18.4.17

Radość z małych rzeczy

Mam nadzieję, że Świąta minęły Wam w pełnej spokoju i szczerej radości atmosferze, bez niepotrzebnych sporów czy kłótni i bez zbędnego przepracowania. Ja miałam "wolną chatę", bo Marek spędzał te dni w domu rodzinnym. Podzieliłam czas pomiędzy spotkania z najbliższymi, czytanie książek i leniwy odpoczynek. W sobotę zaniosłam w imieniu babci koszyczek wielkanocny do święcenia. Młody, entuzjastyczny ksiądz po wyrecytowaniu standardowej modlitwy dodał kilka spontanicznych słów od siebie. O tym, że koniec zawsze jest też jakimś początkiem i o tym, że zawsze warto żyć godnie, doceniać małe szczęścia, a swoim postępowaniem dawać pozytywny przykład. Prosił, aby pamiętać, jak wiele w życiu jest rzeczy, które są godne uwagi i dłuższej lub krótszej chwili zachwytu. W minione dni starałam się czerpać radość z chwil spędzonych przy stole z rodziną, ciesząc się, że wciąż jesteśmy razem. Postawiłam przy laptopie wazon z żółtymi tulipanami i uśmiechałam się za każdym razem spoglądając w ich kierunku. Poświęciłam dłuższą chwilę na przejrzenie zdjęć z kilku podróży i poczułam wdzięczność za te wszystkie momenty, które mnie czegoś nauczyły, pozwoliły poznać nowe miejsca oraz wartościowych ludzi. Wyjęłam z kuchennej szafki najładniejszą filiżankę i wypiłam w niej poranną kawę. Obejrzałam internetowy album z fotografiami szczeniaków, które urodziły się suczce mojego taty i ucieszyłam na myśl, że za tydzień zobaczę je na żywo. Uprasowałam stertę ubrań oglądając jakiś lekki film i doceniając fakt, że mam co i dla kogo prasować. Że mam dach nad głową w czasie wiatrów i chłodów, a w moim mieszkaniu, chociaż małym i ciasnym, jest miejsce na miłość i szacunek. A ja mam na kogo czekać, nawet jeśli zawsze się martwię, gdy ten ktoś jest w drodze powrotnej do domu. Wyjęłam kolorowe serwetki i nowy obrus, wpuszczając tym samym więcej kolorów do salonu. Wymieniłam zdjęcia w sypialni na takie, które każdego dnia będą przypominać mi najlepszy urlop na Lefkadzie. Usmażyłam francuskie naleśniki zamiast napychać się świątecznym ciastem na które nie miałam ochoty. Założyłam  lekką sukienkę w wiosenne kwiaty i pomalowałam usta na bladoróżowy kolor. Poczułam się fajnie, pomimo, że byłam zupełnie sama. Odłożyłam na bok nierealne na tę chwilę marzenia o dalekich podróżach i przygotowałam listę miejsc w Polsce, które chciałabym odwiedzić tego lata. Zamówiłam ostatnią partię prodktów, które będą mi potrzebne do nauki tworzenia dekoracji do mieszkania, których od jakiegoś czasu nigdzie nie mogłam znaleźć. Uznałam, że skoro nie mogę kupić tego, czego chcę, to zrobię to sobie sama, ot co! Siedziałam przy komputerze odczuwając ulgę, że po wielu latach w końcu mam w mieszkaniu Wi-Fi zamiast ciągle rozłączającego się modemu, który doprowadzał mnie do szaleństwa. Tyle drobiazgów, pozornie nieistotnych, dało mi siłę i wprawiło w dobry nastrój. Chciałam o tym napisać, ale wtedy znienacka do drzwi zapukał On, więc stęskniona rzuciłam się mu na szyję. Małe szczęścia. Więcej nie trzeba, aby kochać życie każdego dnia, prawda?

13.4.17

Wiosna w Powsinie i beza w Konstancinie

Wydawało się, że wiosna już jest z nami. Słońce wyszło zza chmur i kusiło jasnymi promykami. Błękit nieba przyprawiał o zawrót głowy, podobnie jak zapach pierwszych kwitnących drzewek. Wyciągnęłam z szafy lekkie balerinki, odwiesiłam ciepłą kurtkę. I się zepsuło! Udało nam się jednak trochę wiosny złapać w miniony weekend. 
Od lat nie byłam w ogrodzie botanicznym w Powsinie. Planowałam ten wypad co roku, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Niby blisko, ale wiosna to zwykle czas rozjazdów i łatwo ominąć rozkwit magnoliowych drzew.
W tym roku wiosna przyszła trochę wcześniej i pierwsze pąki zaczęły się pojawiać już kilkanaście dni temu. Potem wystarczyło kilka dni ładnej pogody, aby gałęzie zaczęły się uginać pod ciężarem białych i bladoróżowych kwiatów. Śledziłam na bieżąco wszystkie aktualizacje na stronie ogrodu i uznałam, że tej wiosny muszę tam dotrzeć. 
Nie ma się co czarować - początek kwietnia to nie jest jeszcze czas zieleni i pełnego rozkwitu roślin, ale spacer udał się wspaniale. Pogoda dopisała - kilkanaście stopni na termometrze i delikatny wiatr. Drzewa póki co budzą się do życia raczej nieśmiało, ale udało nam się zaobserwować kilka barwnych okazów. 
Na szczęście w Powsinie na odwiedzających czeka też całkiem okazała szklarnia z roślinami tropikalnymi i subtropikalnymi. Tam bujnej, nasyconej zieleni nie brakuje, a przeróżnych kwiatów i owoców jest dużo.
Ogród szczyci się największą w Polsce kolekcją cytrusów (m.in. pomarańcze, limonki, mandarynki, cytryny i inne). 
Rosną tam również figowce, bananowce, ananasy, bambusy, kamelie japońskie, oleandry, hibiskusy i wiele innych. Latem można podziwiać bugenwille i chociaż na chwilę przenieść się myślami na gorące południe Europy.
Lubię ten zakątek ogrodu. Jest w nim ciepło, słonecznie i zawsze można znaleźć miejsca w których nie ma praktycznie nikogo. Nawet o tej porze roku szklarnia cieszy oczy pięknymi kolorami. 
Lubię też część poświęconą florze naszego kraju ze wzniesieniami prezentującymi roślinność tatrzańską. To fajny widokowo teren, w mojej opinii idealny do odpoczynku. Zachęca, aby usiąść, zjeść kanapkę i cieszyć się chwilą. 
Jedną z głównych atrakcji jest Arboretum (swoją drogą pamiętacie to w Wojsławicach w odsłonie majowej?). Znaleźć w nim można m.in. drzewa magnoliowe, azalie i różaneczniki, cisy. Kiedyś miałam okazję podziwiać magnoliowy sektor w czasie pełnego rozkwitu - zachwycał. Teraz też było ładnie, ale kwitły pojedyncze drzewa. 
Po dłuższym zwiedzaniu ogrodu postanowiliśmy jeszcze podjechać do Konstancina - Jeziornej. Tam akurat nie byłam nigdy (nie licząc krótkiej wizyty na rozmowę kwalifikacyjną kilka lat temu na którą jechałam 2.5h i wiedziałam od razu, ze na pewno tej pracy nie podejmę). Tym razem zamiast centrum chciałam zobaczyć Park Zdrojowy. 
Muszę przyznać, że jest on duży i na pewno latem musi robić duże wrażenie. Nawet o tej porze roku jest idealny na weekendowy relaks, niespieszne spacery, jazdę na rowerze lub rolkach albo odpoczynek w Tężni Solankowej. Na terenie parku wybudowano otwarty amfiteatr, a na jego obrzeżach znajduje się okazały Konstanciński Dom Kultury. 
Tuż po sąsiedzku przepływa rzeka Jeziorka z przerzuconym przez nią Mostem Parkowym. Latem park tonie wręcz w zieleni, w kwietniu było jeszcze zimowo i trochę szaro, chociaż i pomimo tego sympatycznie. 
Urzekła mnie budka z której można pożyczyć książkę, a po przeczytaniu ją zwrócić. Albo przynieść własną, która kurzy się na półce. Praktycznie cały czas ktoś był w środku i z zainteresowaniem przeglądał dostępne tytuły. 
Ostatnim punktem naszej małej wycieczki była wizyta w Beza Cafe. Słyszałam wiele dobrego o serwowanych tam bezach, ale nie sądziłam, że porcje są tak ogromne! Jedną za 15 zł mogą się najeść dwie niezbyt głodne osoby, traktując ją jak przyzwoitych rozmiarów deser. Zamówiliśmy wersję z wiśniami i marakują - obydwie było idealnie słodko - kwaśne, chociaż bardziej smakowała nam ta pierwsza. Jeśli będziecie w okolicy - warto spróbować!

6.4.17

Konkurs z latarnią morską w tle!

Miniaturki latarnii morskich dekoracje
 WYNIKI KONKURSU 

Dziękuję Wam za wszystkie zgłoszenia, czytałam je z przyjemnością. Odpowiedzią, która skradła moje serce od pierwszej sekundy jest ta od Katarzyny, której chciałabym przekazać torbę i z którą skontaktuję się mailowo. Ponieważ zaczęłam się uczyć kolejnych nowych rzeczy to niewykluczone że w tym roku jeszcze jakieś konkursy z przedmiotami handmade się pojawią. Poniżej nagrodzony komentarz: 

"Morze przybliża mnie samą. Patrząc na horyzont, na fale odbijające się o brzeg, Słońce przeglądające się jak w lustrze, to wszystko skłania się ku refleksji nad tym kim, jestem. Pozwala zatrzymać się i odpocząć. Refleksja połączona z afirmacją życia, tego nie zastąpi nikt i nic. Daje ukojenie w smutku i radość z tego, że zarówno ono jak i ja należymy do natury. Uwielbiam morze, bo pozwala mi zajrzeć w głąb samej siebie, i jak dobry przyjaciel, który służy ramieniem, daje oparcie siłę na to,aby spojrzeć na pewne rzeczy z dystansu i spokojem." 

                                                                               ------------------------

Przez ostatnie lata moje zainteresowania kręciły się głównie wokół podróżowania (aktywnego i biernego - czytania blogów i planowania wyjazdów) oraz fotografii. Tej wiosny postanowiłam sobie, że w końcu nauczę się czegoś nowego, zupełnie z tym niezwiązanego. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i w marcu zapisałam się na sitodruk.
Sitodruk projekty
Powiem wprost - nie miałam pojęcia o co w tym chodzi. Wyskoczyła mi reklama na stronie dzielnicowego Centrum Kultury, a że pociągały mnie właśnie zajęcia plastyczne to postanowiłam spróbować. Prowadzący był trochę zdziwiony słysząc, że nie wiem czym sitodruk jest i że przyszłam tak w ciemno. Pierwsze zajęcia (bardzo teoretyczne) strasznie mi się dłużyły i przez chwilę miałam wrażenie, że jestem na to zbyt niecierpliwa. Poza tym nie miałam pomysłu do czego mogłoby mi się to przydać i co powinnam w efekcie końcowym przygotować.
Sitodruk jest popularną metodą pozwalającą na wykonywanie powielonych nadruków (na papierze lub materiale) przy użyciu siatki sitodrukowej i farb. Proces jest dość czasochłonny i składa się z wielu etapów jak: przygotowania i odtłuszczenia siatki, pokrycie jej emulsją światłoczułą, przygotowanie wzoru do drukowania (na folii lub kalce technicznej), naświetlenie sita, dokładne wypłukanie go pod ciśnieniem, wysuszenie i ponowne doświetlenie, a potem już drukowanie. Przy każdej zmianie koloru farby sito trzeba dokładnie umyć i ponownie wysuszyć suszarką do włosów. Ufff.... Jestem osobą, która lubi widzieć szybki efekt swojej pracy, więc bałam się, że szybko się zniechęcę. Na szczęście nie miałam racji i trwające 3 godziny zajęcia mijały mi ekspresowo!
Sypialnia marynistyczna
Po pierwszych wróciłam do domu i zaczęłam intensywnie zastanawiać się jaki wzór chcę stworzyć oraz do czego go wykorzystać. Odpowiedź przyszła sama jak tylko weszłam do sypialni. Od zawsze miałam słabość do wszystkiego, co ma jakiś związek z morzem. Plaże, fale, wszystkie odcienie turkusu, granatu i błękitu, morskie latarnie, mewy, statki, kotwice. Połączenie białego z niebieskim przenosi mnie myślami nad Morze Śródziemne, daje poczucie spokoju i odprężenia. Im jestem starsza tym chętniej się tymi kolorami otaczam (ubrania, dodatki, dekoracje wnętrz). Pomyślałam o białej latarni morskiej na niebieskim tle. Ponieważ dość dawno nie rysowałam nic odręcznie to nie wyszła ona tak doskonale jakbym sobie tego życzyła, ale jest moja i jestem z niej bardzo dumna!
Od dawna myślałam też o logo na bloga z latarnią morską, ale na profesjonalne od grafika mnie nie stać. Do samodzielnego stworzenia go zainspirowała mnie EdiPassione. Do ideału mu daleko, ale mi się podoba. Finalnie na warsztatach udało mi się stworzyć kilka toreb z motywem latarni i jedną z nich chętnie się z kimś podzielę. Mam nadzieję, że nadruk nie zniknie po pierwszym ręcznym praniu - starałam się go dobrze zaprasować, ale... :) 

KONKURS DLA MIŁOŚNIKÓW MORZA

Jeśli chcesz zostać właścicielem torby to opowiedz mi za co najbardziej lubisz morze albo ocean. Temat jest bardzo luźny - ulubione miejsce, jakieś nadmorskie wspomnienie, smak, zapach, widok, emocja. Na odpowiedzi w komentarzach (anonimowi proszeni o podanie adresu e-mail) czekam do 13.04.2017 do północy. Mam wielką nadzieję, że znajdzie się chociaż jedna osoba chętna przejąć moje pierwsze, skromne rękodzieło. Powodzenia!
TOP