyśmy starszą panią, która siedziała na rozkładanym krześle i dziergała mały fragment przy użyciu szydełka. Lara od razu zaczęła rozmowę. 
Okazało się, że pani jest jedną z ostatnich żyjących na wyspie osób, które zajmują się tworzeniem koronek. Każda z jej koleżanek specjalizuje się w innym ściegu i wspólnie tworzą różne małe, plecione cuda. Po krótkiej rozmowie pani zawołała jedną z sąsiadek, a ta przyniosła z domu sporej wielkości pudełko pełne ręcznie robionych serwetek, kolczyków, kołnierzyków i innych drobiazgów. Byłam zaskoczona, gdy okazało się, że niewielki motylek (wielkości 1/3 mojej dłoni) przez kilka dni robiło aż 5 osób! Cena oryginalnego, robionego ręcznie to około 50 EUR. W większości sklepów z pamiątkami na wyspie kosztują one 5-10 EUR i z rękodziełem niewiele mają wspólnego. W trakcie rozmowy podeszły jeszcze dwie koleżanki starszej pani i zrobiło się głośno, wesoło. Turyści skuszeni radosnymi dźwiękami zaczęli podchodzić i oglądać przyniesione z domu koronki. Pani była zachwycona, gdyż w krótkim czasie, zupełnie niespodziewanie sprzedała cztery pary malutkich kolczyków-kwiatków po 15 EUR.
Na Burano spędziłyśmy około dwóch godzin, z czego ponad pół godziny z panią koronkarką. Rzeczą, która przykuła moją uwagę były drzwi domów ozdobione niebieskimi kokardami. Widziałam je na kilku i spytałam Larę o co chodzi. Poprosiła, żebym podeszła bliżej. Okazało się, że przy każdej kokardce znajduje się kartka z męskim imieniem i datą. W ten sposób Włosi w wielu miejscach informują lokalną społeczność o narodzinach syna (w przypadku dziewczynki kokardka jest różowa, ale nie widziałam żadnej). Większość młodych ludzi szybko opuszcza wyspę. Wyjeżdżają do Wenecji lub pobliskich miast, które dają więcej możliwości pracy, nauki i rozwoju. 
Muszę przyznać, że nie żałuję wypadu na Burano. Lara miała rację - będąc w Wenecji warto zobaczyć coś poza Wenecją. Mojego serca wyspa nie skradła, ale jest bardzo urokliwa. Najlepiej przypłynąć tu rano, gdy nie ma jeszcze tłumów turystów i uciec przed lunchem, bo wydaje mi się, że ciężko tam o miejsce z dobrym, lokalnym jedzeniem (mogę się jednak mylić). Ciekawa jestem czy byliście tam kiedyś i jakie są Wasze odczucia?

12 komentarzy:

  1. Ładnie tam, ale ja i tak chce do Wenecji :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Podczas naszego spaceru po Burano nie zauważyłam kokardek nad drzwiami, ale moją uwagę przykuła elegancka młoda dama wychodząca z jednego z tych kolorowych domów z wózkiem, w którym było kilkumiesięcznie maleństwo. Zastanawiałam się wtedy jak wygląda codzienność młodej mamy na takiej wyspie, wśród masy turystów, z raczej kiepską infrastrukturą dla dzieci, otwartymi kanałami i wszechobecnymi mostkami..

    OdpowiedzUsuń
  3. O tych ciasteczka nie słyszałam ;)
    Moje serce Burano zdecydowanie skradlo :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety nie dotarliśmy tam i do tej pory żałuje

    OdpowiedzUsuń
  5. Byli moi znajomi i mówili, że piękna... No cóż, ja nie byłam, więc sie wypowiedzieć nie mogę, ale i tak bym chętnie ją zobaczyła :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Byłam tam w 1997 roku.Zakochałam się w Burano od pierwszego wejrzenia.Tłumów nie było,sielsko anielsko, starsze panie sprzedające ryby wprost z łodzi.W tym roku sprawdzałam w necie możliwość noclegu na wyspie.Niestety, trzy hoteliki, ceny za noc porażają ,a szkoda ...

    OdpowiedzUsuń
  7. jedna z moich pierwszych wycieczek sto lat temu. Bardzo kolorowa :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciekawy blog i świetne zdjęcia :)
    Też niedawno mieliśmy okazję odwiedzić Wenecję i byliśmy nią zachwyceni :)
    Jakiś czas temu zaczęliśmy prowadzić bloga, na którym opisujemy nasze podróże. Jeśli być miała czas i chęci to serdecznie zapraszamy na ananasniemamocnych.blogspot.com :)
    Pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękne zdjęcia. Rzeczywiście wszystko wygląda pięknie! Mógłbym Twoje zdjęcia wieszać na ścianie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Przepiękne i kolorowe miejsce. Możliwe, że się tam wybiorę przy najbliższej podróży do Włoch.

    OdpowiedzUsuń

TOP