30.1.17

Wiosenne oblicze Amsterdamu

Szczęśliwie styczeń dobiega końca, więc do wiosny już coraz bliżej. Za oknami bywa jasno i słonecznie, dni są wyraźnie dłuższe i chęć do życia magicznie wraca. Stale i niezmiennie brakuje mi jednak kolorów, więc zachłannie chwytam się wspomnień.
Tulipany w Amsterdamie
Dziś padło na Amsterdam w wiosennej, niezwykle barwnej odsłonie. Odwiedziłam to miasto w maju 2015 roku, przy okazji wizyty w bajecznym ogrodzie Keukenhof. Jeśli nie czytaliście jeszcze relacji z tego miejsca, koniecznie musicie to nadrobić. Nie o czytanie zresztą chodzi, a o podziwianie tej powodzi kwiatów, która przyprawiła mnie o silny zawrót głowy.  
Ogród Keukenhof otworzy swoje bramy przed zwiedzającymi już za dwa miesiące. Jak co roku, wśród kwiecistych rabatek i dywanów pojawi się motyw przewodni - tym razem będzie to Holenderski Design. 
Ulice Amsterdamu
Wracając jednak do samego Amsterdamu - to miasto ma moc! Pierwsze wrażenie zrobiło na mnie ogromne i cały czas marzę, żeby wrócić tam na dłużej. Bije od niego pozytywna energia - także ludzi, którzy w nim mieszkają. Dawno nie spotkałam się z tak wielką kumulacją uprzejmości i uśmiechów w ciągu jednego dnia (chociaż z tego co pamiętam, podobne odczucia miałam kilka lat wcześniej w Rotterdamie). 
Pogoda trafiła nam się doskonała - było niezwykle słonecznie, niebo idealnie błękitne z delikatnymi obłokami poprawiało nastrój, a lekko rześkie powietrze pachniało rozkwitającą wiosną i odurzającym aromatem tulipanów. To moje ukochane kwiaty (zaraz obok słoneczników), na głowę biją róże i wszystkie inne uznawane za bardziej eleganckie i dostojne. Tulipany są proste, zachwycające wręcz swoją prostotą oraz niezliczoną ilością odmian. 
Różowe tulipany w Holandii
W Amsterdamie urzekło mnie to, że miasto poprzecinane jest tak ogromną liczbą kanałów i zarzuconych nad nimi mostów. Fantastycznie było patrzeć na ludzi siedzących przy ich brzegu, jedzących kanapki i śmiejących się głośno. Połączenie wody i miasta jest tym, co zawsze skrada moje serce. Od kiedy Wisła w Warszawie otworzyła się bardziej na mieszkańców, polubiłam stolicę mocniej niż dotychczas. 
W Amsterdamie podobała mi się architektura budynków, ukryte podwórka, brukowane uliczki i różne malownicze zakątki. Zaskoczyło mnie pozytywnie, jak wiele osób spędza czas na dworze - na ławkach, placach, w parkach czy po prostu jadąc przed siebie na rowerze. 
Ulice Amsterdamu
O rowerach w Amsterdamie już pisałam i sama bardzo często do tego wpisu wracam, żeby nacieszyć oczy i powspominać. Po mieście włóczyłam się raczej bez celu, bo na konkretne zwiedzanie miałam za mało czasu. Chciałabym odwiedzić muzea i bardziej świadomie zgłębić jego wszystkie tajemnice. 
Jeden dzień w Amsterdamie to jedynie szansa, żeby zakosztować klimatu i nabrać ochoty na więcej. Pospacerować, popatrzeć na świetnie ubranych ludzi i na ich kolorowe rowery, zjeść holenderskie wafle z przeraźliwie słodkim nadzieniem, kanapkę ze śledziem. I zapragnąć więcej. 
Mieszkańcy Amsterdamu

24.1.17

Brooklyn z widokiem na Manhattan

Wizyta w Nowym Jorku wydaje mi się tak odległa, jakby minęło już z 10 lat. Pewnie dlatego, że tak wiele się przez ten czas wydarzyło. Żyję dziś zupełnie innym życiem niż wówczas, a czas leci jak oszalały i wcale nie ma ochoty się zatrzymać. Warto jednak czasem się zatrzymać i wrócić w przeszłość myślami.
Tego wpisu w ogóle nie planowałam. Jak Wam powiem, dlaczego powstał, to pewnie padniecie ze śmiechu. Kilka dni temu wzięłam się za kolejne porządki, tym razem padło na szafę. Część ciuchów i dodatków została nominowana do opuszczenia mieszkania. Powiedziałam mamie, że chcę wyrzucić w końcu spraną już, poszarpaną, kobaltową chustkę, którą obydwie bardzo lubiłyśmy. W odpowiedzi usłyszałam zdanie, którego się nie spodziewałam.
"Miałaś ją w Nowym Jorku, więc nie możesz jej wyrzucić!". Zaśmiałam się w głos, bo faktycznie mi towarzyszyła (zresztą była ze mną niemalże wszędzie w ciągu ostatnich 5 lat) i od razu pojawiło mi się w głowie to zdjęcie, które widzicie poniżej. 
Jak bumerang wróciły wspomnienia i ten właśnie dzień, jeden z dwóch moich ulubionych w czasie krótkiego urlopu w NYC (drugim był ten, w którym odkryłyśmy Pasticcerie Rocco). Od zawsze marzyłam, żeby zobaczyć Manhattan od strony Brooklynu, a rzeczywistość okazała się lepsza niż marzenia. 
Sam Brooklyn skradł moje serce od pierwszej minuty. Zaczęłyśmy zwiedzanie od pełnego kontrastów Williamsburga, przez Clinton Hill, Downtown Brooklyn, Dumbo, aż po Brooklyn Heights z zachwycającą promenadą z widokiem na rzekę i niebieskie wieżowce. 
Serce biło mi szybciej, gdy odkrywałam zakamarki pełne murali, podziwiałam zjawiskową architekturę budynków, wtapiałam się w kulturową różnorodność i zaglądałam do małych knajpek i kawiarni na gorące bajgle ze śmietankowym serkiem i wędzonym łososiem czy zimną lemoniadę. 
Okolice Mostu Brooklińskiego wpędziły mnie w stan niekończącej się, trudnej do opanowania euforii. Tak wiele razy widziałam wcześniej tę panoramę! Na zdjęciach, w książkach i albumach, gazetach, na pocztówkach, w Internecie, w filmach i teledyskach. 
Jeśli mogę mówić o spełnionych marzeniach w kontekście Nowego Jorku, to na pewno było nim właśnie to miejsce. Pełne miejscowych i rozgorączkowanych turystów, będące w tym samym czasie plenerem sesji zdjęciowych - ślubnych i modowych, wybiegiem dla psów, placem zabaw dla dzieci, miejscem spotkań przy drewnianym stoliku i przyniesionym z domu jedzeniu. Absolutnie jedyne w swoim rodzaju.
Dzień był piękny, pogoda idealna do spacerów albo leniwego siedzenia na ławce i gapienia się przed siebie. Obserwowałam ludzi uważnie i widziałam ten błysk w ich oczach. Bo to jedno z tych miejsc, wobec których nie można przejść obojętnie. Komercyjne co prawda, ale jednak zjawiskowe. 
Wszystkie elementy otoczenia doskonale się ze sobą komponują - zabudowania Brooklynu, dwa majestatyczne mosty zawieszone nad rzeką, zieleń i tereny rekreacyjne, okoliczna gastronomia i ten wyjątkowy widok na miasto, które nigdy nie zasypia. Cieszę się, że miałam okazję zobaczyć je na własne oczy, a ten obrazek zostanie w mojej pamięci już na zawsze. 

8.1.17

"Końca świata nie było" książka Anity Demianowicz

Lubię czytać książki podróżnicze. Ostatnio co prawda trochę mniej (może dlatego, że pojawia się ich na rynku zbyt dużo), ale lubię. Najwięcej przyjemności sprawiają mi te, które nie są suchą relacją, a pełną emocji opowieścią. Ucieszyłam się więc z możliwości przeczytania wspomnień Anity Demianowicz z podróży po Ameryce Środkowej. Mam wyrobione zdanie na temat autorki i byłam ciekawa czy książka je potwierdzi.

„Końca świata nie było” to literacki debiut Anity (wyd. Bezdroża). Jej blog istnieje od dawna (ja go czytam od ponad 2 lat) i muszę przyznać, że przyjemnością jest obserwować, jak bardzo się on zmienia. Sposób pisania, jakość zdjęć, pomysł na treść. Przy okazji zmienia się i dojrzewa sama Anita - to widać bardzo wyraźnie w jej ostatnich publikacjach. Wpisy z rowerowej podróży po Polsce były dla mnie wielką niespodzianką i czasem do nich wracam.

Kiedy poznałam Anitę osobiście, od razu poczułam, że jest taka, jak jej teksty - szczera, skromna i bardzo konkretna. Jej książka jest osobista i mocmo "pamiętnikowa". Jeśli ktoś szuka dokładnych  i wyczerpujących informacji przewodnikowych - nie znajdzie ich za wiele. Jeśli ktoś jednak szuka opowieści o blaskach i cieniach samotnej podróży - będzie zadowolony. To książka o potrzebie odkrywania świata i siebie samej, ale też o tęsknocie za mężem i bliskimi, o chwilach zwątpienia. Nie ocieka lukrem, mówi również o strachu i o podejmowaniu odpowiedzialnych decyzji (np. czy wybrać się w miejsce uznawane za równie piękne, co niebezpieczne czy zostać w hostelu). O odwiedzonych przez Anitę krajach (Gwatemala, Honduras, Salwador) nie wiedziałam zbyt wiele. Z książki wyniosłam pewien rys kulturowy, czyli to, co interesuje mnie bardziej niż zabytkowe kościoły czy muzea. Dostałam odpowiedź na pytanie czy samotna, biała kobieta może czuć się pewnie i swobodnie w tych regionach świata i na co powinna uważać. Książka Anity jest pochwałą wolnego i uważnego podróżowania. Autorka robiła sobie przerwy na naukę języka hiszpańskiego, mieszkanie u lokalnych rodzin i obserwowanie ich codziennego życia. Wróciła silniejsza, stęskniona i ... spragniona kolejnej podróży.

Książka jest wydana tak, jak lubię – wygodny format, miękka okładka, dobrej jakości papier i mnóstwo pięknych zdjęć. Czyta się miło, lekko i przyjemnie. Na końcu znajduje się krótki, praktyczny poradnik dla wszystkich, którzy chcieliby ruszyć w taką podróż, ale się boją. Czytaliście? 
TOP