Najnowsze wpisy

22.10.17

Żyrardów w jeden dzień

Wyszło trochę słońca i w końcu znalazłam w sobie motywację do napisania kilku słów o Żyrardowie. Odwiedziłam go w tym roku dwukrotnie - po raz pierwszy wiosną na wstępne zwiedzanie, a po raz drugi pod koniec czerwca w czasie obchodów Święta Lnu. Ewa, oto obiecana relacja z Twojego rodzinnego miasta! 
Żyrardów położony jest bardzo blisko Warszawy, więc nie zrywaliśmy się o świcie. Wyjechaliśmy na spokojnie po śniadaniu, dojechaliśmy na miejsce tuż po 10, a pomimo tego czekały na nas bardzo atrakcyjne miejsca parkingowe w samym sercu industrialnej części miasta. Pogoda dopisywała, ruszyliśmy więc na spacer. 
Dobrą decyzją było udanie się do Punktu Informacji Turystycznej która mieści się w pięknym budynku Resusy fabrycznej i co ciekawe jest czynna ... od poniedziałku do piątku. W mojej świadomości to miasto istniało jako perfekcyjny cel weekendowych wypadów, ale cóż... W każdym razie trafiliśmy na bardzo miłego pana, który poświęcił kilka chwil na poszukanie dla nas mapy z trasą spacerową. Nie znalazł jej, ale wytłumaczył jak dojść do Urzędu Miasta Żyrardów z Wydziałem Promocji, gdzie otrzymaliśmy ją od ręki.
Centrum Żyrardowa nie jest duże, więc można bez problemu spacerować samodzielnie a nie narzuconą trasą, ale oceniam wysoko wartość merytoryczną tej publikacji. Mapa jest czytelna, trasa ciekawa, a poszczególne obiekty dobrze opisane. Można wyraźnie poczuć powiew historii i dawnej świetności tego miasta. 
A że historia ta jest niezwykle ciekawa to naprawdę warto się z nią zapoznać. Dość stwierdzić, że swego czasu Żyrardów był lnianą potęgą, a znajdująca się w nim fabryka była miastem w mieście. Był to doskonale funkcjonujący, samowystarczalny organizm. Budynki fabryczne sąsiadowały z domami robotniczymi pracowników, szkołami i ochronką dla ich dzieci, szpitalem. Wszystko było na miejscu, a poszczególne części fabryki łączył węzeł transportowy. Wydawało sie, że wszystko działa prężnie i bez zarzutu.
Aż do 23 kwietnia 1883, gdy w zakładach wybuchł pierwszy strajk powszechny spowodowany obniżeniem wynagrodzenia pracowników szpularni. Film "Strajt Szpularek - historia prawdziwa", polecam zobaczyć jeszcze przed wizytą w mieście. W późniejszych latach zakłady przeżywały wzloty i upadki, a w czasie II Wojny Światowej do Żyrardowa wkroczyły wojska niemieckie i powstał tam obóz przejściowy. To zarys historii, uważam jednak, że godna jest bardziej szczegółowego poznania. Pomaga zrozumieć współczesne oblicze miasta. 
Warto wiedzieć, że w Żyrardowie na liście zabytków znajduje się blisko 300 obiektów! Większość z nich znajdziecie na terenie dawnej osady fabrycznej. Ogromne wrażenie robi fasada kościoła pw. Matki Bożej Pocieszenia, ale dla mnie zachwycające były szczególnie dawne budynki fabryczne. 
Pięknie wkomponowane są w codzienność mieszkańców. Dawne domy robotnicze wciąż są zamieszkane, a wśród ścian Starej Przędzalni powstał gustowny pasaż handlowy i świeżo oddane do użytku ekskluzywne lofty. 
Jestem wielką miłośniczką industrialnej architektury (zachwywałam się nią już wcześniej przy okazji wizyty w Łodzi). Z wizytą w Żyrardowie wiązałam duże nadzieje i się ani trochę nie zawiodłam. Spacer po mieście był wielką przyjemnością i chwilą wytchnienia od gwaru Warszawy. Niezwykle miły czas spędziliśmy w przepięknym Parku Dittricha (niestety znajdujące się w nim Muzeum Mazowsza Zachodniego było wówczas nieczynne z powodu zmiany ekspozycji). Przez miasto przepływa rzeka o wdzięcznej nazwie Pisia Gągolina.
Wisienką na torcie zwiedzania Żyrardowa jest na pewno Muzeum Lniarstwa im. Filipa de Girarda. Znajduje się ono niedaleko parku, a wstęp jest bezpłatny (mile widziane cegiełki na jego utrzymanie). Można w nim zobaczyć imponujących rozmiarów i wagi maszyny lniarskie, dowiedzieć się więcej o historii lniarstwa oraz wyobrazić sobie jak trudna i wyczerpująca była to praca. Tym, czego mi brakowało była większa ilość lnianych tkanin czy gotowych rzeczy obrazujących jakie cuda z nich powstawały (ubrania, obrusy i inne dobra). 
W czasie Święta Lnu to właśnie tam działo się najwięcej, my jednak przyjechaliśmy zbyt wcześnie żeby załapać się na większość atrakcji W pobliżu muzeum było już zresztą na tyle tłoczno, że postanowiliśmy uciec do parku. 
Był on jeszcze piękniejszy niż kilka tygodni wcześniej! Spacerowaliśmy alejkami ciesząc się sobą, piekną pogodą i początkiem lata. Teraz, z początkiem jesieni z radością wspominam te chwile. Byliście w Żyrardowie? 

1.10.17

Biało-niebieskie barwy w mieszkaniu

Niebieskie i kobaltowe dodatki do mieszkania
Ponad 4 lata temu opublikowałam wpis Śródziemnomorskie inspiracje w domu. Już wtedy chodził mi po głowie pomysł urządzenia mieszkania w barwach biało-niebieskich. Utrudnienia były dwa - sypialnia była wówczas mocno "prowansalska" (fioletowe ściany i białe meble z dużą ilością lawendowych dodatków), a salon ze świeżo malowanymi beżowymi ścianami, które komponowały się z różem czy zielenią, ale nie z niebieskim.
Dalie i niebieskie dodatki
Raz miałam nawet chwilowy zryw i kupiłam trochę kobaltowych dodatków (poszewki, zasłonki, wazonik), ale dość szybko straciłam zapał i po jakimś czasie je odsprzedałam. Temat został zawieszony na dłuższy czas.
W zeszłym roku znalazłam w sobie motywację, aby odmienić sypialnię. Uznałam, że jeśli przez rok będę się dobrze czuła we wnętrzu, które wielu uważa za chłodne to pójdę o krok dalej. Wiem już co lubię. Co mi się podoba. W jakich pomieszczeniach nabieram siły i czuję się jak u siebie, a które negatywnie na mnie wpływają.
Sypialnia w odcieniach niebieskiego
Mój zachwyt barwami śródziemnomorskich wysp utrzymuje się od dawna i nic nie wskazuje na to, żeby miał przygasnąć. Moja miłość do biało-niebieskich detali czy płytek zdobiących ściany hiszpańskich i portugalskich miast jest również niezmienna. W nowej sypialni czułam się jak ryba w wodzie i chciałam więcej!
W nowym wnętrzu czułam się jak ktoś, kto po latach poszukiwań dobił do odpowiedniego portu i odnalazł swoje miejsce. Pojawił się drobny problem - nie mogłam znaleźć dekoracji, które w 100% by mnie satysfakcjonowały. Znalazłam jednak rozwiązanie - zaczęłam robić je sama o czym pisałam już w poście Marynistyczne rękodzieło. Wychodzi mi to coraz lepiej. Ostatnio mam mało czasu, ale zamierzam do tego nowego hobby wrócić jesienią.
Marynistyczne rękodzieło
Postanowiłam pójść o krok dalej i również salon dostosować do moich tęsknot za południem Europy. Przeliczyliśmy jednak z Markiem koszty zmian (malowanie na biało, wymiana dużej części mebli i niemalże wszystkich dekoracji) i uznaliśmy, że nie stać nas na to w tym roku. Ja się jednak tak łatwo nie poddaję!
Udało mi się sprzedać większość używanych, kilkuletnich mebli, a także dodatki (takie jak zasłony, lampa, poszewki i inne). Wystarczyło to na pokrycie kosztów farb, nowych niedrogich i praktycznych mebli. 
Regał Kallax IKEA inspiracja
Większość dodatków wyszukałam przez Internet (obrusy, podkładki pod talerze, ramki na zdjęcia, wazon, gałki do szafeczki) i kupiłam naprawdę okazyjnie. Przekonałam się też, że tak jak komuś jeszcze mogą przydać się niepotrzebne mi przedmioty, tak ja mogę skorzystać z tego, czego nie chce już ktoś inny. I to za grosze.
Jednym z najlepszych zakupów jakich dokonałam była rolka tapety we wzór portugalskich płytek azulejos. Kupiłam ją za ok. 70zł i użyłam na wiele sposóbów. Przede wszystkim chciałam zabezpieczyć nią ścianę w przedpokoju z której odmontowałam liczne deski które pełniły rolę wieszaka u poprzednich właścicieli.  
Następnie uznałam, że nowoczesne w wyglądzie regały z IKEA zmontowane z kwadratów są ładne, ale trochę smutne. Postanowiłam podkleić tapetę w niektórych miejscach, aby całość nabrała wyraźnych rumieńców.
Na końcu doszłam do wniosku, że ładnie będzie ona wyglądała również jako dekoracja... ścian. Kupiłam plastikowe wieszaki na plakaty, przycięłam odpowiednio tapetę i efekt końcowy wygląda naprawdę fajnie. 
Zdjęcie powyżej jest fotomontażem :) Chciałam Wam pokazać jak będzie ostatecznie wyglądał salon za kilka dni, gdy przewiesimy obraz przedstawiający moją ukochaną Lizbonę z przedpokoju nad stół. To już będzie taka wisienka na moim urodzinowym torcie ;) 
Jestem bardzo zadowolona z efektu. W nowym wnętrzu czuję się świetnie. Marek włożył dużo pracy w malowanie mieszkania, ja w wyszukiwanie ekonomicznych rozwiązań jego umeblowania i udekorowania. Całość wyszła bardzo ekonomicznie (sporo poniżej tysiąca złotych, co mając na uwadze, że wymieniliśmy wszystkie meble poza kanapą, kupiliśmy nowe rolety i dużo dodatków jest dobrym wynikiem). Lubię sobie udowadniać, że się da i że pieniądze nie są przeszkodą w spełnianiu marzeń. Z podróżami póki co tak dobrze mi nie idzie, ale wierzę, że jak się skoncentruję na celu to w przyszłym roku spełnię swoje marzenie o powrocie do Lizbony.
Zrobiłam sporo zdjęć PRZED, żeby potem móc porównać z efektem końcowym, ale niestety zapisałam na nich jakieś inne o tej samej nazwie więc większość przepadła. Zostało kilka których użyłam w ogłoszeniach sprzedażowych - myślę, że dadzą Wam pogląd na to jak salon wyglądał przez ostatnich kilka lat.

25.9.17

Zachód słońca nad Wenecją

Za oknami coraz bardziej ponuro. Smutek mnie ogarnia na myśl o pracowitym lecie, które stało się wspomnieniem nim zdążyłam się nim nacieszyć i o jesieni, która lada moment zmieni się w chłodną zimę. Szczególnie, że ta jesień w tym roku jest taka przygnębiająca, deszczowa, pozbawiona kolorów i ciepłych promieni. Coraz częściej fantazjuję o miękkim kocu i zielonej herbacie z posmakiem mango, długich wieczorach z książką w dłoni i przeglądaniu zdjęć z podróży. Może to dziwnie zabrzmi, ale zarówno moje własne jak i cudze wspomnienia z różnych zakątków świata potrafią mnie wzmocnić i nastroić pozytywnie do życia.
Wczoraj wspominałam Wenecję. Miasto kontrastów o którym nie pisałam na blogu, więc nie znacie jeszcze mojej o nim opinii. Nie myślałam o tłumach wylewających się z każdej uliczki, romantycznych gondolach ani pistacjowych lodach. Wspominałam zachód słońca który miałam okazję podziwiać rok temu. Po dniu pełnym wrażeń, męczącym i wypełnionym zwiedzaniem dobiłyśmy w końcu z Larą do celu - pod bramę bazyliki położonej na przeciwko placu Św. Marka. Na wyspie San Giorgio Maggiore. Dookoła nas pusto, ludzi można było policzyć na palcach dwóch rąk. Naszym oczom ukazała się olśniewająca panorama miasta zatopiona w złoto-pomarańczowym świetle wieczoru. Było ciepło i pięknie, a mój krótki pobyt w Wenecji dobiegał końca. Ten moment przed zmierzchem było jego ukoronowaniem, taką wisienką na torcie. Nigdy go nie zapomnę. 

13.9.17

Stare Bielany i Żoliborz - inne oblicze Warszawy

Dziś chciałabym zabrać Was na spacer po moich ukochanych zakątkach Warszawy. To propozycja na niestandardowe zwiedzanie stolicy. Jeśli trochę ją znacie, ale szukacie nowych miejsc - ten wpis jest dla Was!
Będzie o Starych Bielanach i Starym Żoliborzu. Sentymentalny spacer po tej pierwszej dzielnicy był już kiedyś na blogu. Chciałabym pokazać konkretne punkty, które są według mnie warte uwagi. Można je zobaczyć w jeden dzień.
Pomiędzy Bielanami a Żoliborzem można się przemieścić szybko metrem (ze stacji Stare Bielany do Pl. Wilsona) lub tramwajem numer 6 lub autobusem 181 z przystanku pod AWF-em. Można też zrobić sobie około 2-kilometrowy spacer od AWF do ulicy Podleśną, a dalej w dół do Kępy Potockiej. To jeden z ładniejszych terenów zielonych Warszawy (pisałam również o nim w tym wpisie) a stamtąd pojechać na Pl. Wilsona autobusem 122. Na podstawową wersję potrzeba ok. 4-6 godzin plus około godziny na spacer Kępą Potocką.

STARE BIELANY
Ja mój spacer zawsze zaczynam przy księgarni K.K. Baczyńskiego na ulicy Żeromskiego 81. Mam sentyment do tego miejsca, gdyż skończyłam sąsiadujące z nim liceum, a sam sklep z książkami jest naprawdę klimatyczny. Jadąc z Centrum wygodniej jednak i szybciej będzie dojechać do stacji metra Stare Bielany i odwrócić kolejność zwiedzania. Odległości nie są duże, a wszystkie ulice są na swój sposób malownicze. W dzielnicy która do niedawna była gastronomiczną pustelnią powstało też w ostatnich latach kilka wartych odwiedzenia knajp.
Stare Bielany są "moje" bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce w Warszawie. Tu dorastałam, chodziłam do szkoły podstawowej, a potem po sąsiedzku do średniej. Znam te ulice i domy na pamięć, a jednak zawsze odkrywam coś nowego. Stare Bielany mają niezwykły klimat i zachowały się na nich unikalne na skalę warszawską perełki.
Najbliższe mojemu sercu są ulice Schroegera, Kleczewska, Płatnicza, Lipińska i Plac Konfederacji. W ich pobliżu toczyło się moje nastoletnie, a potem też częściowo dorosłe życie. Dziś są piękniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Willowa zabudowa zachwyca, a stare gazowe latarnie na ulicy Płatniczej wyglądają cudownie o każdej porze roku.
Bardzo lubię teren Akademii Wychowania Fizycznego. Jest idealny na spacery w ciepłe dni, można trafić na jakieś ciekawe zawody i pokibicować albo skorzystać z bardzo fajnego placu zabaw znajdującego się na prawo od wejścia. Tuż obok, po drugiej stronie ulicy Marymonckiej dostrzec można ciekawy budynek remizy strażackiej.
Uwielbiam ulicę Cegłowską z jej drewnianym domkiem pod numerem 35 i gazowymi latarniami. Zazwyczaj będąc w okolicy zaglądam też do parku przy Młodzieżowym Domu Kultury (zdarzało się, że bywałam tam na wagarach). Teraz znajduje się tam również niewielki park linowy, który cieszy się zainteresowaniem wśród najmłodszych.
Dalej warto przejść ulicą Zuga (ten klimat!) aż do Grębałowskiej. Niegdyś była bardziej urodziwa, teraz postawili na niej dość nowoczesne budynki, które nieco burzą moją wizję tej okolicy. Wciąż jest jednak ładnie. Pod jednym z nich stoi sympatyczna rzeźba przedstawiająca młodą kobietę.
Ulica Kasprowicza to mój dawny Dom. Na niej mieszkałam w dzieciństwie, robiłam zakupy w SAM-ie Bielańskim, Empiku i nieistniejącym już sklepie z zabawkami przy skrzyżowaniu z ulicą Kleczewską. Jak już tam dotrzecie to zajrzyjcie do cukierni Ewy Kiljan. Oferta nie jest może imponująco duża, ale ich ciastka są bardzo smaczne. Podobnie jak lody w niemalże sąsiedniej cukierni-kawiarni Consonni.
Na Al. Zjednoczenia, pomiędzy ulicami Kasprowicza i Schroegera stoi szary i smutny budynek Domu Dziecka założonego przez Marynę Falską i Janusza Korczaka. Z punktu widzenia turystyki nie jest to może szczególnie ciekawe miejsce, dla mnie jednak jest ważne. Dosłownie za płotem znajdowała się moja podstawówka, więc duży odsetek moich kolegów i koleżanek było mieszkańcami tego ośrodka opiekuńczego, ja też w nim bywałam towarzysko. Z rozmów z nimi wyniosłam poczucie, że było to miejsce bezpieczne i serdeczne, na tyle na ile jest to możliwe. Wielu znajomych z tamtych lat dorosło, skończyło studia i założyło szczęśliwe rodziny.
Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od Placu Konfederacji. W kościele Św. Zygmunta przystępowałam do I Komunii Świętej. Jego wnętrze jest dość ciekawe i nowoczesne, warto zajrzeć do środka. Po drugiej stronie ulicy stoją małe, kolorowe domki. To fragment osiedla Zdobycz Robotnicza. Generalnie wszystkie ulice odchodzące od placu mają w sobie coś, co warto zobaczyć. Proponuję przejść je wszystkie, powoli i uważnie obserwując domy, podwórka i detale. Nigdy dotąd nie byłam w restauracji Pod Podłogą z Jadłem zlokalizowanej w domu Ś.p. Krystyny Sienkiewicz. Będę musiała się w końcu wybrać. Tutaj kończymy zwiedzanie Bielan i ruszamy dalej, na Żoliborz.

ŻOLIBORZ 
Tak jak wspominałam wcześniej, na Żoliborz można się z Bielan dostać w zaledwie 10 minut metrem lub tramwajem. Punktem wyjścia do zwiedzania jest zazwyczaj Plac Wilsona, chociaż jadąc tramwajem ja bym wysiadła na przystanku Teatr Komedia. Bryła budynku jest piękna, a otaczający go niewielki park naprawdę urokliwy. Tuż po sąsiedzku znajdują się niezwykle znana kawiarnia Secret Life Cafe oraz knajpa Ósma Kolonia. Polecam spacer ulicą Suzina. Nie jest podpisana na powyższej mapie, ale to ta przecinająca ul. Próchnika, prowadząca do ulicy Krasińskiego. To właśnie na styku tych dwóch ulic 73 lata temu o godzinie 13.30 padły pierwsze strzały zwiastujące Powstanie Warszawskie. Dziś zobaczyć na niej można budynki dawnego Kina Tęcza i kotłowni, w której znajduje się restauracja o tej samej nazwie oraz tablicę upamiętniającą poległych Powstańców.
Idąc prosto tą ulicą dochodzi się do wysokiego, strzelistego kościoła. To parafia św. Stanisława Kostki w którym znajduje się Muzeum Błogosławionego Ks. Jerzego Popiełuszki, który w latach 1980-1984 był tam rezydentem i od 1982 roku odprawiał Msze Święte w intencji Ojczyzny. Ciąg dalszy historii przypuszczam, że niestety znacie. 
Sam Plac Wilsona nie imponuje może urodą, ale mam do niego duży sentyment (szczególnie do starego Kina Wisła do którego często chodziłam jako dziecko, a zdarza mi się w nim bywać do dziś). 
Kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej Mama regularnie woziła mnie do Parku im. Stefana Żeromskiego. Był tam ogromny plac zabaw, znacznie skromniejszy niż dziś (o tym współczesnym pisałam również we wpisie o warszawskich parkach), ale wówczas naprawdę genialny. Poznałyśmy na nim moją rówieśniczkę, której rodzice byli polsko-japońskim małżeństwem. Mieszkali w pięknym domu na Żoliborzu, otoczonym bajkową zielenią. Czasami nas zapraszali i bawiłyśmy się  wystrzałowymi jak na tamte czasy japońskimi zabawkami dziewczynki. 
Aktualnie to w mojej opinii jeden z ładniejszych terenów zielonych stolicy. Nie jest duży, ale ma w sobie to coś!
Gastronomia na Żoliborzu zmienia się dość często i powiem szczerze, że raczej tam nie jadam. Jest sporo modnych lokali, które średnio przypadły mi do gustu w czasie pierwszych odwiedzin. Jedynym, który naprawdę lubię jest niewidoczna na tej mapie restauracja El Caribe, położona 5 minut spacerem od pięknego Placu Inwalidów. To bardzo ciekawe miejsce serwujące proste i super smaczne dania wywodzące się z Karaibów.
Na wysokości Placu Inwalidów warto wbić się w gąszcz uliczek Żoliborza Oficerskiego. Proponuję zacząć od ulicy Czarnieckiego, a potem już gubić się bez końca. Za każdym razem odkrywam tam coś nowego. Klimat Żoliborza jest wyjątkowy, pewnie dlatego w ostatnich latach zrobił się bardzo modny. Wciąż nie brakuje jednak miejsc w których można się schronić przed zgiełkiem.
Ostatnim punktem jest spacer wśród pięknych willi tak długo, aż odnajdzie się schody prowadzące w dół. Znajdują się one gdzieś przy Skwerze Andrzeja Woyciechowskiego. Prowadzą prosto do Parku Fosa i Stoków Cytadeli. 
Tutaj można już zakończyć zwiedzanie. Jeśli jednak ktoś zdecyduje się podzielić je na dwa dni, to nie sądzę, aby na Żoliborzu spędził cały. Wówczas sugeruję długi spacer brzegiem Wisły w kierunku Centrum.
Mam nadzieję, że Moja Warszawa Wam się podoba. Jeśli już znacie te zakątki - napiszcie w komentarzu czy je lubicie czy może macie odmienne zdanie. Jeśli wybieracie się do stolicy jeszcze tego (późnego) lata lub w czasie jesieni, proponuję te dwie dzielnice jako urozmaicenie standardowego, przewodnikowego programu. Oczywiście można je odwiedzić przez cały rok, ale jak widać na załączonych zdjęciach - latem toną w zieleni!
TOP